sobota, 31 października 2020
BONUS
sobota, 24 października 2020
Nasza przeszłość daje o sobie znać part.2
Okej, miałam wstawić go około 23 w sobotę, ale nie wyrobiłam, bo musiałam wprowadzić kilka poprawek plus nie najlepiej się czułam. Mam nadzieję, że nie wyszedł jakoś szczególnie kiepsko, szczególnie, że wiem sama, że mogłoby być lepiej, ale uznałam, że lepszy ten niż żaden, szczególnie, że teraz muszę sama się uczyć głównie z internetu ewentualnie starych notatek, ale mniejsza z tym.
Napiszcie co sądzicie i co warto zmienić.
Przy okazji napiszcie, czy waszym zdaniem nie jest tu za dużo dialogów a za mało opisów? A może odwrotnie? Piszcie, bo bardzo przyda mi się to do przyszłych rozdziałów.
Taki spojler ode mnie: W przyszłym rozdziale będzie mała sprzeczka i może nawet coś niezbyt miłego się przytrafi Remusowi i jego rodzinie. Ale nie jestem pewna haha
Już nie przedłużając życzę Wam dużo zdrówka i pozdrawiam ciepło 💙
środa, 21 października 2020
Nasza przeszłość daje o sobie znać...
Po ujrzeniu Remusa w kuchni uspokoiła się. Mimo to nie zdążyła zmienić koloru włosów, które po koszmarze przybrały niebieską barwę co oznaczało niepokój.
- Co się stało? - zapytał Remus.
Nic nie mówiąc wtuliła się w męża.
- Już, spokojnie. Jestem tu kochanie.
- Miałam koszmar... Znowu go widziałam... Mam dość... - łkała wciąż będąc wtulona w męża. - Czemu mi to robił? Co ze mną jest nie tak Remusie?
- Nie mów tak. Jesteś wspaniałą kobietą, żoną i matką. - powiedział stanowczym i ciepłym głosem. - To on nie potrafił tego uszanować, ale już go nie ma. Nie pozwolę, aby coś Wam groziło.
W takim stanie - wtulonych w siebie z zapłakaną kobietą - znalazł ich Theodor.
- Tato coś się stało? - zapytał niepewny nie chcąc przerywać rodzicom.
- W porządku Ted. Mama po prostu nie najlepiej się czuję i martwi ją to po prostu. - zmyślił na poczekaniu wiedząc, że obiecał żonie nie mówić o niczym dzieciom póki nie będzie to konieczne. - Coś chciałeś od nas?
- Kate chce się pić. I trochę głodni jesteśmy.
- Zaraz coś zrobimy do jedzenia. Weźcie sobie butelkę z sokiem dyniowym i kubki do nich dobrze? - powiedziała cicho łamiącym się głosem matka chłopca i jego rodzeństwa.
- Okej, ale wszystko dobrze mamo? Może chcesz odpocząć? Możemy się sami sobą zająć. - zaproponował.
- W porządku Ted. Nie masz się o co martwić. Nie mów nic rodzeństwu dobrze? Nie ma potrzeby ich martwić.
- No dobrze, ale jak będziesz chciała to możesz nam powiedzieć.
- Wiem synku. Idź do rodzeństwa. Za pół godziny będzie jedzenie.
- Jasne mamo.
Kiedy chłopiec poszedł kobieta wzięła głębszy wdech i udała się do szafki przygotować ciasto na gofry, na które miała właśnie ochotę. Czuła przez ten cały czas na sobie spojrzenie swojego męża.
- Przepraszam. - powiedziała w pewnym momencie stojąc tyłem do obserwującego ją małżonka.
- Za co? - zapytał zdziwiony.
- Przeze mnie będziesz się tym zadręczał. - odpowiedziała odwracając się do niego i opierając o szafkę. - I nie zaprzeczaj Remusie, znam Cię wystarczająco długo, żeby tak uważać.
- Nie będę się zadręczał. Najwyżej trochę martwił o Was, ale nie martw się. - wyznał. - A poza tym nie masz za co mnie przepraszać. Jesteśmy tylko ludźmi kochanie. Może ja nie do końca jestem człowiekiem, al... - zanim dokończył Nimfadora uderzyła go w potylicę. - Ała, nie musisz mnie bić od razu...
- Jesteś Remusie człowiekiem jak każdy w tym domu! I nie waż się nawet myśleć inaczej! - powiedziała lekko zła na męża.
- Dobrze, już, zrozumiałem. - odpowiedział szybko nie chcąc jej denerwować. - Idź odpocząć jeszcze. Dokończę Ci te gofry.
- Niech Ci będzie. - powiedziała zrezygnowana.
Po obiadokolacji Colin z Kate poszli pobawić się w salonie, z kolei Ted udał się do pokoju, gdzie w ciszy i samotności przeglądał podręczniki na nowy rok szkolny.
Jakieś dwie godziny później chłopiec wyszedł z pokoju chcąc podkraść z kuchni sobie i rodzeństwu jakieś słodycze, jednak widząc rodziców w pomieszczeniu zrezygnował i uznał, że pójdzie najwyżej później. Chwilę później Nimfadora uznając, że jest już późno kazała dzieciom iść spać. Jej mąż domyślił się, że kobieta jest mocno czymś zaniepokojona, więc zaproponował jej, aby poszła do ich sypialni, a sam udał się z całą trójką dzieci do ich pokoju.
- Opowiem wam bajkę, żeby mama się niczego nie domyśliła, zostawię Wam w kuchni trochę soku dyniowego i jakieś ciastka, ale macie zachowywać się cicho. - oznajmił im po cichu mężczyzna. - Mama nie najlepiej się czuje, dlatego chciałbym żebyście nie hałasowali, żeby mama mogła się wyspać, dobrze?
- Dobrze tato. - powiedzieli równocześnie Colin i Kate.
- Ale mamie nic nie jest? - upewnił się mimo wszystko Theodor.
- Nie Ted. Po prostu mama potrzebuje spokoju. - wyjaśnił.
- Jakbym mógł pomóc to mi powiedz dobrze?
- Będziesz wiedział jako pierwszy jeśli zajdzie taka potrzeba.
- Teddy cicho! Tatusiu opowiedz tą bajkę. - powiedziała niczego nierozumiejąca Kathrine.
Mężczyzna uśmiechnął się do córki i powiedział:
- Spokojnie. Znacie bajkę o kwiecie dobroci*?
- Nie.
- To posłuchajcie:
Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami żyła królewna, jedyna następczyni tronu, która była taka zła jak piękna. A była bardzo piękna. Nie było dnia, żeby komuś jakiejś krzywdy nie wyrządziła. Była nieznośna dla swojego otoczenia, nieposłuszna wobec swoich rodziców, dokuczała ludziom pracującym w pałacu. Od samego rana, od przebudzenia się dokuczała dziewczętom pokojowym, które pomagały jej ubierać się. Przy śniadaniu grymasiła, nie chciała jeść, przeciągała posiłek w nieskończoność. Była arogancka dla nauczycieli, którzy przychodzili, by ją uczyć. Przy obiedzie dochodziło często do awantur. Potrafiła rzucać talerzami, wywrócić wazę z zupą, wytrącić usługującym tacę z posiłkiem a nawet ściągnąć obrus ze stołu, wraz z zastawą. Po południu nie chciało się jej odrabiać lekcji. Wobec gości, którzy przychodzili z wizytą do jej rodziców, zachowywała się nieuprzejmie, czasem wręcz bezczelnie. Nie miała żadnych przyjaciół. Wszyscy bali się jej złości. Jedno co naprawdę kochała, to były kwiaty. Godzinami potrafiła siedzieć w ogrodzie, doglądała robotników pracujących tam, pielęgnowała kwiaty, własnymi rękoma plewiła grządki i przycinała gałązki, okopywała. Niektórzy mówili, że nawet rozmawia z kwiatami.
Razu pewnego przyjechał w odwiedziny król z sąsiedniego królestwa wraz z małżonką i swoim synem. Królewna, aby dokuczyć rodzicom, zapowiedziała, że nie przyjdzie na przyjęcie i faktycznie nie przyszła. Niespodziewanie tylko wpadła na moment do sali, gdzie ucztowano. Wszyscy zamarli ze strachu. Zrobiła się cisza. Nawet orkiestra przestała grać. Ale na szczęście nie doszło do żadnej awantury. Bez jednego słowa przeszła przez salę i znikła. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Wtedy właśnie królewicz zobaczył ją i od pierwszego wejrzenia zakochał się w niej. Po powrocie do domu oświadczył swoim rodzicom:
- Chcę królewnę pojąć za żonę.
- Po pierwsze nie wiadomo, czy ona zechce, żebyś ty był jej mężem. A po drugie, czy ty wiesz, jaka ona jest?
I wtedy opowiedzieli mu całą prawdę o niej.
Królewicz bardzo się zmartwił tym wszystkim, co usłyszał. Myślał, jak pomóc królewnie. Po jakimś czasie przyszedł do rodziców i oświadczył:
- Chciałbym pojechać do pałacu królewny.
Popatrzyli na niego nic nie rozumiejąc. Po chwili spytał ojciec:
- Możesz nam powiedzieć, po co?
- Chcę, by się zmieniła. Spróbuję jej w tym pomóc.
- Jak to sobie wyobrażasz?
- Dokładnie jeszcze nie wiem, jak to zrobię, ale spróbuję. Przedstawił im swój plan:
- Pojadę tam w przebraniu i zgłoszę się do pracy jako ogrodnik, bo ona podobno często przebywa w ogrodzie. To wszystko. Co dalej, nie wiem. Okaże się na miejscu. Może życie podsunie inne rozwiązanie.
Rodzice z ciężkim sercem zgodzili się na jego propozycję, ale nie wierzyli, żeby ta wyprawa mogła zakończyć się powodzeniem.
Królewicz, tak jak to wszystko przedstawił rodzicom, tak i wykonał. Przebrał się w ubogie szaty robotnika i udał się w daleką drogę. Wśród rzeczy, które wziął ze sobą, był jego ukochany kwiat. Nie rozstawał się z nim nigdy. I w tej drodze, choć nie było mu to wygodne, chciał mieć go przy sobie.
Gdy przybył do pałacu królewny, przyszedł do ogrodu. Ogród był wielki, bogaty w drzewa, krzewy, warzywa, kwiaty, położony w pagórkowatym terenie, obejmował sadzawki, stawy, rzekę. Królewicz odnalazł ogrodnika i zwrócił się do niego z prośbą, aby ten przyjął go do pomocy. Ogrodnik był stary i nieżyczliwy. Popatrzył na królewicza krytycznie, wysłuchał prośby, mruknął:
- My nie potrzebujemy nowych pomocników. Mamy dość swoich.
Królewicz nie ustępował. Powiedział:
- Faktycznie niewiele umiem, ale chcę się nauczyć tego rzemiosła. Dlatego nie chcę żadnego wynagrodzenia. Jeżeli mi tylko dasz kąt do mieszkania i jedzenie, to mi wystarczy.
Ogrodnik obrzucił go niechętnym wzrokiem, ale w końcu przystał na prośbę.
- No to dobrze - powiedział z ociąganiem się - ale wiedz o tym, że praca tutaj jest bardzo ciężka.
Przeznaczył mu na mieszkanie stary składzik i królewicz rozpoczął pracę w ogrodzie.
Płynęły dni. Królewna przychodziła codziennie do ogrodu. Widział ją czasem. Jej jasna sukienka pojawiała się w dali na tle ciemnej zieleni, by znowu zniknąć. Bywało, że widział ją dłuższą chwilę, ale zawsze z daleka. Zaledwie parę razy zdarzyło się, że była tak blisko, iż słyszał jej głos. Ale wciąż nie spotkał się z nią.
Aż po jakimś czasie, gdy razu pewnego pracował zgięty, plewiąc grzędę, usłyszał nagle tuż nad swoją glowąjej glos. W pierwszej chwili myślał, że ona coś do niego mówi, tymczasem królewna poprawiając rosnący kwiat, zaczęła do niego przemawiać i to najpiękniejszymi słowami, jakie kiedykolwiek słyszał królewicz. Nagle przerwała. Poczuł, że go ujrzała. Z gniewem wykrzyknęła:
- Ktoś ty za jeden? Co ty tu robisz? Podniósł się. Pokłonił. Bał się, czy go nie rozpozna, ale nie doszło do tego. Odpowiedział więc spokojnie na postawione pytanie:
- Jestem pomocnikiem ogrodnika.
- Nie znam cię. Jeszcze cię nigdy tutaj nie widziałam.
- Pracuję od niedawna - wyjaśnił.
Widział, jak była wściekła. Najwyraźniej dlatego, że ją słyszał rozmawiającą z kwiatami. Nagle rzuciła wzrokiem na kępę opodal rosnących pokrzyw:
- Zerwij mi je - rozkazała.
- Zaraz przyniosę rękawice i nożyce - powiedział i skierował się w stronę swojego mieszkania.
- Nie potrzeba ci rękawic - odparła szorstko. - Zrywaj natychmiast, gołymi rękami. Królewicz zawahał się. Ale to trwało tylko moment. Podszedł do kępy pokrzyw i zaczął je zrywać. Pokrzywy były wyrośnięte, o twardych łodygach. Ręce paliły go, jakby je wsadził do wrzącej wody. Ale rwał uparcie. Gdy narwał całą naręcz pokrzyw, spytał:
- Wystarczy?
- Wystarczy.
- Co mam z nimi zrobić?
- Możesz je wyrzucić - odpowiedziała i odeszła. Pobiegł do swojego domku i długo moczył dłonie w zimnej wodzie, żeby przynieść sobie ulgę. Ale na niewiele to się przydało. W nocy prawie nie spał.
Na drugi dzień królewna przyszła znowu. Tym razem ona go szukała.
Znalazła, gdy był zajęty przy plewieniu swojej grządki. Kazała mu pokazać ręce. Wciąż jeszcze były całe w bąblach.
- Pieką cię?
- Trochę.
- To żeby cię tak nie piekły - powiedziała złośliwie - idź i narwij mi lilii wodnych.
- Dobrze, tylko przyprowadzę łódź i zaraz wrócę.
- Nie potrzeba łódki. Wejdź do stawu.
Był chłodny i pochmurny dzień. Woda była zimna. Lilie miały silne łodygi, ciągnące się bez końca. Nie bardzo umiał sobie z nimi poradzić. Zanim narwał pełną naręcz, upłynęło trochę czasu. Wreszcie wyszedł ze stawu cały mokry i przemarznięty.
- Co mam z nimi zrobić? - spytał.
- Możesz je wyrzucić na śmietnik - powiedziała i odeszła. Pobiegł do swojego domku, bo drżał z zimna. Przebrał się w suche ubranie. Ale pod wieczór źle się poczuł. Pojawił się kaszel. W nocy nie mógł spać. Czuł rosnącą gorączkę.
Następnego dnia nie poszedł do pracy. Został w swoim pokoju w łóżku. Tymczasem królewna przyszła znowu do ogrodu, ale nigdzie nie mogła znaleźć królewicza. Spytała o niego ogrodnika:
- Gdzie jest ten nowy twój pomocnik?
- Leży przeziębiony w swoim pokoju - odpowiedział ogrodnik.
- Gdzie to jest?
Ogrodnik zaprowadził ją tam. Zobaczyła go leżącego w łóżku z rozpaloną głową.
- Co to ma znaczyć to wylegiwanie się w łóżku?
- Przeziębiłem się i mam gorączkę.
Zaczęła krzyczeć na niego, że przez byle jakie przeziębienie nie przychodzi do pracy. Nagle ujrzała kwiat stojący w donicy na stole. Miał niezwykle pięknie powycinane liście, które otaczały stulony, duży pąk kwiatu.
- Co to za kwiat? - spytała.
- Przyniosłem go ze swojego domu.
- Ja wszystkie kwiaty znam, ale takiego jeszcze nigdy nie widziałam.
- To jest kwiat, który rozkwita w nocy, ale tylko przy człowieku, który jest dobry.
- Co ty za bzdury opowiadasz! - wykrzyknęła. - Masz chyba wysoką gorączkę.
- Nie. Mówię prawdę. To jest taki cudowny kwiat, który kwitnie tylko przy dobrym człowieku - powtórzył.
- Jeżeli nie masz gorączki, to znaczy, że jesteś głupi, wierząc w takie rzeczy. Takiego kwiatu nigdzie nie ma na świecie.
- Otrzymałem go od pustelnika, który przez parę lat pomagał rodzicom moim w wychowywaniu mnie. Kiedy pustelnik odchodził od nas, przyniósł mi ten kwiat i powiedział:
- To jest taki tajemniczy kwiat, który kwitnie nocą. Ale kwitnie tylko przy człowieku, który jest dobry. Jeżeli wieczorem będziesz przy nim, a on rozkwitnie, to znaczy, że w ciągu ubiegłego dnia byłeś dobry, a jeżeli nie rozkwitnie, to znaczy, że byłeś zły.
Namyślała się, co odpowiedzieć. Po chwili zadecydowała:
- Dobrze. Sama się o tym przekonam. Biorę go.
Nie pytając o pozwolenie porwała kwiat i poszła do pałacu. Zaniosła do swojego pokoju, postawiła na stole. Była bardzo ciekawa, ile w tym prawdy, co ten chłopiec mówił. Nie mogła się doczekać wieczoru. Gdy wreszcie słońce zaszło, zrobiło się ciemno, zapadła noc, królewna usiadła przy kwiecie i patrzyła w jego pąk. Nadeszła północ, zegar powoli wybił dwanaście uderzeń, ale stulony kwiat nawet nie drgnął. I wtedy zrozumiała, że chłopiec zakpił z niej. Ze złości, że dała się oszukać prostemu chłopcu, ze złości, że on, prosty chłopiec, śmiał oszukać ją, królewnę, nie spała całą noc. Skoro świt pobiegła do młodego ogrodnika i zrobiła mu straszną awanturę.
- Jak śmiałeś tak zakpić ze mnie?
- Naprawdę nie miałem takiego zamiaru. To, co powiedziałem, jest prawdą.
- Milcz. Nie chcę cię wcale słuchać. Ale pamiętaj, nie życzę sobie, żebyś tutaj dalej przebywał. Wynoś się stąd i z mojego ogrodu. Nie chcę, żebyś tu pracował.
- Dobrze. Mogę stąd odejść, jak tylko wyzdrowieję, ale pozwól sobie powiedzieć, że wszystko to, co mówiłem, nie jest kpiną. To prawda.
- A czy tobie chociaż raz ten kwiat się otworzył? - spytała.
- Tak - powiedział. - I to niejeden raz.
- A mnie się nie otworzył.
- Dziwisz się?
To ją doprowadziło do pasji. Nie umiała nic na to odpowiedzieć. Wściekła wybiegła z jego mieszkania. Ale gdy tak podenerwowana wracała do pałacu, zrodził się w niej pewien pomysł:
- Dobrze - powiedziała sobie. - Zobaczymy. Dzisiaj będę idealna. Przekonam się, czy on mówi prawdę, czy też jest kłamcą.
I tak się stało. 0d samego rana, gdy tylko wróciła do swojego pokoju, była bardzo dobra dla wszystkich. Najpierw dla dziewcząt, które pomagały jej się zawsze ubierać, potem dla rodziców przy śniadaniu, dla nauczycieli przed południem. W całym pałacu rozeszła się natychmiast wieść, że z królewną coś się stało. Nie krzyczy, nie awanturuje się, nie rzuca talerzami, nie wyzywa, nie wyrzuca za drzwi. Albo jest chora, albo planuje jakąś większą awanturę. Wszyscy czekali w największym napięciu, do czego, dojdzie. Przy obiedzie obsługujący spodziewali się co chwila, że albo wsadzi im wazę z zupą na głowę, albo ściągnie obrus. Ale ona zachowywała się wzorowo. Po południu odrobiła solidnie zadane lekcje. Dla gości, którzy przyszli z wizytą, była bardzo uprzejma, odgadywała ich życzenia, oprowadzała, objaśniała, tłumaczyła, zabawiała, jak umiała najmilej. Tylko nikt nie wiedział ojej sekrecie. A ona z największym napięciem czekała na nadejście wieczoru. Ledwo słońce zaszło, królewna wymknęła się od gości, udała się do swojego pokoju, nie zapalała światła, żeby jej nikt tam nie odnalazł. Usiadła przy kwiecie i patrzyła w oczekiwaniu na jego pąk. W pokoju zrobiło się mroczno, potem ciemno. Nawet się nie spostrzegła, jak zasnęła. Była zmęczona całym dniem. Obudził ją głos zegara, bijącego godzinę dwunastą. Podniosła głowę opartą o ręce i ujrzała, że stulone płatki kwiatu drgnęły, zaczęły się rozchylać i nagle ukazał się przepiękny kwiat, jakiego nigdy w życiu swoim nie widziała. I gdy tak patrzyła w niego zauroczona, posłyszała delikatną, cudowną muzykę. Kwiat śpiewał. Równocześnie z kwiatu poczęła promieniować jakby poświata słoneczna, którą napełnił się cały pokój. Królewnie zdawało się, że umrze ze szczęścia. Serce waliło jej tak mocno, jakby miało rozerwać jej pierś. Była szczęśliwa jak nigdy w życiu. Porwała się z krzesła i poczęła biec przez komnaty, korytarze, schody, aby powiedzieć ogrodnikowi, że to prawda, że kwiat kwitnie, że kwiat jej się otworzył.
Każdy z nas ma taki kwiat w duszy. I ty też. Kwiat twojego sumienia. Jeżeli wieczorem w twojej duszy jest ciemno, smutno i zimno, to znaczy, że twój dzień, który przeszedł, nie był dobry. A jeżeli wieczorem jesteś szczęśliwy, twoja dusza napełniona jest szczęściem, światłem, muzyką, to znaczy, że twój dzień był dobry.
Tym razem żadne z dzieci nie przerwało ojcu w opowieści zbyt zafascynowane historią...
- Tatusiu, a myślisz, że taki kwiat istnieje naprawdę? - zapytała zafascynowana Kate.
- Myślę, że taki kwiat istnieje w każdym z nas. Tylko nie wszyscy potrafią sprawić, że on zakwita. - podsumował mężczyzna. - Ale teraz już się kładźcie. Dobrej nocy dzieci. - powiedział po czym wyszedł i udał się do sypialni, wcześniej za pomocą magii zostawiając na blacie kuchenki butelkę soku z dyni i dwanaście ciastek. Następnie udał się do sypialni, gdzie położył się z żoną, która prawie natychmiast się w niego wtuliła.
- Śpij kochanie. Nie martw się niczym. - powiedział i zgasił światło. Po niecałej godzinie kobiecie udało się zasnąć. Chwilę po niej zasnął jej mąż.
Widzi go. Jest coraz bliżej. Na twarzy ciągle ma ten paskudny uśmiech. Zaczyna się śmiać. Z przerażenia nie jest w stanie się ruszyć. Podnosi rękę i uderza ją w twarz. Rozpina spodnie. Chwilę później chce ponownie ją skrzywdzić tak jak przez ostatnie lata, ale przerywa mu huk i drzwi wypadają z zawiasów w drzwiach staje jej dawny mentor i przyjaciel wraz z kilkoma członkami Zakonu. Z jednej strony czuje ulgę, ale z drugiej jeszcze bardziej się boi... Co teraz będzie? Na to pytanie nie jest w stanie sobie odpowiedzieć...
Obudziła się ponownie roztrzęsiona. Tym razem zerwała się mocno co rozbudziło jej męża. Od razu był przy niej. Uspokajał ją, ale ona ciągle miała przed oczami tę twarz...
- Spokojnie, jestem tutaj. Jesteś bezpieczna. - w końcu dotarły do niej jego słowa, które prawdopodobnie powtarzał od jakiejś chwili.
- Boję się... - wyszeptała.
- Nie masz czego. Połóż się skarbie. Pójdę Ci po eliksir uspokajający. Nie możesz w tym stanie eliksiru słodkiego snu, może Wam zaszkodzić. - powiedział do żony kojącym głosem.
Wychodząc z sypialni zobaczył na tarczy budzika godzinę trzecią dwadzieścia. Wiedział już, że czeka go ciążka noc, ale nie miał pojęcia jak bardzo. W kuchni paliło się światło. Wszedł tam ostrożnie i zobaczył swoją córkę.
- Kate? Na Merlina co ty tu robisz dziecko? - zapytał zaniepokojony.
- Ktoś był za oknem. Nie mogłam spać, wystraszyłam się, a potem bałam się obudzić kogokolwiek. - powiedziała cicho.
- Chodź do mnie. Nie bój się. Nic ci nie grozi. Chodź ze mną. Pójdziemy do mamy, damy jej eliksir i jak mama zaśnie już to mi opowiesz. Dobrze? - powiedział nie chcąc zostawić ani żony ani córki same na długo.
- Dobrze. - odpowiedziała niepewnie.
Wraz z eliksirem i córką poszedł do żony, gdy ta już zasnęła zmęczona on posłuchał córki, pocieszył ją, a następnie uśpił kolejną bajką. Po chwili będąc pewnym, że dziewczynka i kobieta śpią zapadł w lekką drzemkę. Równo piętnaście minut później w domu rozległ się huk wybitej szyby w drzwiach tarasowych. Tym razem obudziło to wszystkich domowników, po chwili do sypialni rodziców weszli Colin z Theodorem i powiedzieli rodzicom, że słyszeli, że ktoś wszedł do domu. Chwilę później Nimfadorę przeszły dreszcze. Usłyszała ponownie głos swojego oprawcy. Z tą różnicą, że teraz był mniej zadbany i o prawie piętnaście lat starszy. Remus zachowując zimną krew przywołał najszczęśliwsze wspomnienia z żoną i dziećmi po czym wyczarował swojego patronusa i wysłał go z wiadomością do ojca chrzestnego swojego syna - Harry'ego Potter'a. Nie chciał ryzykować zdrowiem i życiem rodziny, więc zastrzegł dzieci, aby nigdzie nie wychodziły, a sam w tym czasie udał się do salonu skąd dobiegał głos. Wiedział, że aby zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie musi grać na zwłokę. Miał w tym jeden cel - nie dopuścić, aby te bydle ponownie zraniło jego żonę i aby nie zbliżył się do ich dzieci...
*całą bajkę znalazłam na jakiejś przypadkowej stronie internetowej, zmodyfikowałam ją, aby pasowała do opowiadania i wymyśliłam tytuł, który pasował mi bardziej. W oryginale ten tytuł to "Jest taki kwiat"
Trochę się sama zdziwiłam, ale udało mi się napisać coś jeszcze. Nie ma pojęcia jak to wyszło, więc będę bardzo wdzięczna za waszą szczerą opinię, czy jest okej...
Ogólnie to teraz rozdział pojawi się tak szybko jak dam radę, bo akurat w najbliższy weekend mam więcej czasu i będę mogła na spokojnie kolejny dokończyć :)
Miłej nocy i dużo zdrówka <3