niedziela, 19 lipca 2020

Na wakacje

~ - A może zróbmy obiad wszyscy razem? - zaproponowała jego żona. - Nie jestem Remus zmęczona, a oni mogliby pomóc nam i przy okazji zaczęliby się jako tako uczyć. - rozwinęła swoją myśl.
- Niech wam będzie. Chodźmy. - powiedział i cała rodzina wróciła do domu.
Każdy dostał swój przydział co do gotowania obiadu, oczywiście wszystko szło pod nadzorem pani Lupin, bo jakżeby inaczej...~

Minęły dwa miesiące od pamiętnego listu z Hogwartu oraz wspólnego gotowania rodzinnego obiadu. W tym czasie Kathrine zdążyła się pogodzić ze zbliżającym się wyjazdem najstarszego z braci, a z kolei brzuch Pani Lupin znacznie już urósł. Największym zaskoczeniem dla rodziców była wiadomość, że ciąża Nimfadory jest bliźniacza. Obecnie kobieta była już w 5-tym miesiącu ciąży. 

Dwudziestego dnia czerwca Remus o poranku siedział w salonie przy kominku i zaczął się zastanawiać nad dwoma rzeczami, które od kilku dni nie dawały mu spokojnie spać. 

Nie zauważył, gdy jego córka podeszła do niego po cichu, chcąc z nim szczerze porozmawiać.

- Tatusiu nie mogę już spać. - odezwała się po cichu pięciolatka.

- Wyspałaś się już, czy śniło Ci się coś niemiłego? - odpowiedział jej ojciec.

- Wyspałam się. Mogę z tobą tu zostać do śniadanka?

- Pewnie kochanie. Chodź tu. - powiedział mężczyzna i posadził sobie dziewczynkę na kolanach.

- Mogę Tatusiu zadać ci kilka pytań?

- Oczywiście. Co zechcesz kochanie. - powiedział mężczyzna do dziecka.

- Jest coś co może być tak samo łatwe jak i trudne? Bo ostatnio słyszałam coś takiego jak byłam na zakupach z mamą w mugolskim sklepie.

- Znam tylko jedną rzecz, która może być tak jak mówisz jednocześnie bardzo prosta i skomplikowana.

- Ale co to takiego? - dopytywała.

- Miłość. Bo widzisz, kiedy kogoś kochasz to nie patrzysz na jego wiek, wygląd, wagę,  czy wzrost, a po prostu kochasz go za to  kim dla ciebie jest. Ale nawet kiedy kochasz to czasami ranisz, nawet niechcący. I to wydaje się proste, ale ta miłość sama w sobie jest skomplikowana, bo wystarczy, że powiesz jedno słowo,  albo raz co zrobisz i ta miłość zniknie, ale jednak dalej będzie przy Tobie. - opowiedział Remus córce.

- Ja już się gubię... - powiedziała dziewczynka.

Mężczyzna westchnął. Wiedział,  że ciężko mu będzie odpowiedzieć na pytanie córki. Uznał jednak, że musi spróbować jej to wytłumaczyć najprościej jak się da.

- To może opowiem Ci bajkę? Myślę, że to pomoże ci zrozumieć wszystko.

- Dobrze. A o czym ta bajka?

- O spotkaniu pewnych ludzi oraz ich miłości. Jej tytuł to "Spotkanie z miłością".

"Zegar nad informacją na Stacji Centralnej w Nowym Jorku pokazywał godzinę za sześć szóstą. Wysoki, młody oficer uniósł swoją opaloną twarz i zmrużył oczy, aby sprawdzić dokładny czas. Serce waliło mu jak młotem, odbierając oddech. Za sześć minut zobaczy kobietę, która przez ostatnie 18 miesięcy zajmowała szczególne miejsce w jego życiu. Nigdy jej nie widział, a jednak jej słowa bezustannie dodawały mu otuchy. Sierżant Blandford pamiętał szczególnie jeden dzień, najgorszą potyczkę, kiedy jego samolot znalazł się w środku samolotów wroga. W jednym ze swych listów przyznał się jej, że często czuje lęk. Na kilka dni przed bitwą dostał od niej odpowiedź: "Oczywiście, że się boisz... jak wszyscy odważni mężczyźni. Następnym razem, gdy zaczniesz w siebie wątpić, chcę byś wyobraził sobie mój głos mówiący: "Choć idę doliną ciemną, zła się nie ulęknę bo Ty jesteś ze mną". Przypomniał to sobie wtedy i odzyskał siły.

- A kto to oficer? - wtrąciła młoda Lupin.

- Oficer to ranga w mugolskim wojsku. U nas aurorzy tacy jak mama mają stopnie typu auror śledczy, mugole mają oficerów, kapitanów, komendantów i innych takich.

- Acha. Mów dalej. - powiedziała ciekawa ciągu dalszego. Nie zauważyli jak w tym momencie z sypialni wyszła Nimfadora, która na widok męża opowiadającego bajkę córce ustała w drzwiach salonu i obserwowała część swojej rodziny

Teraz naprawdę miał usłyszeć jej głos. Za cztery minuty. Jakaś dziewczyna przeszła obok niego i odwrócił się za nią. Miała ze sobą kwiat, ale nie była to czerwona róża, na którą się umówili. Poza tym dziewczyna miała dopiero osiemnaście lat, a Hollis Maynel powiedziała, że ma trzydzieści. "I co z tego? odpowiedział jej. "Ja mam 32". Choć tak naprawdę miał 29.

Poszybował pamięcią do książki, którą czytał na obozie terningowym. "O więziach międzyludzkich" - brzmiał tytuł. W całej książce znajdowały się notatki pisane kobiecą ręką. Nigdy nie sądził, że jakaś kobieta potrafi zajrzeć w męskie serce tak głęboko i z takim zrozumieniem. Jej nazwisko znajdowało się na ekslibrisie: Hollis Maynel. Zajrzał do książki telefonicznej miasta Nowy Jork i znalazł jej adres. Napisał. Odpisała. Następnego dnia został zaokrętowany, ale nie przestali do siebie pisywać. Odpowiadała na jego listy przez 13 miesięcy. Pisała nawet wtedy, gdy jego listy do niej nie docierały. Żołnierz czuł, że jest w niej zakochany, a ona kochała jego.

Jednak odmawiała jego wszystkim prośbom, aby przysłać mu swoją fotografię. Wyjaśniała: "Jeśli twoje uczucia do mnie nie mają rzeczywistych podstaw, mój wygląd nie ma znaczenia. Może jestem ładna. A jeśli tak, to wykorzystasz to i będziesz chciał się zaangażować. Taki rodzaj miłości jednak mnie nie zadowala. Przypuśćmy, że jestem zwyczajna (musisz przyznać, że to bardziej prawdopodobne). Wtedy zaczęłabym podejrzewać, że nie przestajesz do mnie pisać tylko dlatego, że jesteś samotny i nie masz nikogo innego. Nie, nie proś mnie o zdjęcie. Kiedy przyjedziesz do Nowego Jorku, zobaczysz mnie, a wtedy będziesz mógł podjąć decyzję".

Minuta do szóstej. Przekartkował książkę, którą trzymał w ręce. Nagle serce sierżanta Blandforda podskoczyło. Szła ku niemu młoda kobieta. Była szczupła i wysoka. Miała długie kręcone jasne włosy. Oczy błękitne jak niezapominajki, wargi i podbródek zdradzały siłę woli. W jasnozielonym kostiumie wyglądała jak wiosna w ludzkiej postaci.

Ruszył ku niej, nie chcąc zauważyć, że ona nie ma ze sobą róży, a wtedy na jej ustach pojawił się nikły prowokujący uśmiech. "Idziesz w moją stronę żołnierzu?", wyszeptała. Zrobił jeszcze jeden krok. I wtedy zobaczył Hollis Maynel. Stała tuż za tą dziewczyną, kobieta po czterdziestce, siwiejące włosy wystawały jej spod zniszczonego kapelusza. Była tęga. Jej stopy o spuchniętych kostkach tkwiły w wydeptanych butach bez obcasów. Ale przy swoim zniszczonym płaszczu miała przypiętą czerwoną różę. Dziewczyna w zielonym kostiumie szybko odeszła.

Blandford poczuł, jakby miał rozszczepić się na dwoje. Pragnął iść za dziewczyną, równie głęboko tęsknił za kobietą, której duch towarzyszył mu i podtrzymywał w trudnych chwilach. I oto stała tu. Widział jej bladą twarz, łagodną i wrażliwą, szare oczy z ciepłymi iskierkami.

Sierżant Blandford nie wahał się. Jego palce zacisnęły się na egzemplarzu zniszczonej książki, który miał być dla niej znakiem rozpoznawczym. Może nie będzie to miłość, ale na pewno coś szczególnego, przyjaźń, za którą był i musi być jej wdzięczny.

Wyprostował ramiona, zasalutował i wyciągnął książkę ku kobiecie, choć w środku czuł gorycz rozczarowania.

- Jestem sierżant Blandford, a pani jest panią Maynel. Bardzo się cieszę, że mogliśmy się spotkać. Czy wolno mi... czy wolno mi zabrać panią na obiad? Twarz kobiety poszerzyła się w wyrozumiałym uśmiechu.

- Synu, nie wiem o co chodzi - odezwała się - ale ta młoda dama w zielonym kostiumie prosiła, abym przypięła sobie tę różę do płaszcza. Powiedziała, że jeśli zaprosi mnie pan na obiad, to mam panu przekazać, że ona czeka w tej restauracji po drugiej stronie ulicy. Powiedziała, że był to rodzaj próby."


- A czemu ona dała mu rodzaj próby? Mogła od razu mu pokazać kim jest. - zdziwiła się dziewczynka.

- Tak, ale wtedy nie miałaby pewności, że ten mężczyzna darzy ją prawdziwym uczuciem. Niektórzy mężczyźni po prostu patrzą tyko na to, czy kobieta jest na przykład ładna, szczupła, ale nie zwracają uwagi na charakter. Ona chciała mieć pewność, że on jej nie wykorzysta. - odpowiedział pan Lupin.

- A ty patrzyłeś na to, czy mama jest ładna jak miałeś być jej mężem? - zadała kolejne pytanie dziewczynka.

Mężczyzna zaśmiał się cicho, ale cierpliwie odpowiedział.

- Nie ukrywam, że wasza mama jest bardzo piękną kobietą, ale ja raczej nie zwracałem na to większej uwagi. Z początku przyjaźniłem się z mamą i kiedy zacząłem się w niej zakochiwać nie chciałem się do tego przyznać, bo uważałem,  że  jestem dla waszej mamy zbyt biedny, za stary i zbyt niebezpieczny. Ale wasza mama też się we mnie zakochała i w końcu dopięła swego, zaczęliśmy się spotykać,  później się pobraliśmy i urodził się Ted. Niedługo po narodzinach Teda rozpoczęła się ostatnia bitwa o Hogwart, a później jakoś się to toczyło. - skrócił całą historię córce.

- A żałujesz, że mama jest twoją żoną?

- Ani trochę tego nie żałuję. Bardziej bym się bał czasem, że mama mogłaby żałować małżeństwa ze mną.

- Dlaczego?

- Bo przeze mnie mama musiała zmienić praktycznie całe swoje życie.

- Ale możesz być pewny,  że ani trochę tego nie żałuję Remusie. - odezwała się milcząca dotąd kobieta.

- Długo tam stałaś? - zapytał żonę, która właśnie do nich podeszła.

- Przyszłam jak mówiłeś bajkę Kathrine. Nie martw się, dobrze się czuję. - powiedział mężowi i złożyła mu na ustach krótki pocałunek. 

- A mogę o coś jeszcze spytać? - odezwała się do rodziców Kathrine.

- Oczywiście kochanie. O co chciałabyś zapytać? - odpowiedziała jej matka.

- Czy dzieci można mieć tylko jak się ma męża albo żonę? - na to pytanie jej rodzice mocno się zdziwili.

- A skąd to pytanie? - zapytał Remus.

- Bo jak byłam po lody z Tedem i Colinem tydzień temu to jakieś dzieci śmiały się i mówiły do jednej dziewczynki coś,  że jej mama nie jest żoną jej taty. - wytłumaczyła ciekawa świata mała czarownica.

- Dzieci można mieć nawet jak nie ma się męża albo żony, ale to dlatego, że życie pisze nam różne scenariusze. Czasem zupełnie inne niż byśmy oczekiwali. - zaczęła tłumaczyć jej pani Lupin przysiadając na podłokietniku kanapy na której siedzieli jej mąż i córka. - Ale to, że ktoś ma rodziców, którzy nie mają ślubu, wcale nie czyni tej osoby gorszą.

- Wiem. Już wszystko rozumiem. Chodźmy zrobić tato śniadano, a ty mamusiu poczekaj to zrobimy też dla ciebie. - wydała polecenia Kate, czym rozbawiła rodziców, którzy kryjąc swoje rozbawienie wypełnili jej rozkazy.

Kiedy poszła z tatą do kuchni postanowiła, że zrobią tosty na słodko z czekoladą dla Kathrine, dla Teda usmażą jajecznicę, dla Colina dziewczynka zrobiła płatki czekoladowe z mlekiem, a z pomocą taty dla obojga rodziców zrobiła naleśniki. Krótko mówiąc, tego ranka na śniadanie każdy dostał swoje ulubione danie lub potrawę...

Po posiłku dzieci poszły się pobawić, a Remus zaczął sprzątać po śniadaniu. Widząc, że coś go gryzie jego żona obserwowała go przez chwilę, co trochę go rozproszyło.

- Doro coś się stało? - zapytał nie mogąc znieść przeszywającego spojrzenia żony.

- Nie, ze mną wszystko dobrze. Ale mam wrażenie, że coś cię gryzie i za wszelką cenę chcesz to ukryć przede mną.

- To nic. Po prostu wzięło mnie na przemyślenia i tyle.

- Remus powiedz. Oboje wiemy, że jak teraz tego nie zrobisz to będziesz się tym zadręczał i w końcu nie wytrzymasz tego i wyżyjesz się na mnie albo dzieciakach w czasie sprzeczki.

- Nie chce, żebyś się martwiła.

- Nie będę. Co się dzieje Remusie?

- Martwię się po prostu o Ciebie i dzieci. Nie chciałbym, żeby na nich przeszła moja likantropia. Niby w przypadku chłopców i Kate nic takiego się nie wydarzyło i są zdrowi pod tym względem, ale jednak te dzieci mogą być chore.

- Uspokój się. Wszystko będzie dobrze. Jestem pewna, że urodzą się zdrowi, ewentualnie w przyszłości będą tak samo przewrażliwieni jak ich tatuś. - powiedziała pół serio pół żartem kobieta.

- Nie jestem przewrażliwiony. - naburmuszył się trochę jej mąż.

- Oj spokojnie,  droczę się tylko. Może minimalnie jesteś, ale wiem, że się o nas po prostu troszczysz. - zanim Remus zdążył się odezwać kontynuowała. - Co jeszcze Cię dręczy skarbie?

Zrezygnowawszy z kłótni, którą wiedział,  że przegrał na starcie odpowiedział na pytanie żony, pozostawiając jej docinki bez komentarza.

- Zastanawiam się po prostu, czy nie pojechać gdzieś z wami... Mam na myśli, żeby jechać gdzieś na wakacje. Mam wrażenie, że od kont jesteś w ciąży to zaniedbaliśmy Teda i Colina, Kate może nie tak bardzo, bo z nią o wiele częściej rozmawiamy niż z chłopakami.

- Szczerze mówiąc też nad tym myślałam. Co powiedziałbyś,  żeby jechać nad morze? Może gdzieś w Polsce? Spędzimy trochę czasu z dziećmi, sami odpoczniemy... - zaproponowała kobieta.

- Mi pasuje, tylko co dzieciaki na to? - odpowiedział.

- Zaraz się przekonamy. Pójdę po nich. - chciała wstać, ale silne ramiona jej męża ją skutecznie zatrzymały.

-Nie ma opcji. Ja pójdę. Ty siadaj i nie chodź nigdzie. Nie możesz się przemęczać.

- Niech Ci już będzie. - gdy Remus poszedł po dzieci kobieta kilkoma zaklęciami zrobiła w kuchni porządek, którego nie skończył z jej winy Remus.

Po wytłumaczeniu dzieciom wszystkiego, nie licząc oczywiście kilku spraw o których nie muszą dzieci wiedzieć, Remus i jego żona udali się z nimi do ogrodu, gdzie dzieci wróciły do zabawy,  a małżeństwo położyło się na hamakach i zaczęli relaks mając całą trójkę na oku.

Kiedy minęły już cztery godziny pani Lupin postanowiła iść zrobić obiad całej rodzinie, a dzieci zostały z ojcem rozpoczynając zabawę w chowanego. Wtedy jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, jak zakończy się niewinna zabawa...






Hej,  przepraszam, że nic nie było, ale ostatnie tygodnie to dla mnie jakiś koszmar, nie mam czasu prawie na nic. Rozdziału nie zdążyłam też sprawdzić za co z góry przepraszam jeśli będą błędy. Możecie podsyłać w komentarzach swoje pomysły co do tego, co mogło się stać w czasie zabawy. Następny rozdział wrzucę jakoś w najbliższą niedzielę. Miłej nocki/dnia każdemu <3