~Miał w tym jeden cel - nie dopuścić, aby te bydle ponownie zraniło jego żonę i aby nie zbliżył się do ich dzieci...~
- Widzę Lupin, że nie rozumiesz pojęcia własności. Ona jest moja, rozumiesz? - odezwał się Walker.
- Jesteś chory człowieku. Tonks nie jest niczyją własnością. A to, że ja zostałem jej mężem jest jej wyborem. Poza tym gdybyś ją szanował mógłbyś być na moim miejscu. - odezwał się Remus ciągle będąc czujnym.
- Po co szanować, jeśli można sobie wychować babę i być zadowolonym. Robisz co chcesz i nie słuchasz nawet narzekania.
- Zastanów się, jesteś chory. Powinieneś się leczyć. A ją zostaw już w końcu w spokoju. - odparł spokojnym tonem.
- Nigdy, rozumiesz Lupin? Zresztą co Ci da chronienie tej suki, jeśli ja mogę cię załatwić w bardzo prosty sposób. Zabawimy się Lupin? - powiedział i po chwili rzucił w miodowookiego niewerbalną drętwotą.
Remus odpowiedział niewerbalnym zaklęciem pełnego porażenia ciała. Chwilę później rozpoczął się pojedynek trzech czarodziejów na jednego. W momencie, gdy Remus zaczął przegrywać do domu wpadli aurorzy wraz z Harry'm i pomogli Remusowi. Mężczyźni zostali zabrani przez grupę aurorów do ministerstwa magii, Harry polecił jednemu z podwładnych, aby porozmawiał z Remusem, upewnił się, że wszystko z nim w porządku i sporządził notatkę, a sam wraz z Marthą poszedł do sypialni, gdzie jak wcześniej powiedział mu Remus ukryła się Nimfadora z dziećmi. Zdjęcie wszystkich zaklęć z drzwi i całego pomieszczenia zajęło mu dłuższą chwilę. Miał nadzieję, że z jego przyjaciółką, chrześniakiem i pozostałą dwójką dzieci jest wszystko w porządku.
W momencie, gdy Remus wyszedł z sypialni Nimfadora wiedziała, że musi zaopiekować się dziećmi i mimo wszystko zapewnić im poczucie bezpieczeństwa. Mimo, że nie było ono całkowicie możliwe chciała zrobić wszystko dla nich. Na sypialnię rzuciła zaklęcia ochronne, a na drzwi zastosowała kilka dodatkowych. Następnie zaczęła uspokajać dzieci próbując nie myśleć o swoim byłym, który w tym czasie przebywał z jej mężem w salonie. Wiedziała, że Logan nie mógł przyjść do nich sam i na pewno ma jakiś wspólników, ale w tym momencie mogła jedynie robić coś najgorszego - czekać na pomoc. Gdyby sytuacja była inna prawdopodobnie kobieta poszłaby z mężem rzucając zaklęcia zabezpieczające z drugiej strony, jednak wiedziała, że będąc w ciąży nie mogła tak ryzykować. Musiała się wstrzymać. Po kilkunastu minutach oczekiwania i uspokajania dzieci wyczuła, że w domu pojawił się ktoś jeszcze. Miała nadzieję, że tym razem to aurorzy w towarzystwie Harry'ego. Z całego strasu zaczęła odczuwać skurcze. Wiedziała, że nie jest to ani trochę dobry znak dlatego postanowiła zwrócić się do najstarszego syna.
- Teddy podaj mi jakąś kartkę i coś do pisania. Powinno być w szufladzie biurka pod oknem.
- Może być? - zapytał po chwili szukania chłopiec podając jej notes i ołówek.
- Tak. - odpowiedziała odbierając przedmioty. Następnie napisała krótką notatkę, bez odbiorcy, ponieważ nie była pewna kto jako pierwszy ją odczyta i powiedziała. - Weź to Ted i jeśli mi się coś stanie przekaż to pierwszej osobie, która przyjdzie tu nam pomóc dobrze?
- Ale mamo co się dzieje? Możesz sama powiedzieć. - powiedział nic nierozumiejący chłopiec.
- Boję się, że mogę nie dać rady, źle się czuję Ted, słabo mi bardzo, dlatego proszę, przekaż to komuś i zaopiekuj się rodzeństwem, jeśli będzie trzeba dobrze? Mogę na ciebie liczyć synku?
- Tak, ale proszę nie śpij, mów coś do nas. Cokolwiek. - zaczął panikować jedenastolatek.
- Wszystko będzie dobrze, spokojnie... - powiedziała kobieta, jednak chwilę później straciła przytomność.
- Mamo! Mamo, proszę cię obudź się. Mamo... - zaczął próbować ocucić kobietę jedenastolatek.
Kilka minut po utracie przytomności przez kobietę do sypialni dostał się ojciec chrzestny najstarszego z chłopców - Harry Potter wraz ze swoją i Tonks współpracownicą, Marthą Carter.
- Ted co tu się stało? - zapytał od razu Harry widząc nieprzytomną przyjaciółkę.
- Mama coś napisała, mówiła, że źle się czuje, trzymała się za brzuch... Wujku mama będzie żyć prawda? Ona nie może umrzeć! Gdzie jest tata? - zaczął panikować Theodor.
- Martha weź Tonks do świętego Munga, zabierz te notatkę od niej ze sobą, zajmę się dziećmi. Weź mój świstoklik. - wydał polecenie podwładnej podając jej fragment starej bransoletki, którą miał przypiętą przy pasku podobnie jak inni aurorzy.
- Mam swój szefie. Dam znać jak się uda mi czegoś dowiedzieć. - powiedziała i po chwili aktywowała świstoklik znikając wraz z ciężarną matka.
- Słuchajcie mnie - odezwał się Potter do przerażonego rodzeństwa. - mama jest w szpitalu z Marthą, wasz tata rozmawia z resztą aurorów. Za chwilę do Was przyjdzie. Później będzie pewnie chciał iść do mamy, więc ja z Wami tu zostanę. Wszystko będzie dobrze, jesteście bezpieczni. - powiedział do dzieci próbując uspokoić ich i siebie jednocześnie.
Chwilę później do sypialni wpadł najstarszy z Lupinów. Nie widząc nigdzie żony powiedział wystraszony do syna swojego przyjaciela:
- Harry, gdzie Dora?
- W Mungu, Martha ją tam zabrała, była nieprzytomna. Idź do niej, zajmę się nimi, w razie czego Molly, albo Ginny mi pomogą. - powiedział Potter.
- Dziękuję. - powiedział mężczyzna z wdzięcznością, po czym zwrócił się do dzieci. - Jesteście bezpieczni. Pójdę do mamy sprawdzić jak się ona czuję i do Was wrócę bardzo późno. Wujek z wami zostanie. Dobrze dzieci?
- Mamie nic nie będzie, prawda tato? - zapytał Colin.
- Wszystko się ułoży. - próbował przekonać siebie i dzieci mężczyzna.
- Ja chcę do mamy. Tatusiu weź mnie też. - powiedziała zapłakana Kathrine.
- Spokojnie Kate. Zostaniecie z wujkiem Harry'm. Nie mogę cię tam zabrać córeczko. - powiedział po raz kolejny.
Po kilku minutach rozmowy z Potter'em Remus udał się do szpitala Świętego Munga, aby dowiedzieć się co z jego żoną i dziećmi. Miał tylko nadzieję, że nie straci żadnego z nich...
***
Skierował się w stronę recepcji, jednak zanim tam dotarł usłyszał jak ktoś go woła. Odwrócił się w stronę kobiety, którą okazała się być aurorka, która pomogła jego żonie.
- Panie Lupin, dobrze, że Pan już jest. - odezwała się gdy była bliżej. - Pana żona jest na oddziale ciążowym*. W tej chwili ma jakieś badania, ale nie wiem nic konkretnego. Nie jestem z rodziny, więc nie udzielono mi żadnych informacji. - mówiąc to poprowadziła mężczyznę na odpowiednie piętro.
- Dziękuję za wszystko. - powiedział zmartwiony i przejęty mężczyzna.
- Nie ma za co. Muszę już wracać do biura, ale niech się Pan nie martwi. Znam Tonks z pracy i jest naprawdę silna. Wszystko się ułoży. - powiedziała kobieta chcąc jakoś wesprzeć męża przełożonej.
- Wiem. Dziękuję jeszcze raz. Jak się czegoś dowiem przekaże w wolnej chwili Pani i Harry'emu. - obiecał.
- Do zobaczenia w takim razie. - odpowiedziała kobieta.
- Do widzenia. - powiedział i podszedł do uzdrowiciela wychodzącego z sali jego żony. - Przepraszam co z moją żoną i dziećmi? - zapytał mężczyznę.
- A kim Pan jest? - zapytał podejrzliwie.
- Remus Lupin. Jestem mężem Nimfadory i ojcem bliźniąt. - odpowiedział.
- Pana żona jest aktualnie w stanie stabilnym. W najbliższym czasie powinna się obudzić. Trafiła do nas w stanie bliskim zagrożenia życia. Bardzo prawdopodobne, że gdyby aurorka, która ją przyprowadziła zwlekała dłużej żona mogłaby poronić, na szczęście udało nam się zapanować nad sytuacją. Żona co najmniej miesiąc spędzi u nas na oddziale, nie wykluczone, że dłużej. - powiedział. - Teraz pani Lupin potrzebuje dużo spokoju, nie powinna się denerwować.
- Mógłbym do nich wejść? - zapytał zaniepokojony Remus.
- Najpierw niech się pan spróbuje uspokoić. Jeśli żona wyczuje pana stres sama może się zacząć denerwować.
- Błagam, tylko na chwilę, dopóki się nie obudzi, w domu zostawiłem trójkę dzieci z przyjacielem, oni wszyscy czekają aż im powiem co z nią. - odpowiedział Lupin.
- Dobrze, ale najpierw proszę ze mną. Dam panu coś na uspokojenie. Inaczej pana nie mogę wpuścić do żony. - upierał się uzdrowiciel.
- Niech będzie. - zgodził się i poszedł z lekarzem. Po przyjęciu eliksiru uspokajającego poszedł do sali żony. Już kilka minut później odczuł odprężające działanie wywaru.
Siedział przy niej przez kolejne półtora godziny, trzymając ją za rękę, kiedy po tym czasie poczuł jak jego żona się przebudza.
- Remus? Gdzie dzieci? Co z bliźniętami? Gdzie ja jestem? Co się dzieje? - zaczęła zmęczona kobieta zadawać mężowi pytania.
- Spokojnie kochanie, to ja. Dzieci są w domu z Harry'm. Z bliźniętami jest dobrze, ale nie możesz się już denerwować. Jesteśmy w szpitalu świętego Munga. Spróbuj zasnąć. Pójdę po uzdrowiciela.
Po pół godzinie w końcu spokojniejszy wyszedł ze szpitala i teleportował się do domu.
***
Martha mimo tego, że martwiła się o Nimfadorę po wyjściu ze szpitala udała się do Ministerstwa Magii, gdzie w drodze do biura wysłała swojego patronusa z wiadomością do Harry'ego Potter'a z informacją czego się dowiedziała. Wiedziała, że nie jest to żadna konkretna informacja, ale w końcu obiecała. Bardzo chciała wiedzieć co z jej koleżanką po fachu oraz przełożoną jednocześnie, ale znała procedury i wiedziała, że sama niczego się nie dowie. Dlatego właśnie obiecała sobie, że za dwa dni uda się do Nimfadory z wizytą i zapyta o samopoczucie. Wiedziała, że wcześniej nie ma sensu udać się w odwiedziny, bo tym co Tonks obecnie potrzebowała najbardziej było wsparcie jej męża i jego zapewnienie, że z ich pozostałą trójką dzieci jest wszystko w porządku.
***
Od wyjścia Remusa z domu minęło ponad półtora godziny. Mała Kathrine w tym czasie podobnie jak jej starsi bracia zdążyła zasnąć niespokojnym snem. Harry był wykończony, ale jednocześnie myśl, że jego przyjaciółka i przyjaciel jego ojca mogą utracić dwójkę dzieci nie dawała mu spokoju. Mimo, że formalnie nie był spokrewniony z Lupinami to traktował ich jak swoją rodzinę. Czuł się z tego powodu za nich w pewien sposób odpowiedzialny. Gdy rozmyślał nad wszystkim usłyszał jak ktoś wchodzi do środka. Wyszedł z pokoju dzieci, w którym przez praktycznie cały czas przebywał z różdżką w gotowości, ale rozluźnił się po usłyszeniu przyjaciela.
- Harry gdzie jesteście? - zapytał cichym głosem Remus.
- Dzieciaki u siebie. - powiedział ujawniając swoją obecność. - Co z nimi? - zapytał mając na myśli Tonks i bliźnięta.
- Wszystko w porządku. Jutro Ci wszystko opowiem dobrze? Jestem zmęczony, a obiecałem Dorze, że jak tylko dzieci się wyśpią w miarę to ich do niej zabiorę. - wyjaśnił krótko.
- Jasne. Jak będziesz potrzebował pomocy to daj znać. Ginny i Molly na pewno pomogą.
- Wiem. Dziękuję. Gdyby nie Wasza szybka pomoc... Gdyby ona tam dotarła trochę później... Mogli nie przeżyć. Uratowaliście ich Harry. Dziękuję.
- Nie masz za co. Jesteśmy w kontakcie. - powiedział i po chwili zniknął w szmaragdowych płomieniach.
Po wyjściu Harry'ego Remus udał się do sypialni na odpoczynek. Zasnął zmęczony wszystkimi wydarzeniami minionej nocy.
Następnego ranka Remusa obudziły dzieci, które chciały dowiedzieć się co z ich matką i rodzeństwem. Po wytłumaczeniu wszystkiego dzieciom Remus poprosił je, aby poszli do siebie i ubrali się, a sam uda się sobie zrobić kawę i śniadanie dla dzieci.
Dwie godziny później znaleźli się całą czwórką w szpitalu świętego Munga, gdzie Remus zaprowadził ich do sali swojej żony. Nimfadora już nie spała. Widząc dzieci całe i zdrowe odetchnęła ulgą.
- Mama! - do kobiety podbiegła jej najmłodsza córeczka.
- Kate ostrożnie. Mówiłem wam, że mama musi odpoczywać. - skarcił delikatnie córkę Remus.
- Daj spokój. Bardziej się bałam o nich kiedy byli w domu. Dajecie sobie radę? Jak wy się dzieci czujecie? - odparła pani Lupin.
- Dobrze. Tata nami się zajmuje, dzisiaj pójdziemy do cioci Ginny, bo tata mówił, że musi załatwić coś w pracy. - odpowiedział na pytania mamy Ted.
- A ty mamo jak się czujesz? - zapytał Colin. - Potrzebujesz czegoś?
- Nie Col, niczego nie potrzebuję. Wszystko dobrze, tylko jestem jeszcze trochę słaba po prostu. Ale to nic, później odpocznę. Obiecajcie mi tylko, że jak będziecie potrzebowali pomocy albo nie będzie tata dawał sobie rady to powiecie mi o tym, dobrze? - powiedziała kobieta.
- Aż tak we mnie nie wierzysz? - zapytał rozbawiony jej prośbą mąż.
- Po prostu wiem, że samemu z trójką dzieci może być ciężko i nie łap mnie za słówka. - odpowiedziała mu żona udając obrażoną.
- Wiem, wiem, spokojnie. - odpowiedział rozbawiony.
- Mamusiu, a kiedy wrócisz do domku? - zapytała Kathrine.
- Nie wiem kochanie. Możliwe, że dopiero za miesiąc. Uzdrowiciel chce mieć pewność, że nic już nie grozi mi i bliźniętom. - odpowiedziała jej matka.
- A znasz już płeć? - zapytał ciekawy Remus.
- Znam, ale nie wiem jeszcze, czy ci powiem. - odpowiedziała rozbawiona chcąc się z nim trochę podroczyć co wywołało śmiech dzieci.
- No wiesz ty co? Własnemu mężowi? - odpowiedział zadowolony, że mimo tych trudnych chwil udało mu się wywołać na twarzach dzieci i żony uśmiech.
- A czemu nie? - zażartowała.
- Mamo a nam powiesz? - powiedział z uśmiechem Theodor.
- A chcecie wiedzieć? - odpowiedziała.
- Tak, ja chcę! - zawołała Kate. - Tata wyjdzie jak będziesz chciała.
- A ty się cwaniaro tak nie rządź. - powiedział ze śmiechem Remus i połaskotał córkę.
- Zostaw ją Remus. - powiedziała rozbawiona kobieta. - Jak chcecie to możecie spróbować zgadnąć.
- Dwie dziewczynki? - zaczęła Kate.
- I tak i nie. - powiedziała rozbawiona kobieta.
- Chłopiec i dziewczynka? - odgadł Colin.
- Tak. - powiedziała mu rozbawiona.
- Ale fajnie! - ucieszyła się pięciolatka.
Po kilku godzinach spędzonych w szpitalu Remus z dziećmi pożegnali kobietę i udali się do Nory. Zanim wyszli Remus powiedział cicho żonie, że później jeszcze do niej wpadnie zanim odbierze dzieci. Następnie po zostawieniu całej trójki pod opieką Molly Weasley udał się do sklepu, w którym pracował i zabrał potrzebne mu dokumenty. Udał się z nimi na pokątną do "Magicznych Dowcipów Weasley'ów", aby przekazać je Fred'owi i George'owi.
- Chłopaki mógłby któryś z Was w ciągu najbliższych dwóch miesięcy częściej zaglądać do sklepu? Muszę wziąć urlop, bo Dora jest w szpitalu, przez miesiąc lub dłużej będzie tam leżeć, a ja muszę zająć się dziećmi i jej pomóc. Wczoraj mieliśmy włamanie, można powiedzieć, że w pewnym sensie nasza przeszłość daje o sobie znać. - wytłumaczył ogólnie swoim przełożonym. - Teraz moim priorytetem jest po prostu zapewnić dzieciom i jej poczucie bezpieczeństwa. W międzyczasie będziemy się pod koniec wakacji przeprowadzać, więc nie dam rady pogodzić wszystkiego ze sklepem.
- Pewnie. Jakbyście potrzebowali pomocy to daj znać, pomożemy. Jak się Tonks czuje? I co z waszymi dziećmi? - odpowiedział Fred.
- Dzięki. Z Dorą i dziećmi póki co jest dobrze, ale nie wiem jak dalej będzie. Ted, Col i Kate są teraz chwilowo u waszej mamy. Musiałem im załatwić opiekę na szybko, a Molly pierwsza przyszła mi na myśl. Gdyby nie to, że Dromeda też choruje to pewnie ona by się nimi zajęła. - oznajmił Remus.
- Jak będzie coś trzeba pomóc, albo zabawić dzieciaki nam też możesz powiedzieć. - powiedział szczerze George. - Może certyfikatów nie mamy, ale doświadczenie jakieś już tak. - zażartował.
- Jasne, dzięki. - odpowiedział Lupin ze śmiechem.
Po chwili rozmowy i ustaleniu wszystkich warunków urlopu Remus wyszedł ze sklepu bliźniaków i teleportował się ponownie do szpitala, w którym przebywała jego żona.
- Gdzie zgubiłeś nasze dzieci? - zapytała go Nimfadora gdy wszedł do jej sali. Oprócz kobiety w pomieszczeniu nie było żadnej innej pacjentki.
- Molly jeszcze się nimi zajmuje. Wpadłem na chwilę sprawdzić jak się czujesz i będę się niedługo zbierał po nich.
- Okej. Na którą jutro masz do pracy? - zapytała ciekawa.
- Wziąłem wolne, żeby zająć się dzieciakami. Fred i George się zgodzili. Masz od nich pozdrowienia.
- Wszyscy już wiedzą, że tu leżę? - zapytała rozbawiona kobieta.
- Ja nie mówiłem wszystkim tylko Fred'owi, George'owi i Molly. Harry mówił Ginny, ale on nam wcześniej pomagał, podobnie jak ta aurorka Martha. Inni jeśli się dowiedzieli to na pewno nie ode mnie.
- Niech Ci będzie. Myślałeś nad imieniami? - zmieniła temat.
- Nie za bardzo. A masz jakieś propozycje?
- Myślałam o Jasonie, albo Jackobie. - powiedziała.
- Myślę, że Jackob będzie dobrze, a na drugie może Lucas? - odpowiedział mężczyzna.
- Jackob Lucas Lupin... Podoba mi się nawet. - uznała. - Ale jak nazwiemy małą?
- Nie mam pojęcia. Porozmawiam z dzieciakami, może one coś nam wymyślą.
- Remus to nasze dzieci, my powinniśmy wybrać imię. - powiedziała kobieta.
- Ale nasze dzieci nie wybiorą. Zapytam ich tylko o jakieś sugestie i coś wybierzemy wspólnie, poza tym to ich rodzeństwo kochanie i też mają prawo brać udział w ich życiu. - odpowiedział, żeby uspokoić żonę.
- Masz rację. Przepraszam. Nie powinnam ich wykluczać.
- Nie wykluczasz. Po prostu wszyscy ostatnio mieliśmy sporo nerwów i teraz wszystko z nas uchodzi. Nie martw się, na pewno zanim urodzisz wybierzemy to imię. - powiedział Remus. - Przywieść ci coś jutro? - dodał.
- Jakieś ubrania dodatkowe. I jakieś książki, bo umieram tu z nudów. - odpowiedziała.
- Mogę się domyślać. - powiedział z delikatnym uśmiechem. - Jutro Ci przyniosę wszystko. Wezmę jeszcze raz dzieciaki, później postaram się, żeby częściej kogoś z nimi zostawiać.
- Jak tu z nimi będziesz to zostaw ich u mnie i powiadom osobiście moją mamę o wszystkim dobrze? - poprosiła męża. - Nie chcę, żeby się martwiła jak nie będziemy się odzywać, ale boję się jak może ona to przyjąć. - wyznała.
- Jasne, ale wcześniej zabiorę dzieciaki i załatwię im opiekę. Nie możesz się przemęczać, więc nie licz, że zostawię Cię samą z trójką dzieci.
- Z dwójką jakoś daję radę. - zażartowała.
- Tyle, że ta dwójka będzie z Tobą jeszcze przez miejmy nadzieję, że cztery miesiące, więc to akurat inna sytuacja kochanie. - odpowiedział Remus. - Uciekam odebrać dzieciaki, bo pewnie znowu będę musiał im wymyśleć jakąś bajkę. - stwierdził. - Uważajcie na siebie.
- Zawsze uważamy. A co do tej bajki to przypomnę Ci, bo widzę, że zapomniałeś, ale sam od małego im opowiadałeś bajki, więc nie narzekaj teraz. - odpowiedziała rozbawiona.
- Wiem o tym. - powiedział i pochylił się nad żoną o czym pocałował ją krótko. - Dobrej nocy.
- Wam też. Do jutra. - odpowiedziała.
Po wyjściu z budynku Remus udał się do Nory. Kiedy wrócił z dziećmi do domu poprosił ich, aby się wykąpali i ubrali piżamę, a sam w tym czasie chciał przygotować kolację. Jednak zanim zaczął podeszła do niego Kathrine.
- Tato, a pomożesz mi się wykąpać? Bo zawsze mama mi pomaga. - powiedziała dziewczynka.
- Nie mam wyjścia Kate. Pomogę Ci, nie martw się. - powiedział córce.
Po kąpieli i kolacji dzieci jak zawsze poprosiły ojca o jakąś bajkę.
- Opowiem Wam dzisiaj krótką historię: "O księżniczce na ziarnku grochu".
Dawno temu był sobie książę, który szukał sobie żony. Warunek miał taki, że jego żona musi być najprawdziwszą księżniczką. Jeździł po całym kontynencie w poszukiwaniu "tej jedynej" jednak nigdzie nie mógł jej znaleźć. Mimo, że znalazł wiele księżniczek ciągle coś mu nie pasowało i zawsze miał co do nich jakieś "ale". Wrócił do domu przygnębiony, że nie może znaleźć żony, chociaż bardzo tego pragnął. Pewnego wieczoru przyszła ogromna burza. Nagle do bram miasta ktoś zapukał. Stary król poszedł więc otworzyć. Przed bramą stała panna, która oznajmiła że jest księżniczką. Na dowód tego pokazała diadem, który miała na swojej przemoczonej głowie. Jednakże dziewczyna przez deszcz, wiatr i burzę wyglądała jak siedem nieszczęść, dlatego król zaprosił ją do zamku. Królowa nie była ani trochę przekonana co do tego, czy dziewczyna jest prawdziwą księżniczką, więc postanowiła to sprawdzić. W komnacie, którą przygotować chciała dla młodej kobiety po cichu, gdy nikt nie widział podłożyła jedno ziarnko grochu, które ułożyła pod materacem na łóżku. Następnie poleciła służbie, aby położono wszystkie wolne materace i pierzyny w całym królestwie i zrobiono z nich posłanie na łóżku dla gościa.
Następnego ranka przy śniadaniu kobieta spytała:
- Jak się spało księżniczko?
- Oj bardzo źle niestety.- odpowiedziała. - Całą noc coś mnie uwierało. A rano odkryłam, że mam jakieś siniaki.
Wtedy para królewska miała pewność, że goszczą prawdziwą księżniczkę. Powodem tego był fakt, że tylko najprawdziwsze księżniczki mają delikatną skórę na tyle, żeby mogły wyczuć cokolwiek.
Książę ożenił się z tą księżniczką i żyli długo i szczęśliwie, a ziarnko grochu oddano do muzeum, gdzie teraz można je oglądać. O ile nikt go nie zabrał i nikomu gdzieś nie upadło, bo wtedy byłoby to jak szukanie igły w stogu siana...
- Taka krótka? - zapytała niezadowolona Kathrine. - Tato opowiedz coś jeszcze.
- Nie dzisiaj słońce. Jestem zmęczony, a jutro będziemy musieli jeszcze raz iść do mamy zanieść jej kilka rzeczy, a później muszę porozmawiać z waszą babcią. - powiedział. - Jutro postaram się opowiedzieć Wam jakąś dłuższą historię, dobrze?
- Niech będzie. - uznała pięciolatka. - Dobranoc.
- Dobranoc dzieci. - powiedział i wyszedł z pokoju swoich pociech.
*nie mam pojęcia, jakie konkretnie w świecie J. K. Rowling były oddziały w świętym Mungu, (a nigdzie nie znalazłam nazwy takiego, w którym przyjmowano ciężarne) ani od jakich chorób, stanów były, więc uznajmy, że oddział ciążowy to taki odpowiednik oddziału patologii ciąży, jakie są w Polskich szpitalach
Okej, miałam wstawić go około 23 w sobotę, ale nie wyrobiłam, bo musiałam wprowadzić kilka poprawek plus nie najlepiej się czułam. Mam nadzieję, że nie wyszedł jakoś szczególnie kiepsko, szczególnie, że wiem sama, że mogłoby być lepiej, ale uznałam, że lepszy ten niż żaden, szczególnie, że teraz muszę sama się uczyć głównie z internetu ewentualnie starych notatek, ale mniejsza z tym.
Napiszcie co sądzicie i co warto zmienić.
Przy okazji napiszcie, czy waszym zdaniem nie jest tu za dużo dialogów a za mało opisów? A może odwrotnie? Piszcie, bo bardzo przyda mi się to do przyszłych rozdziałów.
Taki spojler ode mnie: W przyszłym rozdziale będzie mała sprzeczka i może nawet coś niezbyt miłego się przytrafi Remusowi i jego rodzinie. Ale nie jestem pewna haha
Już nie przedłużając życzę Wam dużo zdrówka i pozdrawiam ciepło 💙
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz