sobota, 31 października 2020

BONUS

20 luty 1996 rok

Dochodziła druga w nocy. Wszyscy członkowie Zakonu Feniksa czekali już tylko na ich przywódcę i zastępcę dyrektora Hogwartu Albus'a Dumbledore'a. Mowa tu oczywiście o Alastor'ze "Szalonookim" Moody'm. Na Grimmauld Place 12 w ciągu ostatniego roku było często głośno. Syriuszowi,  który zmuszony był się ukrywać w tym miejscu nie przeszkadzało żadne towarzystwo. W końcu gdyby nie spotkania Zakonu w jego domu oraz wizyty przyjaciela,  a czasem nawet córki jego kuzynki już dawno by oszalał z samotności. Kilka minut po drugiej w nocy w końcu przyszedł Moody.

- Szalonooki nie można było zebrania zrobić o normalnej godzinie? - zapytała jako pierwsza Tonks. - Niektórzy jutro pracują i przez Ciebie będą wyglądać jak zombie.

- Tobie to nie grozi,  bo możesz to zakamuflować. - odparł jej niezbyt miło były auror. - A w ciągu dnia możemy być śledzeni. 

- Dobra skończcie już. - powiedział śpiący Syriusz. - Odbębnijmy spotkanie i idę spać.

- Kingsley masz ten raport? - powiedział Moody kierując swoje magiczne oko na aurora i ignorując ogólne narzekania.

- Tak,  mam. - powiedział mężczyzna.

Po zdaniu wszystkich raportów i ogólnym ustaleniu ważnych informacji Moody poprosił o zostanie tym razem tylko trójkę członków Zakonu. Konkretnie byli to Remus Lupin, Syriusz Black i Nimfadora Tonks.

- Co się stało? - zapytał pierwszy Remus.

- Nie uwierzę,  że masz zadanie dla nas, bo mi nikt nie daje wyjść z tego więzienia. - dodał Black.

- Chciałbym najpierw pogadać z wami dwoma dlatego idź na górę Tonks. Zawołam Cię za niedługo.

- To mnie obudź,  bo pójdę się przespać chociaż kilka minut. - odpowiedziała młoda metamorfomag.

- Dobra, idź. - odesłał ją Alastor.

Gdy kobieta zamknęła drzwi od sypialni na pierwszym piętrze Moody zaczął rozmowę.

- Musimy pogadać o Tonks. Dlatego ją odesłałem. Martwię się o nią. - oznajmił bez przysłowiowego owijania w bawełnę.

- A co z nią? - zapytał Syriusz.

- Ona nie jest sobą zauważyliście?

- Fakt, ostatnio mam wrażenie,  że dziwnie się zachowuję. - przyznał Remus.

- Dziwnie to znaczy? - zainteresowali się pozostali mężczyźni.

- Jak z nią rozmawiałem to czasem gdy na chwilę traciła kontrolę nad swoją metamorfomagią od razu prawie przestawała się śmiać, czy cokolwiek. Jakby bała się, że ktoś coś odkryje. Nie wiem jak mam wam to wyjaśnić,  ale jestem pewny, że ona się czegoś może obawiać. Pamiętasz Alastor jak raz nie przyszła na wezwanie na spotkanie Zakonu co Kingsley powiedział, że nie było jej tego dnia w biurze, bo miała wolne? - wyjaśnił Lupin.

- Pamiętam i co?

- Poszedłem do niej tak jak prosiłeś. Jak mi otworzyła drzwi to widziałem w jej oczach strach, który szybko ukryła, a na twarzy miała ślady łez jakby płakała. Wmawiała mi, że wszystko w porządku, ale, że nie powinienem tam przychodzić. Myślę, że coś się może u niej dziać, ale ona się boi o tym komukolwiek powiedzieć.

- Słuchajcie Tonks ma tego całego narzeczonego co nagle z choinki się urwał prawda? - powiedział Syriusz. - Może on coś by wiedział?

- Albo to on jej coś robi i ją zastrasza. - dodał Szalonooki. - Musimy to sprawdzić.

- Ale jak? Ona nam nic nie powie. A nie możemy naciskać, bo inaczej zamknie się w sobie i niczego się już nie dowiemy.

- Może ja bym z nią pogadał o tym facecie? Pod pretekstem poznania go w jakiś sposób, bo powiem, że jako jej wujek chcę się o nią troszczyć, czy coś.

- Nawet nie głupi pomysł. Jak się czegoś dowiesz to powiedz nam później.

- Jasne. Pogadaj z nią też. - powiedział Łapa i poszedł do swojego pokoju na drugim piętrze. 

Lupin udał się po nim do jednego z wolnych pokoi,  które zajmował, aby spróbować się jeszcze przespać. W momencie,  gdy mężczyźni wyszli z kuchni Moody wyszedł z nimi,  aby obudzić Tonks. Po krótkiej rozmowie z kobietą poszedł do siebie, z kolei zmęczona metamorfomag poszła z powrotem się położyć i złapać jeszcze z godzinę snu.

Kolejnego dnia po pracy Tonks wiedząc, że jej narzeczony ma od rana całodobowy dyżur w Szpitalu Świętego Munga i nie będzie go w domu postanowiła skorzystać i zanocować u swojego wujka przy okazji dotrzymując mu jakiegoś towarzystwa.
Kiedy zjawiła się na Grimmauld Place 12 od razu powitał ją rozradowany Syriusz.

- Nimfadorka? - powiedział specjalnie Łapa wiedząc, że kobieta nie znosi swojego imienia.

- NIE MÓW. DO MNIE. NIMFADORKA,  ANI ŻADNYM INNYM ZDROBNIENIEM CZY MOIM PEŁNYM IMINIEM SYRIUSZU! - zawołała oburzona aurorka.

- Dobra no. Chciałem tylko,  żebyś mi opowiedziała o tym swoim Romeo, który ma być twoim mężem.

- Co chcesz wiedzieć o Loganie?

- Okej imię już nam to więc tak: nazwisko, status majątkowy,  bo musze wiedzieć, czy nie ma długów, wszystko  jego rodzince i...

- Syriusz przystopuj. Logan ma na nazwisko Walker. Jest uzdrowicielem, ale ma wiele znajomości w ministerstwie. Ma tylko rodziców. A więcej nie musisz wiedzieć, a poza tym nie chcę o tym rozmawiać.

- Dlaczego?

- Bo nie. Proszę odpuść.

- Powiedz mi jeszcze tylko czy jesteś z nim szczęśliwa? - Przez dłuższą chwilę kobieta myślała. Nie chciała nikomu mówić o piekle jakie przeżywa, ale jednocześnie chciała, aby ktoś jej pomógł. Już dawno nie kochała swojego narzeczonego. Właściwie nigdy nie darzyła go uczuciem,  bo to właśnie on ją wykorzystywał i to on się zakochał bardziej. A przynajmniej na początku takie miała wrażenie. Teraz już doskonale wiedziała, że mężczyzną którego kocha jest przyjaciel jej wujka - Remus. Jednak nie chciała nikomu o tym powiedzieć ze strachu o rodziców. Wiele razy już, gdy próbowała się opierać lub bronić przed Walker'em ten groził jej, że zrobi coś jej ojcu i matce. Dlatego właśnie już nie reagowała. Czekała aż skończy, po czym nocami płakała bezgłośnie. Postanowiła, że mimo wszystko nie powie o niczym. Jednak jej milczenie wystarczyło Syriuszowi, aby włączył mu się tryb troski i chęci ratunku. - Tonks? Co się dzieje? Ten mężczyzna coś Ci zrobił? Powiedz mi. Pomogę Ci.

- Wszystko w porządku. - skłamała. - Pójdę zrobić herbatę. Też chcesz? - zmieniła temat.

- Na pewno dobrze?

- Tak.

- Niech Ci będzie. Zrobisz mi dwie herbaty? Luniek ma przyjść niedługo.

- Jasne.

Później już nigdy nie wrócili do tematu Logana. Nawet po przyjściu Lunatyka. Kobieta jednak nie wiedziała, że jej wujek wraz z Szalonookim i Lupinem planują pomóc jej bez jej wiedzy. Jednocześnie nie miała pojęcia,  że uratuję ją to kiedykolwiek od tego piekła.

17 kwietnia 1996 rok

Dzisiaj odbywała się rozprawa przeciwko Loganowi. Nimfadora obecnie mieszkała w domu Black'ów razem ze swoim wujkiem i jego przyjacielem Remusem. Była wdzięczna obu mężczyznom za wsparcie jakie jej okazali. 

Dwie godziny przed planowaną rozprawą Tonks wraz z Remusem była już w Ministerstwie Magii. Po obowiązkowym potwierdzeniu tożsamości udali się na salę,  gdzie czekali godzinę na rozpoczęcie rozprawy. Jako oskarżyciel Tonks siedziała blisko Amelii Bones, która prowadziła sprawę. Właśnie dlatego pani Bones wyraziła zgodę na udział Remusa w rozprawie. Był tam w roli wsparcia Tonks, jednak w papiery Amelia wpisała swojego kolegę ze szkoły jako świadka koronnego*. Dzięki temu mogli uniknąć problemów z niezbyt lubianym wówczas Ministrem Magii.

- Rozprawa z dnia siedemnastego kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku. Godzina czternasta trzydzieści. - zaczęła Bones. - Otwieram rozprawę ostateczną przeciwko Loganowi Walkerowi. Stawił się oskarżony Logan Walker doprowadzony z aresztu śledczego. Oskarżyciele: Nimfadora Tonks, ofiara i auror śledczy,  Amelia Bones, szefowa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów oraz Alastor Moody, emerytowany auror. Stawił się także świadek Remus John Lupin,  były profesor Obrony Przed Czarną Magią w Hogwarcie. Zarzuty?

- Oskarżony znęcał się fizycznie i psychicznie nad swoją ofiarą i jednocześnie byłą już narzeczoną Nimfadorą Tonks. - zarzucił sprawnie Moody.

- Czy przyznaje się Pan do zarzucanych czynów panie Walker? - zapytała opanowana kobieta.

- Nie. Ona sama chciała. - odpowiedział pewny siebie.

Przez kolejne dwadzieścia minut przesłuchania Loganowi zadawano kolejne pytania. Nie przyznawał się do żadnego z zarzucanych mu czynów,  więc Tonks zaczęła bać się,  czy aby na pewno jest bezpieczna. W końcu Amelia zwróciła się do niej z pytaniem.

- Pani Tonks, czy mogłaby pani opowiedzieć co ten mężczyzna pani zrobił? - zapytała. - Jak wyglądała Wasza relacja?

- No więc... Poznaliśmy się trzy lata temu. Byłam wtedy w środku kursów aurorskich. Na początku było w porządku. Ale niedługo po tym jak zamieszkaliśmy razem... - zaczęła łamiącym się głosem. - Zmienił się. Zaczął od częstego krzyczenia na mnie o byle co. Ciągle coś mu nie pasowało. W końcu miałam dość i chciałam odejść, ale on zagroził mi, że jeżeli to zrobię to zrobi coś moim rodzicom. Nie chciałam ich narażać. Dlatego z nim zostałam. Jakiś czas później mnie wykorzystał. Zaczął robić to często, a pomiędzy tym często też mnie bił. - powiedziała kobieta patrząc w dal ze łzami w oczach.

- W jaki sposób Panią wykorzystywał? - zapytała w miarę delikatnie.

- Nie chcę o tym mówić, proszę. - powiedziała zapłakana już kobieta.

- Czy zgwałcił kiedykolwiek panią? - zapytała Madame Bones.

Nimfadora nie będąc w stanie odpowiedzieć pokiwała jedynie przecząco głową.

- Niech pani opowie w takim razie w jaki sposób to robił. Nie musi pani podawać szczegółów.

- Obmacywał mnie... Zmuszał, żebym mu sprawiała przyjemności... Ale raz spróbował mimo wszystko mnie.. zgwałcić. - dokończyła ledwo przez zaciśnięte gardło. - Nie udało mu się to, bo Moody i Remus mi pomogli. Przyszli wtedy do mnie do domu. Uratowali mnie... - wyjaśniła płacząc.

Po złożeniu zeznań i naradzie Wizengamotu nastąpiło ogłoszenie wyroku skazującego. Logan Walker został skazany na 15 lat więzienia Azkabanu.

Roztrzęsiona opuściła salę rozpraw u boku Remusa. Mężczyzna cały czas wspierał ją. Za nimi z sali wyprowadzany przez trzech aurorów był Walker.

- Zniszczę cię suko! Zobaczysz jesz... - zaczął się odgrażać skazany przed chwilą wyrywając się współpracownikom Tonks. Ci jednak nie pozwolili mu zbliżyć się do koleżanki. Mężczyzna ucichł pod wpływem zaklęcia partnera zawodowego Tonks - Sturgis'a Podmore'a - zanim dokończył zdanie.

- Spokojnie. Już po wszystkim. Jesteś bezpieczna Doro. - powiedział ciepłym głosem Remus przytulając kobietę. - Chodź. Wracamy do domu. Łapa pewnie chce już wiedzieć wszystko.

- Remusie nie mów mu o niczym. Nikt nie może się dowiedzieć. Proszę. - powiedziała załamana kobieta.

- Dobrze, jak wolisz. Chodźmy.

- Poczekajmy jeszcze na Moody'ego. On też nie może nikomu powiedzieć tego co usłyszał. - powiedziała.

- Jak wolisz.

Po obietnicy złożonej przez Alastor'a udali się do Atrium Ministerstwa skąd planowo mieli udać się do Kwatery Głównej Zakonu Feniksa. Jednak kobieta nie miała siły się tłumaczyć,  ani rozmawiać ze swoim wujkiem dlatego poprosiła.

- Remusie zabierz mnie gdzieś indziej. - poprosiła.

- Ale gdzie? Mięliśmy wracać do domu Wąchacza.

- Nie mam siły, żeby jeszcze z nim rozmawiać. A do domu nie chcę wracać. Boję się tych wspomnień...

- Dobrze. W takim razie zaufaj mi i chodź ze mną. - odpowiedział delikatnie.

Złapał kobietę i teleportował się z nią na trzy.

Wylądowali przed dość starym,  ale jednak zadbanym budynkiem w mugolskiej dzielnicy Harold Wood. Z zewnątrz nie różnił się niczym szczególnym. Był to parterowy dom, w którym znajdował się salon,  sypialnia, dwa dodatkowe pokoje, kuchnia i dwie łazienki, jedna w sypialni, druga przy salonie. Tonks rozejrzała się lekko zdziwiona z ciekawością.

- Gdzie jesteśmy? - zapytała.

- To dom moich rodziców. Wychowywałem się tu przez kilka lat. Po ich śmierci otrzymałem go w spadku. Możesz tu pomieszkać ile potrzebujesz. - odpowiedział.

- Ale Remusie ja nie mogę... - zaczęła, ale on nie dał jej skończyć.

- Daj spokój. Potrzebujesz teraz spokoju. U swoich rodziców matka Ci nie da, bo będzie się martwić, w poprzednim domu masz złe wspomnienia, a Syriusz nie da ci spokoju na Grimmauld Place. Zostaniesz u mnie. Ja i tak rzadko tu bywam. Możesz spać w sypialni. Tam jest najwygodniej. - powiedział Lupin.

- Nie mogę. To twój dom,  twoja sypialnia.

- Jakoś się dogadamy na pewno. Teraz idź odpocząć w sypialni. Później dogadamy wszystko. - zmienił taktykę Remus.

Kobieta była zmęczona, więc już bez większych kłótni udała się do wskazanego pomieszczenia, jednak po chwili cofnęła się do kuchni, gdzie mężczyzna szykował im coś do jedzenia.

- Remusie tylko nie pomyślałam i nie mam ubrań, ani kosmetyków. Mógłbyś pójść o nie ze mną? - zapytała zestresowana.

- Ubrania na dzisiaj mogę Ci dać jakieś swoje. Ostatecznie transmutujemy na trochę mniejsze, a co do kosmetyków to możesz użyć moich. Rano po śniadaniu pójdę z Tobą do Ciebie i weźmiesz swoje rzeczy. - odpowiedział wycierając ręce. - Może być?

- Jasne. Dziękuję i przepraszam za kłopot. 

- Żaden kłopot Doro. Chodź, dam ci coś.

Godzinę później przebrana w transmutowane na mniejsze dresy Remusa i jego bluzę kobieta kładła się spać, gdy do sypialni zapukał wcześniej wymieniony mężczyzna.

- Proszę. - powiedziała po czym on wszedł do środka. - Nie musisz pukać. Jesteś u siebie.

- Masz prawo do prywatności, a ja to szanuję. Chciałem zapytać, czy nie jesteś głodna?

- Nie, dziękuję.

- Na pewno? Od rana nie jadłaś. Może coś zjesz?

- Nie chcę. Dziękuję, ale wolę po prostu o wszystkim zapomnieć.

- Okej. Jakbyś potrzebowała porozmawiać, albo cokolwiek to przyjdź do mnie. Będę w salonie.

- Jasne. Dziękuję.

- Nie masz za co. Śpij spokojnie.

Następnego dnia Tonks zabrała z pomocą Remusa wszystkie swoje rzeczy. Wyprowadziła się z tego domu i zamieszkała z Remusem już na lata. Wszystko zaczęło się im układać. Oczywiście oprócz miłości,  ale i to w końcu się ułożyło.


19 czerwca 2006 rok**
Remus siedział w salonie obserwując swoją żonę i córeczkę, które siedziały na kocu, na którym Nimfadora czesała dziewczynkę w dwa kitki. Przez te lata wiele się pozmieniało. Ożenił się z Tonks, pod koniec wojny urodził mu się najstarszy syn, a rok później drugi, z kolei niecałe dwa lata temu urodziła się jego pierwsza córka. Wiedział, że już oszalał na jej punkcie głównie przez to,  że dziewczynka odziedziczyła naturalne oczy swojej mamy, czyli niebieskie. Od tego czasu wiedział,  że jest na straconej pozycji, ponieważ jego żona i córka dadzą radę przekonać go do wszystkiego. Ale nie żałował. Kochał je tak samo jak swoich synów. Po jakimś czasie Nimfadora dostała wezwanie do biura aurorów, gdzie wznowiła pracę pół roku wcześniej. Remus jak zawsze został z dziećmi, w czasie gdy jego żona udała się do pracy na wezwanie. Do wieczora zaopiekował się dziećmi, a gdy udało mu się ich uśpić usiadł w salonie,  gdzie cierpliwie czkał na żonę.



*świadek koronny - w Polskim prawie to najważniejszy świadek, który ma prawo do zmiany tożsamości i otrzymuje ochronę policyjną, nie mam pojęcia czy ktoś taki był w świecie Harry'ego Potter'a, ale załóżmy  że jeśli nie to wymyśliłam to na potrzeby opowiadania
**tę datę podsunęła mi nieświadomie młodsza siostra, która urodziła się akurat w tym terminie haha


Taki krótki bonus na Halloween haha Rozdział postaram się dodać jutro lub w poniedziałek. Najpóźniej we wtorek. 

Dajcie znać, czy chcielibyście czasem takie "bonusy" zamiast rozdziału, a jeśli tak to o czym mogłyby być.

sobota, 24 października 2020

Nasza przeszłość daje o sobie znać part.2

~Miał w tym jeden cel - nie dopuścić, aby te bydle ponownie zraniło jego żonę i aby nie zbliżył się do ich dzieci...~

- Widzę Lupin, że nie rozumiesz pojęcia własności. Ona jest moja, rozumiesz? - odezwał się Walker.

- Jesteś chory człowieku. Tonks nie jest niczyją własnością. A to, że ja zostałem jej mężem jest jej wyborem. Poza tym gdybyś ją szanował mógłbyś być na moim miejscu. - odezwał się Remus ciągle będąc czujnym.

- Po co szanować,  jeśli można sobie wychować babę i być zadowolonym. Robisz co chcesz i nie słuchasz nawet narzekania. 

- Zastanów się, jesteś chory. Powinieneś się leczyć. A ją zostaw już w końcu w spokoju. - odparł spokojnym tonem.

- Nigdy, rozumiesz Lupin? Zresztą co Ci da chronienie tej suki,  jeśli ja mogę cię załatwić w bardzo prosty sposób. Zabawimy się Lupin? - powiedział i po chwili rzucił w miodowookiego niewerbalną drętwotą.

Remus odpowiedział niewerbalnym zaklęciem pełnego porażenia ciała. Chwilę później rozpoczął się pojedynek trzech czarodziejów na jednego. W momencie,  gdy Remus zaczął przegrywać do domu wpadli aurorzy wraz z Harry'm i pomogli Remusowi. Mężczyźni zostali zabrani przez grupę aurorów do ministerstwa magii, Harry polecił jednemu z podwładnych,  aby porozmawiał z Remusem,  upewnił się, że wszystko z nim w porządku i sporządził notatkę, a sam wraz z Marthą poszedł do sypialni, gdzie jak wcześniej powiedział mu Remus ukryła się Nimfadora z dziećmi. Zdjęcie wszystkich zaklęć z drzwi i całego pomieszczenia zajęło mu dłuższą chwilę. Miał nadzieję, że z jego przyjaciółką,  chrześniakiem i pozostałą dwójką dzieci jest wszystko w porządku.

W momencie,  gdy Remus wyszedł z sypialni Nimfadora wiedziała,  że musi zaopiekować się dziećmi i mimo wszystko zapewnić im poczucie bezpieczeństwa. Mimo, że nie było ono całkowicie możliwe chciała zrobić wszystko dla nich. Na sypialnię rzuciła zaklęcia  ochronne, a na drzwi zastosowała kilka dodatkowych. Następnie zaczęła uspokajać dzieci próbując nie myśleć o swoim byłym,  który w tym czasie przebywał z jej mężem w salonie. Wiedziała,  że Logan nie mógł przyjść do nich sam i na pewno ma jakiś wspólników, ale w tym momencie mogła jedynie robić coś najgorszego - czekać na pomoc. Gdyby sytuacja była inna prawdopodobnie kobieta poszłaby z mężem rzucając zaklęcia zabezpieczające z drugiej strony,  jednak wiedziała,  że będąc w ciąży nie mogła tak ryzykować. Musiała się wstrzymać. Po kilkunastu minutach oczekiwania i uspokajania dzieci wyczuła, że w domu pojawił się ktoś jeszcze. Miała nadzieję, że tym razem to aurorzy w towarzystwie Harry'ego. Z całego strasu zaczęła odczuwać skurcze. Wiedziała, że nie jest to ani trochę dobry znak dlatego postanowiła zwrócić się do najstarszego syna.

- Teddy podaj mi jakąś kartkę i coś do pisania. Powinno być w szufladzie biurka pod oknem.

- Może być? - zapytał po chwili szukania chłopiec podając jej notes i ołówek.

- Tak. - odpowiedziała odbierając przedmioty. Następnie napisała krótką notatkę,  bez odbiorcy, ponieważ nie była pewna kto jako pierwszy ją odczyta i powiedziała. - Weź to Ted i jeśli mi się coś stanie przekaż to pierwszej osobie, która przyjdzie tu nam pomóc dobrze?

- Ale mamo co się dzieje? Możesz sama powiedzieć. - powiedział nic nierozumiejący chłopiec.

- Boję się, że mogę nie dać rady, źle się czuję Ted,  słabo mi bardzo,  dlatego proszę, przekaż to komuś i zaopiekuj się rodzeństwem, jeśli będzie trzeba dobrze? Mogę na ciebie liczyć synku?

- Tak,  ale proszę nie śpij,  mów coś do nas. Cokolwiek. - zaczął panikować jedenastolatek.

- Wszystko będzie dobrze,  spokojnie... - powiedziała kobieta,  jednak chwilę później straciła przytomność.

- Mamo! Mamo, proszę cię obudź się. Mamo... - zaczął próbować ocucić kobietę jedenastolatek.

Kilka minut po utracie przytomności przez kobietę do sypialni dostał się ojciec chrzestny najstarszego z chłopców - Harry Potter wraz ze swoją i Tonks współpracownicą,  Marthą Carter.

- Ted co tu się stało? - zapytał od razu Harry widząc nieprzytomną przyjaciółkę.

- Mama coś napisała, mówiła, że źle się czuje, trzymała się za brzuch... Wujku mama będzie żyć prawda? Ona nie może umrzeć! Gdzie jest tata? - zaczął panikować Theodor.

- Martha weź Tonks do świętego Munga, zabierz te notatkę od niej ze sobą, zajmę się dziećmi. Weź mój świstoklik. - wydał polecenie podwładnej podając jej fragment starej bransoletki, którą miał przypiętą przy pasku podobnie jak inni aurorzy.

- Mam swój szefie. Dam znać jak się uda mi czegoś dowiedzieć. - powiedziała i po chwili aktywowała świstoklik znikając wraz z ciężarną matka.

- Słuchajcie mnie - odezwał się Potter do przerażonego rodzeństwa. - mama jest w szpitalu z Marthą, wasz tata rozmawia z resztą aurorów. Za chwilę do Was przyjdzie. Później będzie pewnie chciał iść do mamy, więc ja z Wami tu zostanę. Wszystko będzie dobrze, jesteście bezpieczni. - powiedział do dzieci próbując uspokoić ich i siebie jednocześnie.

Chwilę później do sypialni wpadł najstarszy z Lupinów. Nie widząc nigdzie żony powiedział wystraszony do syna swojego przyjaciela:

- Harry, gdzie Dora?

- W Mungu, Martha ją tam zabrała, była nieprzytomna. Idź do niej, zajmę się nimi,  w razie czego Molly, albo Ginny mi pomogą. - powiedział Potter.

- Dziękuję. - powiedział mężczyzna z wdzięcznością, po czym zwrócił się do dzieci. - Jesteście bezpieczni. Pójdę do mamy sprawdzić jak się ona czuję i do Was wrócę bardzo późno. Wujek z wami zostanie. Dobrze dzieci?

- Mamie nic nie będzie, prawda tato? - zapytał Colin.

- Wszystko się ułoży. - próbował przekonać siebie i dzieci mężczyzna.

- Ja chcę do mamy. Tatusiu weź mnie też. - powiedziała zapłakana Kathrine.

- Spokojnie Kate. Zostaniecie z wujkiem Harry'm. Nie mogę cię tam zabrać córeczko. - powiedział po raz kolejny.

Po kilku minutach rozmowy z Potter'em Remus udał się do szpitala Świętego Munga, aby dowiedzieć się co z jego żoną i dziećmi. Miał tylko nadzieję,  że nie straci żadnego z nich...

***

Skierował się w stronę recepcji, jednak zanim tam dotarł usłyszał jak ktoś go woła. Odwrócił się w stronę kobiety, którą okazała się być aurorka, która pomogła jego żonie.

- Panie Lupin, dobrze,  że Pan już jest. - odezwała się gdy była bliżej. - Pana żona jest na oddziale ciążowym*. W tej chwili ma jakieś badania, ale nie wiem nic konkretnego. Nie jestem z rodziny, więc nie udzielono mi żadnych informacji. - mówiąc to poprowadziła mężczyznę na odpowiednie piętro.

- Dziękuję za wszystko. - powiedział zmartwiony i przejęty mężczyzna.

- Nie ma za co. Muszę już wracać do biura, ale niech się Pan nie martwi. Znam Tonks z pracy i jest naprawdę silna. Wszystko się ułoży. - powiedziała kobieta chcąc jakoś wesprzeć męża przełożonej.

- Wiem. Dziękuję jeszcze raz. Jak się czegoś dowiem przekaże w wolnej chwili Pani i Harry'emu. - obiecał.

- Do zobaczenia w takim razie. - odpowiedziała kobieta.

- Do widzenia. - powiedział i podszedł do uzdrowiciela wychodzącego z sali jego żony. - Przepraszam co z moją żoną i dziećmi? - zapytał mężczyznę. 

- A kim Pan jest? - zapytał podejrzliwie.

- Remus Lupin. Jestem mężem Nimfadory i ojcem bliźniąt. - odpowiedział.

- Pana żona jest aktualnie w stanie stabilnym. W najbliższym czasie powinna się obudzić. Trafiła do nas w stanie bliskim zagrożenia życia. Bardzo prawdopodobne, że gdyby aurorka,  która ją przyprowadziła zwlekała dłużej żona mogłaby poronić,  na szczęście udało nam się zapanować nad sytuacją. Żona co najmniej miesiąc spędzi u nas na oddziale, nie wykluczone, że dłużej. - powiedział. - Teraz pani Lupin potrzebuje dużo spokoju, nie powinna się denerwować.

- Mógłbym do nich wejść? - zapytał zaniepokojony Remus.

- Najpierw niech się pan spróbuje uspokoić. Jeśli żona wyczuje pana stres sama może się zacząć denerwować.

- Błagam, tylko na chwilę,  dopóki się nie obudzi,  w domu zostawiłem trójkę dzieci z przyjacielem,  oni wszyscy czekają aż im powiem co z nią. - odpowiedział Lupin.

- Dobrze,  ale najpierw proszę ze mną. Dam panu coś na uspokojenie. Inaczej pana nie mogę wpuścić do żony. - upierał się uzdrowiciel.

- Niech będzie. - zgodził się i poszedł z lekarzem. Po przyjęciu eliksiru uspokajającego poszedł do sali żony. Już kilka minut później odczuł odprężające działanie wywaru.

Siedział przy niej przez kolejne półtora godziny, trzymając ją za rękę, kiedy po tym czasie poczuł jak jego żona się przebudza.

- Remus? Gdzie dzieci? Co z bliźniętami? Gdzie ja jestem? Co się dzieje? - zaczęła zmęczona kobieta zadawać mężowi pytania.

- Spokojnie kochanie, to ja. Dzieci są w domu z Harry'm. Z bliźniętami jest dobrze,  ale nie możesz się już denerwować. Jesteśmy w szpitalu świętego Munga. Spróbuj zasnąć. Pójdę po uzdrowiciela.

Po pół godzinie w końcu spokojniejszy wyszedł ze szpitala i teleportował się do domu.

***

Martha mimo tego,  że martwiła się o Nimfadorę po wyjściu ze szpitala udała się do Ministerstwa Magii,  gdzie w drodze do biura wysłała swojego patronusa z wiadomością do Harry'ego Potter'a z informacją czego się dowiedziała. Wiedziała, że nie jest to żadna konkretna informacja,  ale w końcu obiecała. Bardzo chciała wiedzieć co z jej koleżanką po fachu oraz przełożoną jednocześnie, ale znała procedury i wiedziała,  że sama niczego się nie dowie. Dlatego właśnie obiecała sobie, że za dwa dni uda się do Nimfadory z wizytą i zapyta o samopoczucie. Wiedziała, że wcześniej nie ma sensu udać się w odwiedziny,  bo tym co Tonks obecnie potrzebowała najbardziej było wsparcie jej męża i jego zapewnienie, że z ich pozostałą trójką dzieci jest wszystko w porządku.

***

Od wyjścia Remusa z domu minęło ponad półtora godziny. Mała Kathrine w tym czasie podobnie jak jej starsi bracia zdążyła zasnąć niespokojnym snem. Harry był wykończony, ale jednocześnie myśl,  że jego przyjaciółka i przyjaciel jego ojca mogą utracić dwójkę dzieci nie dawała mu spokoju. Mimo,  że formalnie nie był spokrewniony z Lupinami to traktował ich jak swoją  rodzinę. Czuł się z tego powodu za nich w pewien sposób odpowiedzialny. Gdy rozmyślał nad wszystkim usłyszał jak ktoś wchodzi do środka. Wyszedł z pokoju dzieci,  w którym przez praktycznie cały czas przebywał z różdżką w gotowości,  ale rozluźnił się po usłyszeniu przyjaciela.

- Harry gdzie jesteście? - zapytał cichym głosem Remus.

- Dzieciaki u siebie. - powiedział ujawniając swoją obecność. - Co z nimi? - zapytał mając na myśli Tonks i bliźnięta.

- Wszystko w porządku. Jutro Ci wszystko opowiem dobrze? Jestem zmęczony, a obiecałem Dorze, że jak tylko dzieci się wyśpią w miarę to ich do niej zabiorę. - wyjaśnił krótko.

- Jasne. Jak będziesz potrzebował pomocy to daj znać. Ginny i Molly na pewno pomogą.

- Wiem. Dziękuję. Gdyby nie Wasza szybka pomoc... Gdyby ona tam dotarła trochę później... Mogli nie przeżyć. Uratowaliście ich Harry. Dziękuję.

- Nie masz za co. Jesteśmy w kontakcie. - powiedział i po chwili zniknął w szmaragdowych płomieniach.

Po wyjściu Harry'ego Remus udał się do sypialni na odpoczynek. Zasnął zmęczony wszystkimi wydarzeniami minionej nocy.

Następnego ranka Remusa obudziły dzieci, które chciały dowiedzieć się co z ich matką i rodzeństwem. Po wytłumaczeniu wszystkiego dzieciom Remus poprosił je, aby poszli do siebie i ubrali się, a sam uda się sobie zrobić kawę i śniadanie dla dzieci.

Dwie godziny później znaleźli się całą czwórką w szpitalu świętego Munga, gdzie Remus zaprowadził ich do sali swojej żony. Nimfadora już nie spała. Widząc dzieci całe i zdrowe odetchnęła ulgą.

- Mama! - do kobiety podbiegła jej najmłodsza córeczka. 

- Kate ostrożnie. Mówiłem wam,  że mama musi odpoczywać. - skarcił delikatnie córkę Remus.

- Daj spokój. Bardziej się bałam o nich kiedy byli w domu. Dajecie sobie radę? Jak wy się dzieci czujecie? - odparła pani Lupin.

- Dobrze. Tata nami się zajmuje, dzisiaj pójdziemy do cioci Ginny,  bo tata mówił,  że musi załatwić coś w pracy. - odpowiedział na pytania mamy Ted.

- A ty mamo jak się czujesz? - zapytał Colin. - Potrzebujesz czegoś?

- Nie Col, niczego nie potrzebuję. Wszystko dobrze,  tylko jestem jeszcze trochę słaba po prostu. Ale to nic, później odpocznę. Obiecajcie mi tylko, że jak będziecie potrzebowali pomocy albo nie będzie tata dawał sobie rady to powiecie mi o tym, dobrze? - powiedziała kobieta.

- Aż tak we mnie nie wierzysz? - zapytał rozbawiony jej prośbą mąż.

- Po prostu wiem, że samemu z trójką dzieci może być ciężko i nie łap mnie za słówka. - odpowiedziała mu żona udając obrażoną.

- Wiem, wiem,  spokojnie. - odpowiedział rozbawiony.

- Mamusiu,  a kiedy wrócisz do domku? - zapytała Kathrine.

- Nie wiem kochanie. Możliwe,  że dopiero za miesiąc. Uzdrowiciel chce mieć pewność, że nic już nie grozi mi i bliźniętom. - odpowiedziała jej matka.

- A znasz już płeć? - zapytał ciekawy Remus.

- Znam, ale nie wiem jeszcze, czy ci powiem. - odpowiedziała rozbawiona chcąc się z nim trochę podroczyć co wywołało śmiech dzieci.

- No wiesz ty co? Własnemu mężowi? - odpowiedział zadowolony,  że mimo tych trudnych chwil udało mu się wywołać na twarzach dzieci i żony uśmiech.

- A czemu nie? - zażartowała.

- Mamo a nam powiesz? - powiedział z uśmiechem Theodor.

- A chcecie wiedzieć? - odpowiedziała.

- Tak, ja chcę! - zawołała Kate. - Tata wyjdzie jak będziesz chciała.

- A ty się cwaniaro tak nie rządź. - powiedział ze śmiechem Remus i połaskotał córkę.

- Zostaw ją Remus. - powiedziała rozbawiona kobieta. - Jak chcecie to możecie spróbować zgadnąć.

- Dwie dziewczynki? - zaczęła Kate.

- I tak i nie. - powiedziała rozbawiona kobieta.

- Chłopiec i dziewczynka? - odgadł Colin.

- Tak. - powiedziała mu rozbawiona.

- Ale fajnie! - ucieszyła się pięciolatka.

Po kilku godzinach spędzonych w szpitalu Remus z dziećmi pożegnali kobietę i udali się do Nory. Zanim wyszli Remus powiedział cicho żonie, że później jeszcze do niej wpadnie zanim odbierze dzieci. Następnie po zostawieniu całej trójki pod opieką Molly Weasley udał się do sklepu, w którym pracował i zabrał potrzebne mu dokumenty. Udał się z nimi na pokątną do "Magicznych Dowcipów Weasley'ów",  aby przekazać je Fred'owi i George'owi.

- Chłopaki mógłby któryś z Was w ciągu najbliższych dwóch miesięcy częściej zaglądać do sklepu? Muszę wziąć urlop, bo Dora jest w szpitalu, przez miesiąc lub dłużej będzie tam leżeć,  a ja muszę zająć się dziećmi i jej pomóc. Wczoraj mieliśmy włamanie, można powiedzieć, że w pewnym sensie nasza przeszłość daje o sobie znać. - wytłumaczył ogólnie swoim przełożonym. - Teraz moim priorytetem jest po prostu zapewnić dzieciom i jej poczucie bezpieczeństwa. W międzyczasie będziemy się pod koniec wakacji przeprowadzać, więc nie dam rady pogodzić wszystkiego ze sklepem.

- Pewnie. Jakbyście potrzebowali pomocy to daj znać,  pomożemy. Jak się Tonks czuje? I co z waszymi dziećmi? - odpowiedział Fred.

- Dzięki. Z Dorą i dziećmi póki co jest dobrze, ale nie wiem jak dalej będzie. Ted, Col i Kate są teraz chwilowo u waszej mamy. Musiałem im załatwić opiekę na szybko, a Molly pierwsza przyszła mi na myśl. Gdyby nie to, że Dromeda też choruje to pewnie ona by się nimi zajęła. - oznajmił Remus.

- Jak będzie coś trzeba pomóc, albo zabawić dzieciaki nam też możesz powiedzieć. - powiedział szczerze George. - Może certyfikatów nie mamy,  ale doświadczenie jakieś już tak. - zażartował.

- Jasne, dzięki. - odpowiedział Lupin ze śmiechem.

Po chwili rozmowy i ustaleniu wszystkich warunków urlopu Remus wyszedł ze sklepu bliźniaków i teleportował się ponownie do szpitala, w którym przebywała jego żona.

- Gdzie zgubiłeś nasze dzieci? - zapytała go Nimfadora gdy wszedł do jej sali. Oprócz kobiety w pomieszczeniu nie było żadnej innej pacjentki.

- Molly jeszcze się nimi zajmuje. Wpadłem na chwilę sprawdzić jak się czujesz i będę się niedługo zbierał po nich.

- Okej. Na którą jutro masz do pracy? - zapytała ciekawa.

- Wziąłem wolne, żeby zająć się dzieciakami. Fred i George się zgodzili. Masz od nich pozdrowienia.

- Wszyscy już wiedzą, że tu leżę? - zapytała rozbawiona kobieta.

- Ja nie mówiłem wszystkim tylko Fred'owi,  George'owi i Molly. Harry mówił Ginny, ale on nam wcześniej pomagał, podobnie jak ta aurorka Martha. Inni jeśli się dowiedzieli to na pewno nie ode mnie.

- Niech Ci będzie. Myślałeś nad imieniami? - zmieniła temat.

- Nie za bardzo. A masz jakieś propozycje?

- Myślałam o Jasonie, albo Jackobie. - powiedziała.

- Myślę, że Jackob będzie dobrze, a na drugie może Lucas? - odpowiedział mężczyzna.

- Jackob Lucas Lupin... Podoba mi się nawet. - uznała. - Ale jak nazwiemy małą?

- Nie mam pojęcia. Porozmawiam z dzieciakami, może one coś nam wymyślą.

- Remus to nasze dzieci,  my powinniśmy wybrać imię. - powiedziała kobieta.

- Ale nasze dzieci nie wybiorą. Zapytam ich tylko o jakieś sugestie i coś wybierzemy wspólnie, poza tym to ich rodzeństwo kochanie i też mają prawo brać udział w ich życiu. - odpowiedział,  żeby uspokoić żonę.

- Masz rację. Przepraszam. Nie powinnam ich wykluczać.

- Nie wykluczasz. Po prostu wszyscy ostatnio mieliśmy sporo nerwów i teraz wszystko z nas uchodzi. Nie martw się, na pewno zanim urodzisz wybierzemy to imię. - powiedział Remus. - Przywieść ci coś jutro? - dodał.

- Jakieś ubrania dodatkowe. I jakieś książki, bo umieram tu z nudów. - odpowiedziała.

- Mogę się domyślać. - powiedział z delikatnym uśmiechem. - Jutro Ci przyniosę wszystko. Wezmę jeszcze raz dzieciaki, później postaram się, żeby częściej kogoś z nimi zostawiać.

- Jak tu z nimi będziesz to zostaw ich u mnie i powiadom osobiście moją mamę o wszystkim dobrze? - poprosiła męża. - Nie chcę, żeby się martwiła jak nie będziemy się odzywać, ale boję się jak może ona to przyjąć. - wyznała.

- Jasne, ale wcześniej zabiorę dzieciaki i załatwię im opiekę. Nie możesz się przemęczać, więc nie licz, że zostawię Cię samą z trójką dzieci.

- Z dwójką jakoś daję radę. - zażartowała.

- Tyle, że ta dwójka będzie z Tobą jeszcze przez miejmy nadzieję, że cztery miesiące, więc to akurat inna sytuacja kochanie. - odpowiedział Remus. - Uciekam odebrać dzieciaki, bo pewnie znowu będę musiał im wymyśleć jakąś bajkę. - stwierdził. - Uważajcie na siebie.

- Zawsze uważamy. A co do tej bajki to przypomnę Ci,  bo widzę, że zapomniałeś, ale sam od małego im opowiadałeś bajki, więc nie narzekaj teraz. - odpowiedziała rozbawiona.

- Wiem o tym. - powiedział i pochylił się nad żoną o czym pocałował ją krótko. - Dobrej nocy.

- Wam też. Do jutra. - odpowiedziała.

Po wyjściu z budynku Remus udał się do Nory. Kiedy wrócił z dziećmi do domu poprosił ich, aby się wykąpali i ubrali piżamę, a sam w tym czasie chciał przygotować kolację. Jednak zanim zaczął podeszła do niego Kathrine.

- Tato, a pomożesz mi się wykąpać? Bo zawsze mama mi pomaga. - powiedziała dziewczynka.

- Nie mam wyjścia Kate. Pomogę Ci, nie martw się. - powiedział córce.

Po kąpieli i kolacji dzieci jak zawsze poprosiły ojca o jakąś bajkę.

- Opowiem Wam dzisiaj krótką historię: "O księżniczce na ziarnku grochu".

Dawno temu był sobie książę, który szukał sobie żony. Warunek miał taki,  że jego żona musi być najprawdziwszą księżniczką. Jeździł po całym kontynencie w poszukiwaniu "tej jedynej" jednak nigdzie nie mógł jej znaleźć. Mimo, że znalazł wiele księżniczek ciągle coś mu nie pasowało i zawsze miał co do nich jakieś "ale". Wrócił do domu przygnębiony, że nie może znaleźć żony,  chociaż bardzo tego pragnął. Pewnego wieczoru przyszła ogromna burza. Nagle do bram miasta ktoś zapukał. Stary król poszedł więc otworzyć. Przed bramą stała panna, która oznajmiła że jest księżniczką. Na dowód tego pokazała diadem, który miała na swojej przemoczonej głowie. Jednakże dziewczyna przez deszcz,  wiatr i burzę wyglądała jak siedem nieszczęść,  dlatego król zaprosił ją do zamku. Królowa nie była ani trochę przekonana co do tego, czy dziewczyna jest prawdziwą księżniczką, więc postanowiła to sprawdzić. W komnacie, którą przygotować chciała dla młodej kobiety po cichu, gdy nikt nie widział podłożyła jedno ziarnko grochu, które ułożyła pod materacem na łóżku. Następnie poleciła służbie, aby położono wszystkie wolne materace i pierzyny w całym królestwie i zrobiono z nich posłanie na łóżku dla gościa.
Następnego ranka przy śniadaniu kobieta spytała:
- Jak się spało księżniczko?
- Oj bardzo źle niestety.- odpowiedziała. - Całą noc coś mnie uwierało. A rano odkryłam, że mam jakieś siniaki.
Wtedy para królewska miała pewność,  że goszczą prawdziwą księżniczkę. Powodem tego był fakt, że tylko najprawdziwsze księżniczki mają delikatną skórę na tyle, żeby mogły wyczuć cokolwiek.
Książę ożenił się z tą księżniczką i żyli długo i szczęśliwie, a ziarnko grochu oddano do muzeum, gdzie teraz można je oglądać. O ile nikt go nie zabrał i nikomu gdzieś nie upadło, bo wtedy byłoby to jak szukanie igły w stogu siana...

- Taka krótka? - zapytała niezadowolona Kathrine. - Tato opowiedz coś jeszcze. 

- Nie dzisiaj słońce. Jestem zmęczony, a jutro będziemy musieli jeszcze raz iść do mamy zanieść jej kilka rzeczy,  a później muszę porozmawiać z waszą babcią. - powiedział. - Jutro postaram się opowiedzieć Wam jakąś dłuższą historię, dobrze?

- Niech będzie. - uznała pięciolatka. - Dobranoc.

- Dobranoc dzieci. - powiedział i wyszedł z pokoju swoich pociech.







*nie mam pojęcia, jakie konkretnie w świecie J. K. Rowling były oddziały w świętym Mungu, (a nigdzie nie znalazłam nazwy takiego,  w którym przyjmowano ciężarne)  ani od jakich chorób, stanów były, więc uznajmy,  że oddział ciążowy to taki odpowiednik oddziału patologii ciąży,  jakie są w Polskich szpitalach



Okej, miałam wstawić go około 23 w sobotę,  ale nie wyrobiłam, bo musiałam wprowadzić kilka poprawek plus nie najlepiej się czułam. Mam nadzieję, że nie wyszedł jakoś szczególnie kiepsko, szczególnie, że wiem sama, że mogłoby być lepiej, ale uznałam,  że lepszy ten niż żaden, szczególnie, że teraz muszę sama się uczyć głównie z internetu ewentualnie starych notatek, ale mniejsza z tym.

Napiszcie co sądzicie i co warto zmienić.

Przy okazji napiszcie, czy waszym zdaniem nie jest tu za dużo dialogów a za mało opisów? A może odwrotnie? Piszcie, bo bardzo przyda mi się to do przyszłych rozdziałów.

Taki spojler ode mnie: W przyszłym rozdziale będzie mała sprzeczka i może nawet coś niezbyt miłego się przytrafi Remusowi i jego rodzinie. Ale nie jestem pewna haha

Już nie przedłużając życzę Wam dużo zdrówka i pozdrawiam ciepło 💙

środa, 21 października 2020

Nasza przeszłość daje o sobie znać...

~Żadne z nich nie zobaczyło jednak jak za oknem przemknął cień pewnego mężczyzny, którego małżeństwo uznawało za odległą przeszłość...~

Kolejnego dnia po śniadaniu Remus pojechał do agencji mieszkaniowej, aby znaleźć jakieś oferty domów na sprzedaż. Przy okazji miał rozejrzeć się za prezentem dla Colina na jego dziesiąte urodziny. W tym czasie Nimfadora została z dziećmi. Kobieta była zmęczona, więc poprosiła dzieci,  aby pobawiły się w ogrodzie. Sama wyszła na taras, gdzie usiadła w swoim ulubionym miejscu, na wiszącym fotelu. Wzięła książkę, którą zaczęła czytać poprzedniego wieczoru i zatopiła się w lekturze. Zasnęła czytając. 

Dwudziestotrzyletnia kobieta stała przy wieszaku na ubrania w przedpokoju. Szykowała się na kolejne spotkanie Zakonu Feniksa. Chciała wyjść zanim wróci jej narzeczony. Niestety wrócił szybciej. Ponownie musiała spojrzeć w jego zimne szare oczy. Udała, że cieszy się na jego widok. Wiedziała, że powinna uciec i zostawić go już dawno, ale za bardzo bała się o swoich rodziców. 

-Gdzie idziesz? Miałaś mi zrobić obiad. - zapytał.

- Mam wezwanie do biura aurorów. Obiad już zrobiłam, jest na kuchence. Nie mam pojęcia kiedy wrócę, nie musisz czekać. - wysiliła się na jak najbardziej wiarygodny ton.

- Idź jak tak. - powiedział tylko i odszedł patrząc na nią podejrzliwie.

Wyszła z mieszkania i teleportowała się w parku niedaleko Grimlaud Place. Ruszyła w stronę kwatery głównej. Po drodze starała się przybrać ponownie wesołą minę. Po kilku próbach w końcu się jej to udało...

Obraz się zmienił. Ponownie była w mieszkaniu z narzeczonym. Tym razem zaczął ponownie ją bić i krzyczeć, bo przesoliła przez przypadek ziemniaki. Kiedy skończył i wyszedł z domu zapłakana skuliła się na podłodze w salonie gdzie ją zostawił. Nie miała już siły na nic. Ktoś zapukał do drzwi. Skupiła się i z pomocą swojej metamorfomagii zatuszowała ślady po pobiciu jak to miała w zwyczaju, a następnie niepewnie poszła sprawdzić kto przyszedł. Nie spodziewała się, że ktokolwiek się nią będzie interesował, a już na pewno nie myślała,  że mógłby to być właśnie pewien wilkołak, który od pewnego czasu zaprzątał jej myśli.

- Remusie co ty tu robisz? - zapytała nie ukrywając zdziwienia. - Mniejsza o to. Nie powinieneś był tu przychodzić.

- Wszystko w porządku? - zapytał. - Nie odpowiadałaś na wezwania, Alastor się martwił, ale nie mógł przyjść, bo ktoś musiał poprowadzić spotkanie zakonu, więc poprosił mnie, żebym sprawdził co z Tobą. - powiedział zmartwiony mężczyzna.

- Wszystko dobrze. Przepraszam,  źle się czuję. - próbowała go okłamać.

Obraz zmienił się ponownie. Tym razem była przed salą rozpraw. Wychodziła trzymając się blisko Lupina. Była roztrzęsiona. Z sali wyprowadzany przez trzech aurorów wyszedł jej już były narzeczony,  z którym przeżyła prawie trzy lata piekła.

- Zniszczę cię suko! Zobaczysz, jesz...! - zaczął jej grozić, ale zamilkł pod wpływem zaklęcia jej partnera zawodowego, a zarazem dobrego znajomego Sturgis'a Podmore'a.

- Spokojnie. Już po wszystkim. Jesteś bezpieczna Doro. - powiedział ciepłym głosem Remus przytulając kobietę.

Teraz widziała już urywki wspomnień. Ostatnie co zobaczyła to twarz Logan'a Walker'a. Mężczyzny, który stworzył jej prawie trzy lata istnego piekła w jej własnym domu. W ręku trzymał nóż na którym widziała swoją własną  krew...

Obudziła się gwałtownie i przerażona zaczęła rozglądać się wokół. Po chwili uświadomiła sobie, że leży w swojej i Remusa sypialni. Domyśliła się, że musiała usnąć na tarasie, z którego przeniósł ją jej mąż gdy wrócił. Wyszła z pomieszczenia chcąc znaleźć męża i dzieci. Miała bardzo złe przeczucia.

Po ujrzeniu Remusa w kuchni uspokoiła się. Mimo to nie zdążyła zmienić koloru włosów,  które po koszmarze przybrały niebieską barwę co oznaczało niepokój.

- Co się stało? - zapytał Remus.

Nic nie mówiąc wtuliła się w męża.

- Już,  spokojnie. Jestem tu kochanie.

- Miałam koszmar... Znowu go widziałam... Mam dość... - łkała wciąż będąc wtulona w męża. - Czemu mi to robił? Co ze mną jest nie tak Remusie?

- Nie mów tak. Jesteś wspaniałą kobietą, żoną i matką. - powiedział stanowczym i ciepłym głosem. - To on nie potrafił tego uszanować, ale już go nie ma. Nie pozwolę,  aby coś Wam groziło.

W takim stanie - wtulonych w siebie z zapłakaną kobietą - znalazł ich Theodor.

- Tato coś się stało? - zapytał niepewny nie chcąc przerywać rodzicom.

- W porządku Ted. Mama po prostu nie najlepiej się czuję i martwi ją to po prostu. - zmyślił na poczekaniu wiedząc, że obiecał żonie nie mówić o niczym dzieciom póki nie będzie to konieczne. - Coś chciałeś od nas?

- Kate chce się pić. I trochę głodni jesteśmy.

- Zaraz coś zrobimy do jedzenia. Weźcie sobie butelkę z sokiem dyniowym i kubki do nich dobrze? - powiedziała cicho łamiącym się głosem matka chłopca i jego rodzeństwa.

- Okej,  ale wszystko dobrze mamo? Może chcesz odpocząć? Możemy się sami sobą zająć. - zaproponował.

- W porządku Ted. Nie masz się o co martwić. Nie mów nic rodzeństwu dobrze? Nie ma potrzeby ich martwić.

- No dobrze, ale jak będziesz chciała to możesz nam powiedzieć.

- Wiem synku. Idź do rodzeństwa. Za pół godziny będzie jedzenie.

- Jasne mamo.

Kiedy chłopiec poszedł kobieta wzięła głębszy wdech i udała się do szafki przygotować ciasto na gofry, na które miała właśnie ochotę. Czuła przez ten cały czas na sobie spojrzenie swojego męża.

- Przepraszam. - powiedziała w pewnym momencie stojąc tyłem do obserwującego ją małżonka.

- Za co? - zapytał zdziwiony. 

- Przeze mnie będziesz się tym zadręczał. - odpowiedziała odwracając się do niego i opierając o szafkę. - I nie zaprzeczaj Remusie, znam Cię wystarczająco długo, żeby tak uważać.

- Nie będę się zadręczał. Najwyżej trochę martwił o Was, ale nie martw się. - wyznał. - A poza tym nie masz za co mnie przepraszać. Jesteśmy tylko ludźmi kochanie. Może ja nie do końca jestem człowiekiem, al... - zanim dokończył Nimfadora uderzyła go w potylicę. - Ała,  nie musisz mnie bić od razu...

- Jesteś Remusie człowiekiem jak każdy w tym domu! I nie waż się nawet myśleć inaczej! - powiedziała lekko zła na męża.

- Dobrze, już, zrozumiałem. - odpowiedział szybko nie chcąc jej denerwować. - Idź odpocząć jeszcze. Dokończę Ci te gofry.

- Niech Ci będzie. - powiedziała zrezygnowana. 

Po obiadokolacji Colin z Kate poszli pobawić się w salonie, z kolei Ted udał się do pokoju, gdzie w ciszy i samotności przeglądał podręczniki na nowy rok szkolny.

Jakieś dwie godziny później chłopiec wyszedł z pokoju chcąc podkraść z kuchni sobie i rodzeństwu jakieś słodycze,  jednak widząc rodziców w pomieszczeniu zrezygnował i uznał, że pójdzie najwyżej później. Chwilę później Nimfadora uznając, że jest już późno kazała dzieciom iść spać. Jej mąż domyślił się,  że kobieta jest mocno czymś zaniepokojona, więc zaproponował jej, aby poszła do ich sypialni, a sam udał się z całą trójką dzieci do ich pokoju.

- Opowiem wam bajkę, żeby mama się niczego nie domyśliła, zostawię Wam w kuchni trochę soku dyniowego i jakieś ciastka, ale macie zachowywać się cicho. - oznajmił im po cichu mężczyzna. - Mama nie najlepiej się czuje, dlatego chciałbym żebyście nie hałasowali, żeby mama mogła się wyspać, dobrze?

- Dobrze tato. - powiedzieli równocześnie Colin i Kate.

- Ale mamie nic nie jest? - upewnił się mimo wszystko Theodor.

- Nie Ted. Po prostu mama potrzebuje spokoju. - wyjaśnił.

- Jakbym mógł pomóc to mi powiedz dobrze?

- Będziesz wiedział jako pierwszy jeśli zajdzie taka potrzeba.

- Teddy cicho! Tatusiu opowiedz tą bajkę. - powiedziała niczego nierozumiejąca Kathrine.

Mężczyzna uśmiechnął się do córki i powiedział:

- Spokojnie. Znacie bajkę o kwiecie dobroci*?

- Nie.

- To posłuchajcie:

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami żyła królewna, jedyna następczyni tronu, która była taka zła jak piękna. A była bardzo piękna. Nie było dnia, żeby komuś jakiejś krzywdy nie wyrządziła. Była nieznośna dla swojego otoczenia, nieposłuszna wobec swoich rodziców, dokuczała ludziom pracującym w pałacu. Od samego rana, od przebudzenia się dokuczała dziewczętom pokojowym, które pomagały jej ubierać się. Przy śniadaniu grymasiła, nie chciała jeść, przeciągała posiłek w nieskończoność. Była arogancka dla nauczycieli, którzy przychodzili, by ją uczyć. Przy obiedzie dochodziło często do awantur. Potrafiła rzucać talerzami, wywrócić wazę z zupą, wytrącić usługującym tacę z posiłkiem a nawet ściągnąć obrus ze stołu, wraz z zastawą. Po południu nie chciało się jej odrabiać lekcji. Wobec gości, którzy przychodzili z wizytą do jej rodziców, zachowywała się nieuprzejmie, czasem wręcz bezczelnie. Nie miała żadnych przyjaciół. Wszyscy bali się jej złości. Jedno co naprawdę kochała, to były kwiaty. Godzinami potrafiła siedzieć w ogrodzie, doglądała robotników pracujących tam, pielęgnowała kwiaty, własnymi rękoma plewiła grządki i przycinała gałązki, okopywała. Niektórzy mówili, że nawet rozmawia z kwiatami.

Razu pewnego przyjechał w odwiedziny król z sąsiedniego królestwa wraz z małżonką i swoim synem. Królewna, aby dokuczyć rodzicom, zapowiedziała, że nie przyjdzie na przyjęcie i faktycznie nie przyszła. Niespodziewanie tylko wpadła na moment do sali, gdzie ucztowano. Wszyscy zamarli ze strachu. Zrobiła się cisza. Nawet orkiestra przestała grać. Ale na szczęście nie doszło do żadnej awantury. Bez jednego słowa przeszła przez salę i znikła. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Wtedy właśnie królewicz zobaczył ją i od pierwszego wejrzenia zakochał się w niej. Po powrocie do domu oświadczył swoim rodzicom:

- Chcę królewnę pojąć za żonę.

- Po pierwsze nie wiadomo, czy ona zechce, żebyś ty był jej mężem. A po drugie, czy ty wiesz, jaka ona jest?

I wtedy opowiedzieli mu całą prawdę o niej.

Królewicz bardzo się zmartwił tym wszystkim, co usłyszał. Myślał, jak pomóc królewnie. Po jakimś czasie przyszedł do rodziców i oświadczył:

- Chciałbym pojechać do pałacu królewny.

Popatrzyli na niego nic nie rozumiejąc. Po chwili spytał ojciec:

- Możesz nam powiedzieć, po co?

- Chcę, by się zmieniła. Spróbuję jej w tym pomóc.

- Jak to sobie wyobrażasz?

- Dokładnie jeszcze nie wiem, jak to zrobię, ale spróbuję. Przedstawił im swój plan:

- Pojadę tam w przebraniu i zgłoszę się do pracy jako ogrodnik, bo ona podobno często przebywa w ogrodzie. To wszystko. Co dalej, nie wiem. Okaże się na miejscu. Może życie podsunie inne rozwiązanie.

Rodzice z ciężkim sercem zgodzili się na jego propozycję, ale nie wierzyli, żeby ta wyprawa mogła zakończyć się powodzeniem.

Królewicz, tak jak to wszystko przedstawił rodzicom, tak i wykonał. Przebrał się w ubogie szaty robotnika i udał się w daleką drogę. Wśród rzeczy, które wziął ze sobą, był jego ukochany kwiat. Nie rozstawał się z nim nigdy. I w tej drodze, choć nie było mu to wygodne, chciał mieć go przy sobie.

Gdy przybył do pałacu królewny, przyszedł do ogrodu. Ogród był wielki, bogaty w drzewa, krzewy, warzywa, kwiaty, położony w pagórkowatym terenie, obejmował sadzawki, stawy, rzekę. Królewicz odnalazł ogrodnika i zwrócił się do niego z prośbą, aby ten przyjął go do pomocy. Ogrodnik był stary i nieżyczliwy. Popatrzył na królewicza krytycznie, wysłuchał prośby, mruknął:

- My nie potrzebujemy nowych pomocników. Mamy dość swoich.

Królewicz nie ustępował. Powiedział:

- Faktycznie niewiele umiem, ale chcę się nauczyć tego rzemiosła. Dlatego nie chcę żadnego wynagrodzenia. Jeżeli mi tylko dasz kąt do mieszkania i jedzenie, to mi wystarczy.

Ogrodnik obrzucił go niechętnym wzrokiem, ale w końcu przystał na prośbę.

- No to dobrze - powiedział z ociąganiem się - ale wiedz o tym, że praca tutaj jest bardzo ciężka.

Przeznaczył mu na mieszkanie stary składzik i królewicz rozpoczął pracę w ogrodzie.

Płynęły dni. Królewna przychodziła codziennie do ogrodu. Widział ją czasem. Jej jasna sukienka pojawiała się w dali na tle ciemnej zieleni, by znowu zniknąć. Bywało, że widział ją dłuższą chwilę, ale zawsze z daleka. Zaledwie parę razy zdarzyło się, że była tak blisko, iż słyszał jej głos. Ale wciąż nie spotkał się z nią.

Aż po jakimś czasie, gdy razu pewnego pracował zgięty, plewiąc grzędę, usłyszał nagle tuż nad swoją glowąjej glos. W pierwszej chwili myślał, że ona coś do niego mówi, tymczasem królewna poprawiając rosnący kwiat, zaczęła do niego przemawiać i to najpiękniejszymi słowami, jakie kiedykolwiek słyszał królewicz. Nagle przerwała. Poczuł, że go ujrzała. Z gniewem wykrzyknęła:

- Ktoś ty za jeden? Co ty tu robisz? Podniósł się. Pokłonił. Bał się, czy go nie rozpozna, ale nie doszło do tego. Odpowiedział więc spokojnie na postawione pytanie:

- Jestem pomocnikiem ogrodnika.

- Nie znam cię. Jeszcze cię nigdy tutaj nie widziałam.

- Pracuję od niedawna - wyjaśnił.

Widział, jak była wściekła. Najwyraźniej dlatego, że ją słyszał rozmawiającą z kwiatami. Nagle rzuciła wzrokiem na kępę opodal rosnących pokrzyw:

- Zerwij mi je - rozkazała.

- Zaraz przyniosę rękawice i nożyce - powiedział i skierował się w stronę swojego mieszkania.

- Nie potrzeba ci rękawic - odparła szorstko. - Zrywaj natychmiast, gołymi rękami. Królewicz zawahał się. Ale to trwało tylko moment. Podszedł do kępy pokrzyw i zaczął je zrywać. Pokrzywy były wyrośnięte, o twardych łodygach. Ręce paliły go, jakby je wsadził do wrzącej wody. Ale rwał uparcie. Gdy narwał całą naręcz pokrzyw, spytał:

- Wystarczy?

- Wystarczy.

- Co mam z nimi zrobić?

- Możesz je wyrzucić - odpowiedziała i odeszła. Pobiegł do swojego domku i długo moczył dłonie w zimnej wodzie, żeby przynieść sobie ulgę. Ale na niewiele to się przydało. W nocy prawie nie spał.

Na drugi dzień królewna przyszła znowu. Tym razem ona go szukała.

Znalazła, gdy był zajęty przy plewieniu swojej grządki. Kazała mu pokazać ręce. Wciąż jeszcze były całe w bąblach.

- Pieką cię?

- Trochę.

- To żeby cię tak nie piekły - powiedziała złośliwie - idź i narwij mi lilii wodnych.

- Dobrze, tylko przyprowadzę łódź i zaraz wrócę.

- Nie potrzeba łódki. Wejdź do stawu.

Był chłodny i pochmurny dzień. Woda była zimna. Lilie miały silne łodygi, ciągnące się bez końca. Nie bardzo umiał sobie z nimi poradzić. Zanim narwał pełną naręcz, upłynęło trochę czasu. Wreszcie wyszedł ze stawu cały mokry i przemarznięty.

- Co mam z nimi zrobić? - spytał.

- Możesz je wyrzucić na śmietnik - powiedziała i odeszła. Pobiegł do swojego domku, bo drżał z zimna. Przebrał się w suche ubranie. Ale pod wieczór źle się poczuł. Pojawił się kaszel. W nocy nie mógł spać. Czuł rosnącą gorączkę.

Następnego dnia nie poszedł do pracy. Został w swoim pokoju w łóżku. Tymczasem królewna przyszła znowu do ogrodu, ale nigdzie nie mogła znaleźć królewicza. Spytała o niego ogrodnika:

- Gdzie jest ten nowy twój pomocnik?

- Leży przeziębiony w swoim pokoju - odpowiedział ogrodnik.

- Gdzie to jest?

Ogrodnik zaprowadził ją tam. Zobaczyła go leżącego w łóżku z rozpaloną głową.

- Co to ma znaczyć to wylegiwanie się w łóżku?

- Przeziębiłem się i mam gorączkę.

Zaczęła krzyczeć na niego, że przez byle jakie przeziębienie nie przychodzi do pracy. Nagle ujrzała kwiat stojący w donicy na stole. Miał niezwykle pięknie powycinane liście, które otaczały stulony, duży pąk kwiatu.

- Co to za kwiat? - spytała.

- Przyniosłem go ze swojego domu.

- Ja wszystkie kwiaty znam, ale takiego jeszcze nigdy nie widziałam.

- To jest kwiat, który rozkwita w nocy, ale tylko przy człowieku, który jest dobry.

- Co ty za bzdury opowiadasz! - wykrzyknęła. - Masz chyba wysoką gorączkę.

- Nie. Mówię prawdę. To jest taki cudowny kwiat, który kwitnie tylko przy dobrym człowieku - powtórzył.

- Jeżeli nie masz gorączki, to znaczy, że jesteś głupi, wierząc w takie rzeczy. Takiego kwiatu nigdzie nie ma na świecie.

- Otrzymałem go od pustelnika, który przez parę lat pomagał rodzicom moim w wychowywaniu mnie. Kiedy pustelnik odchodził od nas, przyniósł mi ten kwiat i powiedział:

- To jest taki tajemniczy kwiat, który kwitnie nocą. Ale kwitnie tylko przy człowieku, który jest dobry. Jeżeli wieczorem będziesz przy nim, a on rozkwitnie, to znaczy, że w ciągu ubiegłego dnia byłeś dobry, a jeżeli nie rozkwitnie, to znaczy, że byłeś zły.

Namyślała się, co odpowiedzieć. Po chwili zadecydowała:

- Dobrze. Sama się o tym przekonam. Biorę go.

Nie pytając o pozwolenie porwała kwiat i poszła do pałacu. Zaniosła do swojego pokoju, postawiła na stole. Była bardzo ciekawa, ile w tym prawdy, co ten chłopiec mówił. Nie mogła się doczekać wieczoru. Gdy wreszcie słońce zaszło, zrobiło się ciemno, zapadła noc, królewna usiadła przy kwiecie i patrzyła w jego pąk. Nadeszła północ, zegar powoli wybił dwanaście uderzeń, ale stulony kwiat nawet nie drgnął. I wtedy zrozumiała, że chłopiec zakpił z niej. Ze złości, że dała się oszukać prostemu chłopcu, ze złości, że on, prosty chłopiec, śmiał oszukać ją, królewnę, nie spała całą noc. Skoro świt pobiegła do młodego ogrodnika i zrobiła mu straszną awanturę.

- Jak śmiałeś tak zakpić ze mnie?

- Naprawdę nie miałem takiego zamiaru. To, co powiedziałem, jest prawdą.

- Milcz. Nie chcę cię wcale słuchać. Ale pamiętaj, nie życzę sobie, żebyś tutaj dalej przebywał. Wynoś się stąd i z mojego ogrodu. Nie chcę, żebyś tu pracował.

- Dobrze. Mogę stąd odejść, jak tylko wyzdrowieję, ale pozwól sobie powiedzieć, że wszystko to, co mówiłem, nie jest kpiną. To prawda.

- A czy tobie chociaż raz ten kwiat się otworzył? - spytała.

- Tak - powiedział. - I to niejeden raz.

- A mnie się nie otworzył.

- Dziwisz się?

To ją doprowadziło do pasji. Nie umiała nic na to odpowiedzieć. Wściekła wybiegła z jego mieszkania. Ale gdy tak podenerwowana wracała do pałacu, zrodził się w niej pewien pomysł:

- Dobrze - powiedziała sobie. - Zobaczymy. Dzisiaj będę idealna. Przekonam się, czy on mówi prawdę, czy też jest kłamcą.

I tak się stało. 0d samego rana, gdy tylko wróciła do swojego pokoju, była bardzo dobra dla wszystkich. Najpierw dla dziewcząt, które pomagały jej się zawsze ubierać, potem dla rodziców przy śniadaniu, dla nauczycieli przed południem. W całym pałacu rozeszła się natychmiast wieść, że z królewną coś się stało. Nie krzyczy, nie awanturuje się, nie rzuca talerzami, nie wyzywa, nie wyrzuca za drzwi. Albo jest chora, albo planuje jakąś większą awanturę. Wszyscy czekali w największym napięciu, do czego, dojdzie. Przy obiedzie obsługujący spodziewali się co chwila, że albo wsadzi im wazę z zupą na głowę, albo ściągnie obrus. Ale ona zachowywała się wzorowo. Po południu odrobiła solidnie zadane lekcje. Dla gości, którzy przyszli z wizytą, była bardzo uprzejma, odgadywała ich życzenia, oprowadzała, objaśniała, tłumaczyła, zabawiała, jak umiała najmilej. Tylko nikt nie wiedział ojej sekrecie. A ona z największym napięciem czekała na nadejście wieczoru. Ledwo słońce zaszło, królewna wymknęła się od gości, udała się do swojego pokoju, nie zapalała światła, żeby jej nikt tam nie odnalazł. Usiadła przy kwiecie i patrzyła w oczekiwaniu na jego pąk. W pokoju zrobiło się mroczno, potem ciemno. Nawet się nie spostrzegła, jak zasnęła. Była zmęczona całym dniem. Obudził ją głos zegara, bijącego godzinę dwunastą. Podniosła głowę opartą o ręce i ujrzała, że stulone płatki kwiatu drgnęły, zaczęły się rozchylać i nagle ukazał się przepiękny kwiat, jakiego nigdy w życiu swoim nie widziała. I gdy tak patrzyła w niego zauroczona, posłyszała delikatną, cudowną muzykę. Kwiat śpiewał. Równocześnie z kwiatu poczęła promieniować jakby poświata słoneczna, którą napełnił się cały pokój. Królewnie zdawało się, że umrze ze szczęścia. Serce waliło jej tak mocno, jakby miało rozerwać jej pierś. Była szczęśliwa jak nigdy w życiu. Porwała się z krzesła i poczęła biec przez komnaty, korytarze, schody, aby powiedzieć ogrodnikowi, że to prawda, że kwiat kwitnie, że kwiat jej się otworzył.

Każdy z nas ma taki kwiat w duszy. I ty też. Kwiat twojego sumienia. Jeżeli wieczorem w twojej duszy jest ciemno, smutno i zimno, to znaczy, że twój dzień, który przeszedł, nie był dobry. A jeżeli wieczorem jesteś szczęśliwy, twoja dusza napełniona jest szczęściem, światłem, muzyką, to znaczy, że twój dzień był dobry.


Tym razem żadne z dzieci nie przerwało ojcu w opowieści zbyt zafascynowane historią...

- Tatusiu, a myślisz,  że taki kwiat istnieje naprawdę? - zapytała zafascynowana Kate.

- Myślę, że taki kwiat istnieje w każdym z nas. Tylko nie wszyscy potrafią sprawić, że on zakwita. - podsumował mężczyzna. - Ale teraz już się kładźcie. Dobrej nocy dzieci. - powiedział po czym wyszedł i udał się do sypialni, wcześniej za pomocą magii zostawiając na blacie kuchenki butelkę soku z dyni i dwanaście ciastek. Następnie udał się do sypialni,  gdzie położył się z żoną,  która prawie natychmiast się w niego wtuliła.

- Śpij kochanie. Nie martw się niczym. - powiedział i zgasił światło. Po niecałej godzinie kobiecie udało się zasnąć. Chwilę po niej zasnął jej mąż.

Widzi go. Jest coraz bliżej. Na twarzy ciągle ma ten paskudny uśmiech. Zaczyna się śmiać. Z przerażenia nie jest w stanie się ruszyć. Podnosi rękę i uderza ją w twarz. Rozpina spodnie. Chwilę później chce ponownie ją skrzywdzić tak jak przez ostatnie lata, ale przerywa mu huk i drzwi wypadają z zawiasów w drzwiach staje jej dawny mentor i przyjaciel wraz z kilkoma członkami Zakonu. Z jednej strony czuje ulgę, ale z drugiej jeszcze bardziej się boi... Co teraz będzie? Na to pytanie nie jest w stanie sobie odpowiedzieć...

Obudziła się ponownie roztrzęsiona. Tym razem zerwała się mocno co rozbudziło jej męża. Od razu był przy niej. Uspokajał ją,  ale ona ciągle miała przed oczami tę twarz... 

- Spokojnie,  jestem tutaj. Jesteś bezpieczna. - w końcu dotarły do niej jego słowa, które prawdopodobnie powtarzał od jakiejś chwili.

- Boję się... - wyszeptała.

- Nie masz czego. Połóż się skarbie. Pójdę Ci po eliksir uspokajający. Nie możesz w tym stanie eliksiru słodkiego snu,  może Wam zaszkodzić. - powiedział do żony kojącym głosem.

Wychodząc z sypialni zobaczył na tarczy budzika godzinę trzecią dwadzieścia. Wiedział już, że czeka go ciążka noc, ale nie miał pojęcia jak bardzo. W kuchni paliło się światło. Wszedł tam ostrożnie i zobaczył swoją córkę.

- Kate? Na Merlina co ty tu robisz dziecko? - zapytał zaniepokojony.

- Ktoś był za oknem. Nie mogłam spać,  wystraszyłam się, a potem bałam się obudzić kogokolwiek. - powiedziała cicho.

- Chodź do mnie. Nie bój się. Nic ci nie grozi. Chodź ze mną. Pójdziemy do mamy, damy jej eliksir i jak mama zaśnie już to mi opowiesz. Dobrze? - powiedział nie chcąc zostawić ani żony ani córki same na długo.

- Dobrze. - odpowiedziała niepewnie.

Wraz z eliksirem i córką poszedł do żony, gdy ta już zasnęła zmęczona on posłuchał córki, pocieszył ją, a następnie uśpił kolejną bajką. Po chwili będąc pewnym, że dziewczynka i kobieta śpią zapadł w lekką drzemkę. Równo piętnaście minut później w domu rozległ się huk wybitej szyby w drzwiach tarasowych. Tym razem obudziło to wszystkich domowników, po chwili do sypialni rodziców weszli Colin z Theodorem i powiedzieli rodzicom, że słyszeli, że ktoś wszedł do domu. Chwilę później Nimfadorę przeszły dreszcze. Usłyszała ponownie głos swojego oprawcy. Z tą różnicą, że teraz był mniej zadbany i o prawie piętnaście lat starszy. Remus zachowując zimną krew przywołał najszczęśliwsze wspomnienia z żoną i dziećmi po czym wyczarował swojego patronusa i wysłał go z wiadomością do ojca chrzestnego swojego syna - Harry'ego Potter'a. Nie chciał ryzykować zdrowiem i życiem rodziny, więc zastrzegł dzieci, aby nigdzie nie wychodziły, a sam w tym czasie udał się do salonu skąd dobiegał głos. Wiedział,  że aby zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie musi grać na zwłokę. Miał w tym jeden cel - nie dopuścić,  aby te bydle ponownie zraniło jego żonę i aby nie zbliżył się do ich dzieci...

*całą bajkę znalazłam na jakiejś przypadkowej stronie internetowej,  zmodyfikowałam ją,  aby pasowała do opowiadania i wymyśliłam  tytuł,  który pasował mi bardziej. W oryginale ten tytuł to "Jest taki kwiat"


Trochę się sama zdziwiłam, ale udało mi się napisać coś jeszcze. Nie ma pojęcia jak to wyszło, więc będę bardzo wdzięczna za waszą szczerą opinię, czy jest okej...

Ogólnie to teraz rozdział pojawi się tak szybko jak dam radę, bo akurat w najbliższy weekend mam więcej czasu i będę mogła na spokojnie kolejny dokończyć :)

Miłej nocy i dużo zdrówka <3