niedziela, 20 grudnia 2020

Duże zmiany

~Późno w nocy,  po uśpieniu dzieci, udał się pod prysznic, przebrał w piżamę, na którą złożyły się dresy i T-shirt, a następnie poszedł spać.~

Następne trzy tygodnie minęły rodzinie Lupin w praktycznie ten sam sposób. Rano Remus wybierał się do żony, spędzał z nią czas do obiadu, później wracał do domu i pomagał teściowej z dziećmi. Od czasu do czasu zamieniał się z Andromedą,  która jechała do Nimfadory zamiast niego, a on zostawał z dziećmi. Swoje pociechy co prawda zabrał jeszcze kilka razy ze sobą, aby Dromeda mogła odpocząć, jednak nie robił tego zbyt często, aby dzieci nie złapały jakiejś choroby w szpitalu. W ten sposób minął im cały czas. W końcu Nimfadora mogła opuścić szpital,  z zaleceniem oszczędzania się i unikania jakiegokolwiek, nawet najmniejszego stresu.

Remus po odebraniu jej ze szpitala i powrocie do domu nie pozwolił jej wstawać z kanapy co bardzo bawiło kobietę,  jednocześnie jednak wiedziała ona, że jej mąż po prostu się martwi. Kiedy pod wieczór zmęczona Tonks zasnęła na kanapie,  do Remusa podeszła Andromeda ze swoją torbą.

- Remusie, zajmij się nimi. - poprosiła mając na myśli córkę i całą piątkę wnucząt. - Wrócę do siebie, żebyście mogli spokojnie spać w sypialni i aby uniknąć kłótni co do tego.

- Ale... - zaczął jednak kobieta nie dała nic powiedzieć zięciowi.

- Nie. Zostałam, żeby Ci pomóc z dziećmi. To Wasz dom i nie będę siedzieć Wam na głowie. - uparła się. - Zajmij się nimi. Ja dam sobie radę.

- Dromedo zostań. - odpowiedział natychmiast, zanim ponownie mu przerwała. - Możesz spać w naszej sypialni. Ja Dorze dołożę materac na kanapę, żeby było jej wygodniej, a niedługo i tak się przecież wyprowadzamy do nowego domu. Tylko Dora odpocznie po szpitalu.

- Nie Remusie. Macie własne życie. Ja Wam nie jestem już potrzebna. - odpowiedziała.

- Dzieci Cię potrzebują. Dora również. A ja nie chcę też stracić ani Ciebie, ani nikogo z nich. - powiedział.

- Dacie sobie radę. Wpadnę do Waszego nowego mieszkania pomóc najwyżej. Do zobaczenia i dobranoc. - odpowiedziała kobieta i zanim Remus zdążył cokolwiek powiedzieć, weszła w kominek i przeniosła się siecią Fiuu do swojego domu.

Następnego dnia Remus wyjaśnił wszystko swojej żonie i dzieciom. Mimo niezadowolenia rodziny nic nie mogli już poradzić,  ponieważ każdy z nich wiedział, że jeżeli Andromeda Tonks się na coś uprze,  nie da się jej wybić tego z głowy tak łatwo.

***

Gdy po kilku dniach Nimfadora już odpoczęła w pełni po szpitalu rodzina rozpoczęła przeprowadzkę. A tydzień później, wszystko już było gotowe i zamieszkali w swoim nowym domu. Nimfadora z Remusem zajęła oczywiście główną sypialnię. Teddy zajął jeden z większych pokoi na piętrze, Kathrine otrzymała pokój na przeciwko najstarszego brata,  a Colin z kolei zamieszkał od tej chwili w pokoju na samym początku korytarza blisko schodów. Dla bezpieczeństwa dzieci Remus wyczarował dwie barierki na szczycie i na dole schodów,  aby dzieci były tam bezpieczne. Pani Lupin wspólnie z mężem wybrała dwa pokoje obok siebie niedaleko pokoju Colina,  które postanowili przeznaczyć dla bliźniąt, a z kolei resztę pokoi przeznaczyli jako sypialnie gościnne.

Resztę wakacji rodzeństwo spędzało na poznawaniu wszelkich zakamarków domu. Jedynym miejscem do jakiego nie mieli żadnego wstępu była piwnica, którą pani Lupin postanowiła otoczyć różnymi zaklęciami ochronnymi, gdzie jej mąż mógłby spokojnie spędzić najbliższą pełnię księżyca.

***

Trzydziestego pierwszego sierpnia Theodor od rana pakował się na następny dzień do szkoły. Kiedy chłopiec nie zszedł na śniadanie rodzice uznali, że później dadzą mu coś jeśli będzie głodny, aby dać mu chwilę na uspokojenie się, jednak przy obiedzie Remus poszedł po syna zmartwiony.

- Ted, czemu nie przyszedłeś na śniadanie i obiad? - zapytał najstarszego syna.

- Nie chcę jeść. - odpowiedział chłopiec.

- Ej co się dzieje? - zapytał zaniepokojony ojciec.

- Co jeżeli trafię do Slytherinu? - zapytał.

- Nic, a co by się miało stać? - odpowiedział Remus. - Dla mnie i mamy dalej będziesz naszym kochanym synkiem, a dla Cola i Kate najstarszym braciszkiem. Nic to nie zmieni. Nawet jeśli ja byłem W Gryffindorze, a mama w Hufflepufie to Ty nie musisz tam trafić. Najważniejsze, abyś był tam gdzie najbardziej będziesz pasował.

- A jak nikt mnie nie zaakceptuje i nie znajdę żadnych przyjaciół? - ciągnął swoje przemyślenia Remus widząc, że tego właśnie trzeba chłopcu okazywał mu wsparcie.

- Jestem pewien, że kogo znajdziesz. - stwierdził najstarszy Lupin.

- A jeżeli nikt mnie nie polubi jednak? - martwił się dalej.

- To i tak, zawsze będziesz miał mnie,  mamę i rodzeństwo. - wspierał wciąż syna. - Chodź Teddy. Nie możesz się głodzić. Zjesz z nami obiad i zajmiesz czymś myśli. Spakuję Cię zaklęciem,  mama raczej nie zauważy. - odpowiedział z delikatnym uśmiechem na niezadane pytanie.

- Niech będzie. - uznał w końcu chłopiec i wraz z ojcem udał się na posiłek.

Po jedzeniu młodsze dzieci zaciągnęły starszego z chłopców do wspólnej zabawy. Remus w tym czasie zrobił sobie i swojej żonie gorącą czekoladę i usiadł z nią w salonie.

- Powiedział Ci dlaczego nie chciał jeść? - zapytała zmartwiona kobieta męża.

- Martwi się do jakiego domu trafi i czy znajdzie przyjaciół. - wytłumaczył w wielkim skrócie.

- Przecież to gdzie trafi jest bez znaczenia. - stwierdziła kobieta. 

- Wiem Doro. Mówiłem mu to. Ale nie przejmuj się. - odpowiedział żonie pan Lupin. - W razie potrzeby porozmawiam z nim jeszcze dzisiaj. Ty się skup kochanie na bliźniętach. Ja się resztą zajmę.

- To też moje dzieci Remusie. Nie potrafię się nie przejmować. - oburzyła się lekko kobieta.

- I nikt temu nie zaprzecza. Ale musisz pamiętać, że lekarz wypuścił Cię ze szpitala z zaleceniem unikania stresu. Dlatego wolałbym, żebyś skupiła się na ciąży. - powiedział. - Nie chcę cię odsuwać od dzieci. Nic z tych rzeczy. Ale musisz zadbać o Was. Pamiętaj, że następnym razem zamiast wylądować w szpitalu na miesiąc możesz trafić tam na trzy miesiące rodząc wcześniaki lub co gorsza poronić. - powiedział zmartwiony.

- No wiem niby. Ale martwię się o nasze dzieci. Całą piątkę. - powiedziała kobieta patrząc w oczy męża.

- Wszystko będzie dobrze. Chodź tu. - powiedział sadzając swoją żonę sobie na uda. - Zobaczysz, że będzie tylko lepiej. Ale musisz uważać.

- Niech Ci będzie, ale posadź mnie z powrotem na kanapę. Za ciężka jestem. - uznała kobieta.

- Nie jesteś ciężka. - zaprzeczył. - Gdybym nie widział Cię na co dzień uznałbym, że prawie nic nie jesz.

- Nie odpuścisz,  prawda? - zapytała.

- Nie ma mowy. - odpowiedział tym samym kończąc temat.

Wieczorem Remus ponownie porozmawiał z najstarszym synem zapewniając go, że zawsze może porozmawiać ze swoim ojcem. Przed snem opowiedział dzieciom kolejną baśń z "Baśni Tysiąca i jednej nocy" tym razem była to "Cudowna lampa Aladyna". Zanim dzieci usnęły spakował jeszcze najstarszego syna za pomocą zaklęcia, a następnie poszedł do sypialni swojej oraz Nimfadory i zasnął z żoną wcześniej ustawiając sobie budzik na godzinę 7 rano...

***

Stacja King's Cross była lekko zatłoczona jak zawsze. Rodzina Lupin właśnie stała przy ścianie między peronami dziewiątym i dziesiątym. Ściana dla mugoli nie była niczym specjalnym, jednak dla czarodziejów takich jak Lupin'owie ścina ta była barierą między światem mugoli,  a tym czarodziejów i czarodziejek takich jak państwo Lupin i ich dzieci.

- Teddy pójdziesz pierwszy z tatą i Colinem,  ja z Kate za wami. - oznajmiła najstarszemu synkowi pani Lupin.

- Dobrze. - powiedział zestresowany chłopiec.

Remus przebiegł przez barierkę z Theodorem i Colinem, zaraz za nimi przebiegły Nimfadora z Kathrine. W momencie, gdy Teddy skończył żegnać się z rodzicami i rodzeństwem do rodziny Lupin podszedł Harry Potter - ojciec chrzestny Theodora.

- Myślałeś młody, że zwiejesz mi bez pożegnania? - zapytał ze śmiechem auror.

- Wujek Harry! - ucieszyła się Kathrine.

- Cześć dzieciaki. Widzę Ted,  że masz 20 minut, więc nie będę Cię zagadywał długo. Chciałem Ci tylko życzyć udanego roku szkolnego. Zrób jakieś kawały nauczycielom, ale nie daj się złapać. A przede wszystkim baw się dobrze i ucz jak przystało na syna Huncwota okej? - powiedział rozbawiony.

- Pewnie. Dziękuję wujku.

- Mam coś dla Ciebie. Jesteś najstarszy, więc za kilka lat dziel się tym z Colinem, Jamesem, Kate, Albusem, Lily i resztą ferajny. Ale jako najstarszy potomek Huncwotów zaraz po mnie, dostaniesz mapę Huncwotów na własność. - powiedział lekko rozbawiony auror.

- Harry nie mogłeś wymyśleć czegoś innego? - zapytała niezbyt zadowolona Nimfadora. - Wolałabym, żeby żadne z dzieciaków nie miało tej mapy. To, że Remus, Syriusz i twój ojciec ją stworzyli to świadczy tylko o tym jak bardzo lubili łamać zasady.

- Ej, ja nie łamałem ich tak dużo. - stwierdził rozbawiony mąż kobiety.

- Jasne, mam pogadać z McGonagall?

- Po co od razu do niej? - stwierdził rozbawiony Harry. - Lepiej do Łapy.

- Dobra, bo się Dora wkurzy, cicho Harry.

- Pantoflarz. - zaśmiał się Potter.

- A mam Ci wypomnieć jak Ginny nie raz Tobą rządziła?

- Nie było tematu. - stwierdził rozbawiony.

Rozmowa i żarty rodziców i chrzestnego pomogły Teddy'emu minimalnie pozbyć się obaw i stresu.

- Dobra Ted idź już skarbie, żeby pociąg Ci nie odjechał. - powiedziała kobieta do syna przytulając go po raz ostatni.

- Wrócisz na święta do nas? - zapytała Kathrine.

- Pewnie. Do zobaczenia. - odpowiedział siostrze.

- Pomogę Ci z kufrem. Chodźmy. - powiedział Harry i zabrał kufer chrześniaka.

Harry pomógł Teddy'emu z zapakowaniem kufra i klatki z sową do pociągu,  akurat do ostatniego pustego przedziału. Oczywiście po drodze nie obyło się bez tłumu gapiów.

***

Pociąg ruszył kilka minut temu. Młody metamorfomag siedział w przedziale z trójką swoich rówieśników - Lucy ~ miłą, cichą i spokojną rudowłosą dziewczynką o brązowych oczach, Luke ~ niebieskooki, rozgadany i bardzo śmiały w towarzystwie brunet oraz Louis ~ uparty i troskliwy wobec swojej bliźniaczki Sophie, która dłużej żegnała się z rodzicami. Lou nie miał niestety pojęcia, że Soph nie mogąc go znaleźć zaczęła szukać wolnego miejsca, a wraz z nią miejsca szukała sobie blond włosa Mia. W pewnym momencie Sophie, która szła na przodzie zauważyła w jednym z przedziałów swojego bliźniaka wraz z trójką innych uczniów.

- Hej Lou, szukałam Cię. Możemy się dosiąść? Wszędzie straszny tłok. - powiedziała jedenastolatka.

- Pewnie. Lucy, chłopaki to moja bliźniaczka Sophie. A ty kim jesteś? - zapytał blondynkę.

- Mia. Pomoże któryś nam z kuframi?

- Nie denerwuj się. Siadajcie. - powiedział Luke i wraz z Teddy'm włożył kufry dziewczyn na półkę.

- Ja jestem Teddy Lupin, to jest Lucy Conn,  Louis Carter, wiem, że Sophie to siostra, ale Mia nie wiedziała, a ten to Luke Kemmer. A jak Ty się nazywasz? - przedstawił siebie i resztę towarzyszy Theodor.

- Mia Bahringer. W jakim domu chcielibyście być? - zapytała.

- Nie wiem. Moi rodzice byli w Hufflepufie, ale ja tam chyba nie pasuję. - odpowiedziała Lucy.

- Mój tata był w Gryffindorze,  mama w Hufflepufie,  a ja nie wiem gdzie chce być. - przyznał Teddy.

- Nasz tata był w Ravenclaw. - powiedziała Sophie.

- A mama w Slytherinie. - dodał jej bliźniak.

- Moi rodzice oboje byli w Slytherinie, ja też tam pewnie trafię. - stwierdziła Mia.

Cała szóstka rozmawiała wspólnie do końca podróży pociągiem. Kiedy wysiedli na stacji w Hogsmeade, zostali zabrani tradycyjnie do łódek i znaleźli się w wejściu do szkoły wyszedł do nich profesor Neville Longbottom. Opiekun Hufflepufu,  nauczyciel zielarstwa oraz jeden z dalszych przyjaciół chrzestnego Teddy'ego - Harry'ego Potter'a.

Weszli do Wielkiej Sali, która jak co roku od wielu lat zachwycała zaczarowanym sufitem,  który pokazywał aktualną pogodę. Ten wieczór akurat był zjawiskowo piękny. Gwiazdy jasno świeciły, a księżyc znajdował się w pierwszej kwadrze. Do jego pełni, a jednocześnie przemiany ojca Teddy'ego w wilkołaka zostało jeszcze 10 dni. Chłopiec nie martwił się tym zbytnio, ponieważ w tamtej chwili obserwował po prostu całą salę i wszystko starając się zapamiętać jej wygląd. Wraz z profesorem Longbottom'em i innymi pierwszakami weszli do sali i podeszli do stołu prezydialnego przy którym jak zawsze stał stołek,  a na nim stara, poniszczona tiara przydziału,  której zadaniem było segregowanie uczniów do odpowiednich domów. Nie obyło się oczywiście bez słynnej pieśni Tiary. Brzmiała ona tak:

Na uczniów łepetynach powinność czynię starą.
Ich myśli porządkuję, bo przydziału jestem tiarą.
Dzielenie, rozsyłanie, to moje specjalności.
Więc załóż mnie, a może dowiesz się. 
Który dom od dziś będzie Ciebie gościł?
Czy prawda Cię wystraszy?
Moje słowo krew Ci zmrozi?
Czy Slytherin, 
gdzie ambicja panuje na równi z braterstwem?
Czy Gryffindor, 
gdzie odwaga i szlachetność prowadzą?
Czy Hufflepuf, 
gdzie sprawiedliwi i lojalni wobec wszystkich cichutko siedzą?
A może Ravenclaw, 
gdzie inteligencja i kreatywność rządzą?
Ciesz się dziecko, fach swój znam.
Nawet gdy najpierw smutek Ci dam.*

- Kiedy wyczytam wasze imię i nazwisko, podejdziecie do krzesełka, usiądziecie, ja nałożę Wam tiarę i otrzymacie przydział do domu. - powiedział profeor. - Adams Vanessa!

- GRYFFINDOR! - krzyknęła tiara, a dosyć niska szatynka udała się do stołu Gryfonów, gdzie przywitano ją gromkimi oklaskami tak jak każdego pierwszoroczniaka.

- Bahringer Mia!

- SLYTHERIN! - zawołała donośnie tiara.

Przydzielono kolejne dwie osoby, kiedy w końcu trafiło na bliźnięta Carter. Louis trafił do Slytherinu,  z kolei Sophie została Krukonką. Następna była według listy Lucy Cone, która trafiła do Gryffindoru, później nadszedł czas na Luke'a Kemmer'a, który umieszczony został w Hufflepuf. W końcu nadszedł czas Teddy'ego.

- Lupin Theodor! - wywołał chłopca i gdy ten usiadł nałożył mu tiarę.

- Ciekawy przypadek. - mówiła cicho tiara, co słyszał tylko Ted. - Metamorfomag po matce, więc powinnam dać Cię do Hufflepuf, gdzie zawsze metamorfomadzy są przydzielani,  jednak wiem, że Ty tam nie pasujesz... Mnóstwo odwagi, a jaka inteligencja i kreatywność! Chociaż lojalność też tu mamy. Trudny przypadek, ale już wiem, gdzie Cię przydzielić. Twój ojciec będzie dumny. To będzie najlepszy wybór... GRYFFINDOR! - zdecydowała tiara.

Po Tedzie nadszedł czas przydziału kolejnych czterech osób, listę zamknął przydział Christie Shafiq, która została przydzielona do Slytherinu. Po cudownej uczcie Teddy udał się z innymi pierwszorocznymi Gryfonami do wieży Gryffindora, gdzie odnalazł swój pokój i jako pierwszy zajął łazienkę, aby wziąć prysznic i położyć się spać. Przed snem napisał dość długi list do swojej rodziny z zamiarem wysłania go następnego dnia po lekcjach...






*Wierszyk wymyśliłam "na szybko" z pomocą wujka google także wybaczcie, że nie jest idealny.

Przepraszam, że taki krótki, ale nie wyrobiłam po prostu... Po nowym roku postaram sie dodać przynajmniej o 2000 słów dłuższy...

niedziela, 6 grudnia 2020

BONUS Mikołajkowy

Świstoklik przeniósł go do pięknego miejsca niedaleko hotelu,  w którym miał się zatrzymać na czas urlopu. Musiał odpocząć. Zaczął powoli żałować tego, że nigdy nie pomyślał o znalezieniu sobie żony jak to radzili mu przyjaciele. Teraz miał wrażenie,  że jest za późno na małżeństwo. Wyszedł na taras swojego apartamentu hotelowego. Zaczął obserwować morze. Przesiedział tak kilka godzin stojąc przy barierce i patrząc w horyzont. Wchodząc do swojego apartamentu nie zauważył,  że na taras obok wyszła pewna brunetka.

Rano po wyspaniu się i zjedzeniu śniadania mężczyzna udał się na miasto, aby je pozwiedzać w samotności. Spacerując i podróżując od czasu do czasu miejscowym wodnym tramwajem trafił na Most Westchnień - najsłynniejszy most w Wenecji, a jednocześnie jeden z najbardziej znanych mostów na świecie.

Przez okienko na moście zobaczył przepiękny widok. Od tamtej chwili postanowił, że będzie tu przychodził codziennie, aż do dnia wyjazdu i powrotu do domu. Przez chwilę chciał zostać tu na stałe, jednak wiedział, że w Anglii ma wszystkich przyjaciół,  którzy prędzej czy później tęsknili by za nim. Mimo to jednak fakt, że wszyscy wokół niego mają drugie połówki, a on jako jedyny jest singlem czasem go przytłaczał. Jednak fakt, że wszyscy jego przyjaciele albo nie żyli, albo byli żonaci, czy mężatkami sprawiał,  że czuł się wśród nich wszystkich jak intruz. O ironio nawet jego zawsze samotny przyjaciel Remus znalazł żonę i wiódł szczęśliwe życie. Nie to,  żeby mu zazdrościł. Cieszył się,  że Remus w końcu jest szczęśliwy. Jednak sam także chciałby tego szczęścia zaznać. Tyle, że nie miał z kim. Od lat nie znalazł "tej jednej". Może przez życie Casanovy,  a może przez to, że nie szukał jakoś specjalnie? Tego nigdy się nie dowie...

Kolejnego wieczoru Black, bo tak nazywał się mężczyzna, udał się ponownie na Most. Przeszło dwie godziny od zachodu słońca, gdy było już dość ciemno udał się w drogę powrotną do hotelu. Nie wiedział, że gdy on schodził z Mostu, wchodziła na niego właśnie piękna brunetka. A może nie chciał jej zauważyć?

Sytuacja powtarzała się przez następny tydzień. Tego wieczoru jednak Syriusz poszedł na most trochę później, ponieważ nie miał czasu wcześniej. Chwilę przed tym jak wybrał się na swój spacer o zachodzie słońca, przyszedł do niego list od Remusa. Przyjaciel pytał go co słychać i opowiedział w nim o problemach Kathrine ze snem oraz o tym co przydarzyło się jego małej córeczce. Black wiedział, że dla Remusa i Tonks był to jeden z cięższych czasów, szczególnie, że jego przyjaciel wraz z żoną obecnie spodziewali się kolejnego potomka co tylko potęgowało ich zmartwienia. Odpisał więc, że wszystko u niego dobrze i jest na wakacjach, opowiedział w liście o kilku zabytkach. Wiedział,  że jego przyjaciel ma za dużo zmartwień, aby on jeszcze skarżył się mu na samotność,  więc przemilczał sprawę. Kiedy stał tam już od dobrej godziny zjawiła się ona. Zielonooka brunetka, z kręconymi do połowy pleców włosami. Była szczupła i dość wysoka. Miała malinowe usta, zgrabny nos oraz lekko opaloną od słońca skórę.

- Co taki przystojniak robi tu sam? - zaczepiła Łapę. Była tak śliczna, że mężczyźnie ciężko było oderwać wzrok, od jej lekko oświetlonej przez księżyc, sylwetki.

- Ucieka od problemów. - odpowiedział wciąż ją obserwując. - A dodatkowo obserwuje piękna kobietę. Nie boisz się tak sama spacerować?

- Od zawsze jestem sama. - odpowiedziała patrząc w jego oczy.

- To zupełnie jak ja. Niby mam przyjaciół,  ale jakbym ich nie miał. - odpowiedział wzdychając i odwracając wzrok.

- Ciesz się, że chociaż ich masz. - odpowiedziała patrząc w tym samym kierunku co mężczyzna.

- Każdy ma, ale nie każdy ich jeszcze odnalazł. - odparł. - A poza tym to jestem Syriusz. Syriusz Black, ale możesz mi mówić też Łapa.

- Emma Clarke. Mow mi Emma, Em, Emi, czy jak Ci pasuje. - przedstawiła się.

- To co robisz sama o tej porze w takim miejscu? - zagadał, aby podtrzymać rozmowę.

- Zwiedzam,  a ty? - odpowiedziała.

- Trochę też. Znałaś Dumbledore'a? - zapytał głupio nagle po chwili ciszy,  chcąc sprawdzić, czy kobieta jest czarownicą. 

Ponieważ nie chciał popełnić błędu i wspomnieć czegoś co nie powinien oraz nie chciał zdradzić Międzynarodowego Kodeksu Tajności. Pytanie o Dumbledore'a wydało mu się najoczywistszym dla praktycznie każdego czarodzieja.

- Też jesteś czarodziejem? - zapytała zdumiona. - Chociaż, czekaj, faktycznie jak pomyślę to Blackowie są znani wśród czarodziejów.

- Ale Ciebie nie kojarzę jakoś. - odpowiedział.

- Jestem półkrwi. Mój ojciec jest mugolakiem, mama jest półkrwi. - oznajmiła przyglądając się mu uważnie.

- Nie ma dla mnie znaczenia jakiej jesteście krwi. - odrzekł.

- Widzę. - zaśmiała się cicho zauważając jak mężczyzna patrzy jej się w dekolt.

- Ej, nie moja wina, że jestem tylko facetem, a ty... - urwał zdając sobie sprawę jak dwuznacznie mogą zabrzmieć słowa, które miał powiedzieć.

- Jestem ubrana Syriuszu. Sam patrzysz się co chwila mi na dekolt. - oznajmiła lekko rozbawiona.

- Dobra no może. - odparł zrezygnowany. - Ale nie masz dowodów.

- Może mam. - oznajmiła ze śmiechem i zaczęła odchodzić.

- Gdzie idziesz? - zapytał. - Odprowadzę cię. Lepiej, żebyś nie chodziła nigdzie sama o tej porze.

- Jak wolisz. Nie raz wracałam sama. I jak widać nic mi nie jest. - stwierdziła.

- I tak bym poszedł. To gdzie idziesz? - podjął ponowną próbę dowiedzenia się, gdzie dziewczyna się udaje.

- Jak już musisz wiedzieć to do hotelu. - odpowiedziała.

Rozmawiali przez całą drogę na przeróżne tematy. W międzyczasie dowiedzieli się,  ze dzielą akurat pokoje hotelowe obok siebie. Następnie pożegnali się i udali do swoich apartamentów. Przez następne kilka dni poznawali się wybierając się na wspólne spacery po Wenecji, zawsze kończąc je na słynnym Moście Westchnień,  które dla nich nabrało od tego czasu nowe znaczenie - nazwali to w myślach Mostem Początku, ponieważ wiedzieli, że od niego wszystko się zaczęło.

Po pewnym czasie nawiązali również romans, który składał się w dużej mierze ze wspólnych nocy i wzajemnego towarzystwa. Black jednak zorientował się, że to co czuje teraz jest czymś innym niż myślał. To nie był tylko pociąg do bliskości z kobietą,  jednak nie wiedział jak nazwać to uczucie. Odpowiedź nasunęła mu się sama, gdy po jednej ze wspólnych namiętnych nocy obserwował kobietę. Uświadomiło mu to po prostu, że mimo wszystko, żywi do niej głębsze uczucie. Następnego dnia przeprowadzili poważniejszą rozmowę na prośbę Blacka. To zapoczątkowało ich związek, który wtedy stał się nim bardziej oficjalnie. Kobieta zgodziła się, aby póki co nikomu nie mówić wprost, że są razem, jednak ustalili, że nie będą się z tym za bardzo ukrywać. Do końca wspólnego pobytu we Włoszech poznawali się lepiej, coraz bardziej się w sobie zakochując.

***

Kobieta siedziała w fotelu, sama w domu. Była wdową od prawie dwunastu lat. Jej jedyna córka i zięć mieli własną rodzinę, więc nie chciała zawracać im głowy. Kilka miesięcy wcześniej jedynaczka z mężem poinformowała ją, że za jakiś czas ich rodzina ponownie się powiększy, a całkiem niedawno dowiedzieli się, że będą mieli bliźnięta. Owa kobieta całkiem niedawno jednaj dowiedziała się przykrej diagnozy. Okazało się, że jest chora. Niestety nie ma rady i nie da się jej wyleczyć, dlatego siedząc w fotelu postanowiła już teraz zadbać o rodzinę, o którą tak się martwiła. Wzięła pergamin, pióro i postanowiła spisać testament. Wiedziała, że obecnie jej córka nie powinna się denerwować, więc cały czas udawała, że wszystko jest w porządku. Nie chciała martwić nikogo swoim stanem zdrowia oraz sobą, więc nikt oprócz niej samej nie miał pojęcia o jej stanie zdrowia. Wolała utrzymać ten stan rzeczy jak najdłużej.

Nie spodziewała się, że jej sekret niedługo zostanie odkryty przez zięcia. Andromeda jednak nie miała jak się na to przygotować, więc być może dla tego Remusowi tak szybko udało się odkryć jej tajemnicę. Pozostać jej mogła już tylko nadzieja, że nawet jeśli mężczyzna by się dowiedział to nie powie nic jej córce. On jednak nie chciał ukrywać niczego przed Nimfadorą, ale sytuacja zmusiła go, aby na jakiś czas zamilczał. Dla dobra żony i dzieci.




Wesołych Mikołajek!
Przepraszam, że dopiero teraz, ale nie miałam czasu, przez lekcje. Nie jestem pewna,  czy wigilijny rozdział uda mi się dodać akurat 24 grudnia, ale obiecuję, że jeśli nie 24 to dodam go wcześniej,  żebyście nie musieli tyle czekać. 
Bonus krótki, bo nie byłam pewna, co konkretnie napisać, aby nie zdradzić za dużo, ponieważ wszystko objaśnię w rozdziale i nie chciałam robić za dużych spojlerów.
Jeszcze raz, wszystkiego dobrego!

poniedziałek, 30 listopada 2020

Mówcie mi Em

~ Kiedy powiedział o rozmowie z teściową i dziećmi żonie ta uznała,  że najbardziej podoba jej się imię Suzanne. Z kolei jako drugie imię dla swojej córeczki wybrali wspólnie Melania. Wyglądało na to, że wszystko zaczęło się układać... ~

Po obiedzie Remus wybrał się ponownie do żony. Przez pierwsze pół godziny rozmawiał z żoną i jej nową koleżanką ignorując razem z nimi upierdliwą nastolatkę i jej matkę. Następnie Nimfadora ubłagała go, aby pochodził z nią po oddziale. Kobieta co prawda miała, odpoczywać jednak uzdrowiciel zgodził się, aby raz na jakiś czas pochodziła po oddziale, jednak miała zastrzeżone, aby nie chodzić zbyt długo, ani za szybko.

- Dalej uważam, że nie powinnaś wstawać. - upierał się pan Lupin,  gdy chodził z żoną z jednego końca korytarza na drugi.

- Przecież już Ci mówiłam Remusie, że dobrze się czuję. Zresztą uzdrowiciel mi pozwolił.

- A jak coś się Wam stanie przez to? - martwił się cały czas.

- Nic się nie stanie. Poza tym mamy Ciebie, a z tobą nic nam nie grozi. - odpowiedziała.

- Wracajmy już na salę. - odpowiedział.

- Jeszcze tylko raz przejdziemy, proszę. - powiedziała, patrząc w oczy męża.

- Niech ci będzie.  - zrezygnował.

- Syriusz? - zapytała kobieta, widząc wujka na drugim końcu korytarza. - Co on tu robi?

- Nie mam pojęcia... Chodźmy w jego stronę. - odpowiedział.

Kiedy znaleźli się niedaleko sali Nimfadory, Black podszedł trochę szybciej. Nie był jednak sam. Dopiero w tamtym momencie małżeństwo zobaczyło,  że jest wraz z nim młoda około 25-letnia kobieta. Miała długie kręcone do połowy pleców brązowe włosy, zielone oczy, zgrabny nos i malinowe usta podkreślone balsamem. Była szczupła i dość wysoka, jednak i tak Syriusz przewyższał ją prawie o głowę.

- Hej Tonks,  jak się czujesz? - zapytał, przytulając krótko kobietę.

- Dobrze, ale może wyjaśniłbyś nam, kto to jest? - odpowiedziała ciekawa kobieta.

- No, jakby to wyjaśnić, to jest Emma. Jesteśmy razem od prawie dwóch miesięcy. - wyjaśnił zmieszany Syriusz.

- Czekaj stary, bo czegoś nie rozumiem. Masz dziewczynę. Od dwóch miesięcy. I my nic o tym nie wiemy? - wtrącił zdziwiony Remus.

- Jakoś wyszło. Ale mieliście swoje sprawy i nie chciałem Wam jeszcze dokładać nowinek. - bronił się Black.

- Przecież to, że mamy swoje żucie to normalne, każdy ma. Ale mogłeś, chociaż coś wspomnieć,  a nie ciągać ją po szpitalach. - zaczęła się trochę denerwować Nimfadora.

- Doro spokojnie. Chodźcie do sali. - powiedział Remus, widząc, że jego żona jest zła na Łapę.

- Syriusz, może wyjaśnicie sobie na spokojnie, ja pójdę do domu i... - zaczęła brunetka.

- Nie, spokojnie. - przerwała jej Tonks. - Chodź z nami. To nie twoja wina, że ten kretyn nic nam nie mówił.

- Ej tylko nie kretyn. - próbował się bronić czarnowłosy.

- Zamknij się lepiej. - odpowiedziała mu Tonks. - I mi nie przerywaj. - dodała. - Jestem Nimfadora Lupin, ale mów mi Tonks. To mój mąż i przyjaciel mojego imbecylicznego wujka, Remus.

- Emma Clarke. Mówcie mi Em, Emma, czy jak tam wolicie. - odpowiedziała z delikatnym uśmiechem. - Tak właściwie to jak Syriusz jest Twoim wujkiem? - zapytała ciekawa.

- Wąchacz to kuzyn mojej matki. Od dziecka nigdy nie mówiłam do niego wujek, bo on tego miana nie znosił, więc mówię do niego po imieniu, albo pseudonimami.

- A jakie ma? - zapytała ponownie. - Nigdy nie chciał mi mówić oprócz Łapy.

- Zależy, kogo spytasz, ale najbardziej mówimy na niego: Syri czego on nie znosi, Łapa, Wąchacz, Burek, Łapcia, a dzieciaki jak są małe, to mówią do niego Łapi, albo Lapi zależy, jak dobrze umieją już mówić. - odpowiedziała rozbawiona.

- O proszę, to chyba wykorzystam coś z tego. - odpowiedziała ze śmiechem.

- Ani mi się waż. Po co jej mówiłaś? - odpowiedział Syriusz wiedząc, że jego dziewczyna nie da mu spokoju.

- Syriusz siadaj i się zamknij. - odpowiedział mu Remus rozbawiony reakcją przyjaciela.

- Właściwie miałabym prośbę do Ciebie Syriusz. Wiesz, że z Remusem planujemy przeprowadzkę i szukamy domu, prawda?. - odezwała się poważniej pani Lupin.

- Wiem,  wspominałaś w liście coś tam. - odpowiedział. - Ale teraz jak jesteś w szpitalu to chyba nie jest dobry pomysł?

- Chcemy się przeprowadzić zanim Ted będzie w Hogwarcie, poza tym jak urodzę to nie zmieścimy się w siódemkę w naszym domu, dlatego chciałam cię prosić o pomoc. - odpowiedziała Tonks.

- Ale niby co ja mam pomóc? - zapytał trochę głupio.

- Remus szuka domu, ma na ku trzy obecnie. Chciałam, żebyś z nim pochodził i poszukał jakiegoś. Emma, wiem, że nie powinnam, ale pomogłabyś im? Tak jak ufam Remusowi tak z Syriuszem jest gorzej,  bo jemu może coś odwalić. Przypilnowałabyś Łapę? - zwróciła się do młodej kobiety.

- Pewnie. Nie ma problemu. Pomogę im. Przy okazji mogę pomóc z wystrojem domu jakbyś chciała. Myślę, że Remusowi będzie łatwiej, wszystko bym z Wami ustalała. - zaproponowała Clarke.

- Byłoby super. Dziękuje. - oznajmiła wdzięcznie Nimfadora. - Miałam już prosić moją mamę, ale wiem, że mimo wszystko mama i Remus ciężko się mogliby dogadywać.

- Ja nic nie mam do twojej matki. To ona ciągle coś wymyśla. - bronił się Remus, po czym dodał - Jutro o szesnastej jestem umówiony na obejrzenie pierwszego domu, o osiemnastej drugiego, a o 20 trzeciego. Z dziećmi zostanie Dromeda, w sensie matka Tonks. Dacie radę być?

- Pewnie. Pracuję do czternastej, więc jak najbardziej mi pasuje. - odpowiedziała Emma.

- Ja i tak nie mam wyjścia. Wiesz Luniek, że jakbym protestował to Tonks mnie powiesi.

- Już nie rób z siebie takiej ofiary. - odpowiedziała rozbawiona zachowaniem swojego chłopaka Emma.

- Że niby ja... - zaczął, ale urwał, gdy Tonks syknęła z bólu. - Tonks co się dzieje?

- Doro? - powiedział zmartwiony stanem żony Remus.

- Nic, w porządku. Kopią strasznie po prostu. Wcześniej dało się znieść, ale teraz boli bardziej. - wyjaśniła kobieta.

- Jesteś pewna? Może pójdę po uzdrowiciela? - zapytał zmartwiony Remus.

- Na pewno. Nie w każdej ciąży ból jest słabszy Remus. Tym bardziej, że to ciąża bliźniacza. - uspokoiła wszystkich pani Lupin.

- Niech ci będzie. Ale jakby coś to powiedz okej? - odpowiedział jej mąż.

- Jasne. Powiem w razie czegoś. - obiecała.

- Chodź Emi. Tonks niech odpocznie. - uznał po chwili Syriusz.

- Nie błagam. Ja już mam dosyć tu siedzenia. Remus powiedz mu coś. - zaprzeczyła natychmiast pani Lupin.

- Powinnaś odpocząć, ale nie mówię, że mają iść. Decyzja należy do Ciebie kochanie. - wymigał się Lupin.

- Zostaniemy chwilę, ale później faktycznie pójdziemy. - zdecydowała za siebie i Syriusza, Clarke. - powinnaś odpocząć mimo wszystko.

- Niech będzie. - zgodziła się niechętnie pani Lupin.

Ta chwila zmieniła się w prawie cztery godziny. Kiedy Syriusz z Emmą zbierali się do wyjścia Remus również pożegnał żonę, ponieważ planował wrócić trochę wcześniej do domu i pomóc teściowej z dziećmi, aby ta nie przemęczała się za bardzo  opieką nad jego i Nimfadory dziećmi. Wiedział,  że chłopcy i Kathrine potrafią wykończyć nawet jeśli się z nimi nie biega.
Gdy wszedł do domu i przywitał się z dziećmi poczuł, że pieką się ciastka jego teściowej.

- Tatusiu, a my mamy dla Ciebie niespodziankę. - powiedziała zachwycona Kate.

- Tak? A jaką? - zapytał ciekawy z uśmiechem.

- Babcia i Colin upiekli ciasteczka, a ja i Ted pomagaliśmy przy kolacji. - odpowiedziała dumna pięciolatka.

- Cieszę się skarbie. - odpowiedział. - Zaraz przyjdę do was tylko się przebiorę, dobrze?

- Yhym. - odparła i pobiegła w głąb salonu.

- Dzieci,  a pamiętacie naszą umowę? - zapytała Andromeda wnuczęta.

- Tak. Mamy ładnie zjeść kolację i dostaniemy ciastka jak wystygnął. - odpowiedziało rodzeństwo.

- I prawidłowo. Idźcie się bawić.

Gdy pobiegli do zabawy Remus odezwał się do teściowej.

- Mam nadzieję, że nie dali Ci mocno w kość? Porozmawiam z nimi w razie czego.

- Nie. Nie przejmuj się. Byli grzeczni jak aniołki. - odpowiedziała starsza kobieta.

- Chyba aniołki z rogami. - stwierdził rozbawiony. - Wiem jak potrafią zajść za skórę. Jeśli chcesz odpocząć to powiedz. Wróciłem to się nimi zajmę.

- Nie. Ty się musisz skupić na Dorze. Poza tym mówiliście, że się przeprowadzacie. - uznała kobieta.

- Planujemy. Póki co jutro idę obejrzeć trzy domy, może uda mi się któryś kupić. - odparł.

- W takim razie zostanę z dziećmi. - powiedziała.

- Nie musisz. Możesz iść do Dory. Ginny przyjdzie z James'em, Albus'em i Lily. - zaprzeczył i wytłumaczył Lupin. - Dzieciaki chciały się pobawić, a Gin nie ma za dużo pracy, więc zaproponowała,  że się nimi zajmie. Zresztą nie powinnaś tyle robić. Potrzebujesz spokoju i odpoczynku.

- Chcę wam tylko pomóc. - odpowiedziała.

- Wiem. I już pomagasz dużo. Ale powinnaś odpocząć. - powiedział.

- Nie chcę odpoczywać od niczego. - zaprzeczyła kobieta.

- Możemy pójść na kompromis i pomożesz Ginny się trochę nimi zająć, ale nie będziesz się przemęczać. Ginny mi doniesie wszystko,  a jak nie ona to dzieciaki przekonam. - zaproponował Remus swojej teściowej.

- Niech będzie. - zgodziła się.

Po szybkim prysznicu i kolacji Andromeda ponownie położyła swoje wnuki spać uprzednio czytając im bajkę z "Baśni tysiąca i jednej nocy" pt. "Opowiadanie o lisie, wilku i człowieku". Kiedy sama zasnęła w sypialni córki i zięcia było już po północy.

Remus natomiast wciąż nie spał zastanawiając się co mógłby zrobić jeszcze dla swojej żony i dzieci. Wciąż nie dawała mu spokoju pewna myśl. Nie był pewien, czy zapewniał wystarczające bezpieczeństwo swojej rodzinie. W tych rozmyślaniach nie zauważył, że Kathrine jednak nie śpi i podeszła do kanapy na której miał zamiar spędzić kolejną noc z rzędu.

- Tatusiu. - odezwała się dziewczynka szeptem szturchając ojca w ramię.

- Co się dzieje? Czemu nie śpisz? - zapytał zmartwiony.

- Bo jak bawiliśmy się z babcią to ona powiedziała, że jest i będzie z nami wszędzie jeśli tylko będziemy w to wierzyć. No i ja cały czas nie wiem co to znaczy. - powiedziała.

- Babcia Wam coś takiego mówiła? - zapytał zdziwiony. Znał swoją teściową i wiedział, że ona raczej nigdy nie mówi w zagadkowy sposób i woli mówić wprost.

- Yhym. Co to znaczy? - zapytała dziewczynka. - Czy babcia umiera?

- Nie kochanie. Nie denerwuj się niczym. - odpowiedział Remus. - Wiesz,  starsi ludzie tacy jak babcia mają to do siebie,  że często mówią coś czego nie rozumiesz będąc mała. Ale jak będziesz starsza to zrozumiesz więcej niż może się wydawać. A teraz chodź już spać. - powiedział wstając, aby zaprowadzić córkę do jej łóżka.

- A nie mogę spać z tobą tutaj? - dociekała.

- Nie kochanie. Masz swoje łóżeczko, poza tym nie mieścimy się tu oboje. A zresztą nie wyśpisz się tu wiesz? - odpowiedział jej ojciec.

- No dobrze. - odpowiedziała i pozwoliła ojcu odprowadzić się do pokoju. - A opowiesz mi krótką bajkę? Proszę tatusiu. - zaczęła prosić,  gdy leżała już w swoim łóżku.

- Nie teraz skarbie. Jeszcze obudzimy chłopców. - odpowiedział zmęczony. - Mogę zamiast tego zrobić Ci ciepłe kakao, okej?

- Dobrze, ale zrobisz mi z piankami? - zapytała robiąc do ojca "słodkie oczka".

- Niech Ci będzie. - odpowiedział zrezygnowany w duchu przeklinając fakt iż jego córka odziedziczyła naturalne oczy jego żony.

Po zrobieniu kakao i daniu go córce Remus poczekał aż dziewczynka wypije i zaśnie. Kiedy już spała udał się na kanapę, gdzie tym razem zasnął dość szybko, bo gdy zasypiał zegar wybijał pierwszą trzydzieści w nocy...
Rano po śniadaniu i wszystkich innych codziennych czynnościach, Remus zajął się swoimi dziećmi. Gdy dwadzieścia minut przed szesnastą przyszła Ginny z dziećmi po pożegnaniu i poproszeniu Ginny, aby przypilnowała Andromedę, żeby odpoczęła, teleportował się pod dom Syriusza. Następnie razem z Blackiem i jego dziewczyną teleportował się pod pierwszy adres. Kiedy obejrzeli dwa pierwsze domy nie byli zbytnio nimi zachwyceni. W trzecim jednak dostali miłego zaskoczenia, ponieważ wyglądał przepięknie. Był biały, z czerwonym dachem i miał piętro/poddasze. Przed budynkiem przywitało ich miłe małżeństwo, a następnie oprowadzili ich o całym domu i ogrodzie,  w którym znajdowała się śliczna altanka. Dom na parterze posiadał wejście do piwnicy, ogromny salon z aneksem kuchennym i wyspą, sypialnię małżeńską z wielkim łóżkiem, łazienką, w której była zarówno kabina prysznicowa jak i wanna, i garderobą, łazienka z prysznicem, biblioteczkę, oraz niezagospodarowany pokoik, w którym znajdowały się materace oraz regał z różnymi mugolskimi sprzętami do gier. Na piętrze natomiast było dziesięć pokoi i łazienka na samym końcu korytarza. Po zwiedzaniu znaleźli się z powrotem przy Grimmauld Place 12, Black zaproponował przyjacielowi, aby wszedł na chwilę i obgadał z nim i Emmą jaką podjąć decyzję.

- Myślę, że ten trzeci jest idealny. - wyraził swoją opinię czarnowłosy.

- Też tak myślę, do tego jest nie taki drogi. - przyznał Remus. - Ale wolałbym szczerze mówiąc,  żeby Dora mogła tam być z nami. Bez niej nie chcę podejmować tej decyzji. - dodał.

- Jeny Luniek,  a Ty znowu to samo... Dorośnij stary, ona nie jest Twoją matką ani nic,  żebyś musiał wszystko z nią ustalać... - stwierdził Syriusz.

- Syriusz zamknij się. Tonks jest jego żoną, więc też powinna brać udział w takich sprawach jak kuno nowego domu. - skarciła mężczyznę Clarke.

- Dobra no. Idziesz teraz do domu, czy do Tonks?

- Na chwilę do Dory, powiem jej co i jak,  a potem wracam do domu, bo Ginny jest sama z Andromedą i dzieciakami. - odpowiedział pan Lupin.

- Jak wolisz. - skwitował Syriusz.

Po jeszcze kilkunastu minutach wizyty Remus udał się do swojej żony i streścił jej wszystko, pomijając oczywiście teksty Syriusza z Grimmauld Place. Nimfadora mimo wszystko zgodziła się z mężem co do wyboru ich wspólnego, nowego domu. Będąc już w domu przywitał się z teściową i dziećmi oraz podziękował w krótkiej rozmowie Ginny za pomoc. Późno w nocy, po uśpieniu dzieci, udał się pod prysznic, przebrał w piżamę, na którą złożyły się dresy i T-shirt, a następnie poszedł spać.









Okej, w końcu poznaliście Emmę oraz mniej więcej możecie wyobrazić sobie nowy dom Remusa i Dory. Nie jestem zbyt dobra w opisach, ale myślę, że lepiej gdybyście sami mogli wyobrazić sobie ich nowy dom. Osobiście nie znoszę wklejać gotowych zdjęć zamiast opisu, ale mam nadzieję, że oddałam opis ich domu z mojej wyobraźni, choć w malutkim kawałku...

Następny rozdział w wigilię lub dzień wcześniej. Szykujcie się na kolejny bonus, tym razem z okazji mikołajek :)

Swoją drogą to kto jak ja nie potrafi uwierzyć,  że już mamy grudzień? Jeszcze niedawno był marzec... 

Ale już bez mojego przedłużania, bo się zanudzicie hahah

niedziela, 15 listopada 2020

Teściowa w szpitalu

~ - Dobranoc dzieci. - powiedział i wyszedł z pokoju swoich pociech. ~

O siódmej rano Remus wstał i mając nadzieję, że jego dzieci wstaną za co najmniej godzinę udał się pod prysznic. Śpiesząc się nie zabrał nic poza ręcznikiem,  więc po prysznicu ubrał jedynie czyste bokserki, które miał w łazience i wyszedł z mokrymi włosami z łazienki chcąc zabrać szybko koszulkę i spodnie. Nie wiedział jednak, ze jego najstarszy syn już nie śpi i czeka na niego w sypialni chcąc, aby ojciec zrobił mu śniadanie.

- Yyy coś się stało Ted? - zapytał lekko zmieszany mężczyzna.

- Jestem głodny, a Kate i Col jeszcze śpią. Zrobisz mi coś do jedzenia?

- Poczekaj w kuchni okej? I obudź wcześniej rodzeństwo. Idziemy po śniadaniu do mamy na chwilę i później zabiorę Was do cioci Ginny tym razem. Muszę później iść do babci Dromedy.

- A nie możesz nas zostawić u mamy? - zapytał chłopiec z nadzieją.

- Mama musi odpoczywać. Ciocia Ginny się Wami zajmie, a ja muszę powiadomić o wszystkim babcię Dromedę Ted. Obiecuję, że następnym razem cały dzień spędzimy u mamy okej?

- No dobra. - powiedział chłopiec i wyszedł z pomieszczenia.

Gdy chłopiec wyszedł mężczyzna odetchnął. Następnie się ubrał i udał się do kuchni,  gdzie jak się okazało jego dzieci czekały w piżamach na śniadanie.

- A nie zapomnieliście się ubrać? - zapytał lekko rozbawiony.

- Nie wiem w co. - odpowiedziała mu córka. - Mama zawsze mi wieczorem ubranka szykuje na rano.

- Było mówić Kate. Wiesz,  że nie jestem mamą. Nie wiem co ona robi jak mnie nie ma,  albo nawet jak jestem. Ja wam zawsze czytałem bajki i usypiałem, lub wstawałem. Czasem szykowałem jedzenie. Wszystko inne to mama. - odpowiedział jej ojciec.

- Zapomniałam. Przepraszam.

- Nie przepraszaj. Nie masz za co. Równie dobrze sam mogłem Was podpytać. - uznał Remus,  a następnie dodał. - A ty Col, czemu nie ubrany?

- Nie chciało mi się ubierać. Głodny jestem.

- Wiesz, że mama nie pozwala jeść w piżamach. Idź się ubierz. Zrobię śniadanie i zaraz pójdę też znaleźć coś Kate. - zadecydował.

- Tatusiu,  ale nie ma mamy. Możemy dzisiaj zrobić sobie luźniejszy dzień i ubrać się po śniadanku? Jestem bardzo głodna.

- Tak, prosimy... - dodał Col.

- Pod warunkiem, że ani słowa nie piśniecie mamie. - zgodził się.

- Obiecujemy. - powiedziała pięciolatka.

- Dobra siadajcie. Co chcecie jeść?

- Naleśniki! - wykrzyknęła uradowana dziewczynka.

- Niech będzie. - odpowiedział ze śmiechem Lupin, a zaraz op tym zabrał się za szykowanie śniadania sobie i dzieciom.

Po zjedzeniu Remus pomógł córce wybrać ubrania oraz je założyć, a następnie oczekując aż jego synowie się uszykują poszedł do sypialni spakować żonie ubrania. Z braku jakiegokolwiek zajęcia Kathrine podążyła za nim.

- Co robisz tato? - zapytała ciekawa.

- Mama prosiła mnie, żebym przywiózł jej trochę ubrań i książek. - oznajmił.

- Mogę Ci pomóc pakować? - zapytała dziewczynka.

- Pewnie. Pójdź do biblioteczki, cały trzeci regał po lewo od wejścia to kryminały,  mama je bardzo lubi to wybierz jej kilka może? Ja w tym czasie spakuję jej ubrania. - zaproponował.

- Okej, ale ja nie umiem za bardzo czytać. Co jak mamie się nie spodobają? - zaniepokoiła się.

- Jestem pewien, że się spodobają. Mama uwielbia wszystkie książki tej autorki, a akurat cały ten regał jest w jej książkach. A książki możesz wybrać patrząc na okładki. Weź ich tyle ile dasz radę unieść, okej? - pocieszył córkę.

- No dobrze. - odparła i udała się do wcześniej wspomnianego pomieszczenia.

Po około godzinie wszyscy byli gotowi, więc Remus z dziećmi  udał się ponownie w odwiedziny do Nimfadory.

- Hej. Dajecie sobie radę? - zapytała po ich wejściu pani Lupin.

- Pewnie. Jak się czujesz mamo? - odpowiedział za wszystkich Teddy.

- W porządku. - odpowiedziała kobieta.

- Widzę,  że ktoś tu chyba jeszcze jet z Tobą. - stwierdził jej mąż.

- Tak. W nocy przywieźli jakąś kobietę w pierwszym trymestrze. A dzisiaj przed śniadaniem dorzucili nam upierdliwą nastolatkę. - odpowiedziała.

- A gdzie one są? - zapytał ciekawy.

- Lisa na badaniach, a ta smarkula nie mam pojęcia. Dla mnie lepiej jak ona i jej matka tu nie wrócą.

- A coś się stało? Nie denerwuj się tak.

- Lisa i ja potrzebujemy spokoju,  jak otworzymy sobie okno uchylnie to zaraz nam zamyka ta baba, bo cytując "jej córeczka się przeziębi". Słowo daję, jeszcze trochę a ja jej coś zrobię Remus. - powiedziała poddenerwowana.

- Spokojnie. Nie możesz się denerwować.

- Jak mam być spokojna do cholery? - odpowiedziała zła kobieta.

- Mamo nie denerwuj się na tatę. - powiedziała Kate. - Może tata porozmawia z tymi paniami i one przestaną?

- Skarbie już próbowałyśmy. To nic nie da.

- Spokojnie Doro. W razie potrzeby porozmawiam z uzdrowicielem, żeby ją przenieśli.

- Myślałam o tym, ale z tego co wiem to rzadko przystają na coś takiego.

W tym momencie do sali wróciła Lisa. Kobieta była blondwłosą, niebieskooką i dość szczupłą kobietą. Była niewiele wyższa od Tonks. Remus jednak nie zwrócił na nią większej uwagi witając się z nią jedynie z grzeczności co w duchu bardzo spodobało się Dorze,  która mimo,  że wiedziała o lojalności i wierności męża miała szanse przekonać się, że nie zwróciłby on uwagi na kilka lat młodszą od niej kobietę.

- Ta wariatka dalej tu jest? -zagadała kobieta do Tonks.

-Niestety. Teraz przynajmniej wyszła gdzieś. - odpowiedziała Lisie.

- Niech nie wraca,  spokój będzie. - odpowiedziała Lisa, po czym zwróciła się do Remusa. - Rozumiem, że pan jest mężem Tonks?

- Tak. Remus Lupin. - przedstawił się.

- Melisa Wood. Ale można mówić mi Lisa.

Nie mieli szans na dalszą i spokojną rozmowę, ponieważ wróciła ostatnia pacjentka wraz z matką.

- Kto tu wpuścił jakieś bachory? To szpital, jak tak można!

- Sama jesteś bachor. Mój brat, ja i moja siostra nimi nie jesteśmy! - odpyskował jej Theodor.

- Ted. - upomniał go ojciec.

- Ma racje. Nie wiem co ty chcesz od niego. - odpowiedziała jego żona.

- Przecież nie mogą tak pyskować innym. Najlepiej nie reagować na takich ludzi.

- Ale nie Ty Remusie z nimi wytrzymujesz. Ja już mam dość! - odpowiedziała mu żona po czym złapała się za brzuch czując niezbyt przyjemny,  ale lekki ból.

- Doro? - zapytał zaniepokojony.

- Mamo co się dzieje? Powiedz coś mamo! - zaczął panikować Colin.

- Już okej. Zdenerwowałam się za mocno.

- Nie możesz się w ogóle denerwować. - powiedział zmartwiony Remus.

- Wiem. Już w porządku. - odpowiedziała mu żona.

W tym momencie do sali wszedł ojciec nastolatki wraz z jej dwiema siostrami. Jej matka po chwili wyszła z sali,  aby udać się do domu i odpocząć, z kolei jej ojciec miał zostać i się nią zająć.

- Tato zamknął byś okno? Zimno mi, będę chora. - zaczęła dziewczyna myśląc,  że ojciec podobnie jak matka będzie jej usługiwał.

- Nie licz na to. Zachciało i się bawić w matkę,  jakby mało było problemów. - odpowiedział.

- Poza tym tu jest gorąco. - uznała jej najmłodsza siostra.

- Cicho bądź smarkulo.

- Jak ty się wyrażasz? - bronił najmłodszej córeczki jej ojciec.

- Normalnie. - burknęła nastolatka.

Ted w tym czasie postanowił zaryzykować i szturchnął brata pokazując mu "na migi" co chce zrobić. Colin zrozumiał i z ochotą pokiwał głową.

- Col spróbujesz szerzej te okno otworzyć? Chociaż tak może mama będzie miała tu więcej świeżego powietrza. - poprosił brata.

- Jasne. - odpowiedział młodszy z braci i spełnił prośbę brata. - Katie chcesz może czekoladę? 

- Yhym. Ale nie chcę stąd iść. Chcę zostać przy mamie. - odpowiedziała nieświadoma planowanego przez braci dowcipu dziewczynka.

- Żadnej czekolady! - oburzyła się nastolatka. - Od słodkiego zapachu mam mdłości.

- A co nas to? Nie jesteś naszą mamą, ani tym bardziej tatą. Nie rozkażesz nam. - odpowiedział Theodor.

- Teddy bądź milszy. - powiedział Remus domyślając się co planują chłopcy.

- Oj dobra. Dasz nam tato na czekoladę?

- Przyniesiecie też mamie herbatę i mi kawę? - poprosił wiedząc,  że przy mdłościach najgorszy jest zapach kawy w czasie ciąży. Tą prośbą mężczyzna uświadomił swojej żonie, że ich synowie planują dowcip.

- Pewnie. - odpowiedział Ted. - Weźmiemy na wynos.

- I weźcie cioci Lisie też jakąś herbatę. - powiedział synom puszczając żonie i jej nowej znajomej oczko na co obie kobiety po cichu się zaśmiały.

- Najlepiej jaśminową chłopcy. - dorzuciła Lisa. 

- Okej. - powiedzieli i z pieniędzmi od ojca wyszli z sali mamy udając się do szpitalnego baru. Chwilę później Remus wyszedł za nimi, aby pomóc synom zanieść wszystko.

Po powrocie do sali żony Remus z synami rozdał napoje Lisie, Kate i Tonks, dodatkowo chłopcy dodatkowe dwie czekolady dali siostrom ciężarnej nastolatki, która próbując się ponownie kłócić i doprowadzając Nimfadorę do kolejnego skurczu została zgaszona przez Remusa. Dodatkowo najstarszy Lupin zastrzegł małolatę, aby dała sobie spokój z dalszym rządzeniem się w sali, ponieważ nie jest w niej sama co chwilowo uspokoiło dziewczynę.

- Dobrze dzieciaki, chodźcie. Ciocia Ginny pewnie już czeka na Was. - powiedział po kolejnej godzinie Remus. - Obiad nawet u niej zjecie. Ja muszę iść do babci, więc Wami się zajmie ciocia i może jeszcze wujek jak wróci z pracy.

- Jeszcze chwilkę. Prosimy. - powiedziała natychmiast Kathrine.

- Nie dzisiaj słońce. Mama musi odpocząć. Chodźcie już. pożegnajcie mamę.

- Pa mamusiu. - powiedziała smutna dziewczynka.

- Pa słońce. Nie smuć się. Jeszcze się zobaczymy. - pocieszyła córkę, specjalnie nie mówiąc jej kiedy nastąpi spotkanie.

- Pa mamo. - pożegnali kobietę jej synowie.

- Pa chłopcy. Słuchajcie taty i cioci dobrze? - poprosiła.

- Jasne mamo. - odpowiedział za siebie i brata Colin.

Chwilę później Remus wraz z dziećmi udał się do Doliny Godryka, aby pod opieką najstarszej pani Potter zostawić swoje pociechy na czas konfrontacji z teściową. Po chwili uprzejmej rozmowy z Ginny teleportował się do domu pani Tonks.

- Remus? Co ty tu robisz? - zapytała starsza kobieta widząc zięcia. - Stało się coś?

- Możemy wejść? Wolę porozmawiać o tym bardziej na spokojnie. - odpowiedział mężczyzna.

- Wejdź. - wpuściła go do domu i poprowadziła do kuchni.

- Usiądź, dobrze? - poprosił.

- Ale co się dzieje? - zapytała spełniając prośbę zięcia.

- Dora jest w szpitalu. Jej ciąża jest zagrożona, ale na ten moment wszystko jest w porządku na tyle na ile się da nad tym zapanować. - oznajmił.

- Ale jak to się stało? Mówiła mi w liście, że wszystko jest dobrze... - powiedziała zaniepokojona kobieta.

- Pamiętasz Logana Walkera? - odpowiedział pytaniem.

- Pamiętam. Ciężko go zapomnieć. Zniszczył mojej córce życie. - odpowiedziała zbita z tropu. - Ale co on ma wspólnego z jej ciążą?

- Wyszedł z Azkabanu. Włamał się do nas niedawno w nocy. Przez to Dora tam trafiła. Nie chciała Cię martwić, a dodatkowo miałem trochę urwania głowy w związku z opieką nad dziećmi i załatwieniem wolnego w pracy, że nie miałem czasu Cię powiadomić. - przyznał mężczyzna. - Przepraszam Dromedo. Nie chciałem nic ukrywać.

- Rozumiem. Ale mogliście wysłać chociaż list. Jak ona się czuje? Co z dziećmi? - powiedziała płacząc.

- Na chwilę obecną wszystko z nimi dobrze. Są w szpitalu Świętego Munga. Zabiorę Cię do nich, ale teraz się uspokój dobrze? - poprosił nie chcąc doprowadzić teściowej do zawału.

- Jestem spokojna. Co z Tedem, Colem i Katie? - zapytała zmartwiona.

- Z nimi wszystko w porządku. Ginny teraz się nimi zajmuje chwilowo. - uspokoił trochę kobietę.

- Zabierz mnie do Dory proszę. - poprosiła ze łzami w oczach.

- Jasne. Chodźmy jak chcesz. - zgodził się.

Po kilkunastu minutach, w czasie których Andromeda ogarnęła się na szybko do wyjścia, Remus z teściową pojawił się w szpitalu. Zaprowadził kobietę dobrze znaną sobie trasą do sali swojej żony.

- Dorka jak Ty się czujesz? - powiedziała zmartwiona kobieta.

- Spokojnie mamo. Nic mi nie jest. Remus miałeś mamę zabrać, ale do nas. A nie ciągnąć ją po szpitalach. - zwróciła się do matki a następnie do męża.

- I bądź tu człowieku dobry, czy cierpliwy. - mruknął cicho co jednak jego żona usłyszała i posłała mu rozdrażnione spojrzenie. - Mama chciała Cię zobaczyć to co miałem zrobić? Nie zamknę jej nigdzie,  jest dorosła.

- Mamo wróć z Remusem do nas do domu dobrze? Pomożesz mu z dziećmi. - podała zmyślony powód. W rzeczywistości kobieta martwiła się o swoja matkę i nie chciała jej zostawiać samej.

- Oczywiście. - odpowiedziała jej matka nie doszukując się kłamstwa córki.

Godzinę później Andromeda wraz z Remusem teleportowała się. Mężczyzna jednak nie zrobił tego do domu swojego i Tonks, gdzie udała się kobiet,  jednak zamiast tego udał się do Potter'ów, aby odebrać swoje dzieci.

- Zostaniemy jeszcze chwilę tatusiu? - poprosiła Kathrine, która chciała pobawić się dłużej z Lily,  która była jej rówieśniczką.

- Nie dzisiaj słońce. Babcia na Was czeka w domu. - powiedział jej.

- Babcia Dromeda? - zapytał zachwycony Colin, który uwielbiał ciastka wypiekane przez Andromedę.

- Tak. Dlatego chyba lepiej,  żeby długo babcia nie czekała, prawda? - odpowiedział synowi.

Zaraz po tym dzieciaki zebrały się w dziesięć minut jednocześnie pobijając swój rekord,  który wcześniej wynosił piętnaście minut. Niedługo późnej cała trójka wraz z ojcem wróciła do domu, w którym od progu powitała ich starsza czarownica.

- Idziesz jutro do Dory? - zapytała cicho zięcia kobieta,  gdy jej wnuki poszły umyć ręce, a ona pod pretekstem pomocy poprosiła Remusa do kuchni,  gdzie szykowali kolację.

- Tak. Ale dopiero po południu myślałem. Rano ma mieć dodatkowe badania,  a poza tym chciałem jeszcze dzieciaki podpytać o imiona dla małej, bo z Dorą nie mamy pomysłów za bardzo. - odpowiedział.

- To znacie już płeć? - zapytała ciekawa.

- Chłopiec i dziewczynka. - odpowiedział. - Dla małego zdecydowaliśmy póki co Jackob,  a na drugie Lucas. Tylko dla dziewczynki nie wiemy.

- To wasza decyzja,  ale mi ostatnio spodobało się Suzanne. - zasugerowała.

- Weźmiemy pod uwagę na pewno. - odpowiedział uśmiechając się do teściowej lekko.

Po  kolacji i kolejnej bajce tym razem przeczytanej przez babcię, dzieci zasnęły. Remus nie chcąc, aby teściowa męczyła się na kanapie, uszykował jej czystą pościel w swojej i Tonks sypialni.

Kolejnego dnia z rana podpytał dzieci o imiona, które się im podobają dla dziewczynek. Ze wszystkich wymienionych spodobało mu się najbardziej Rose, Melania  oraz Aurelia. Kiedy powiedział o rozmowie z teściową i dziećmi żonie ta uznała,  że najbardziej podoba jej się imię Suzanne. Z kolei jako drugie imię swojej córeczki wybrali wspólnie Melania. Wyglądało na to,  że wszystko zaczęło się układać...



Hejka, miałam go dodać trochę wcześniej, ale nie dałam rady. Ostatnio sporo mam zmartwień i problemów, więc nie mam za bardzo czasu i siły na pisanie.

Mam nadzieję, że rozdział przypadł komukolwiek do gustu. Wiem, że miałam go napisać inaczej i miała być kłótnia, ale uznałam, że nie będę wprowadzać tylu emocji jednocześnie. Spokojnie, kłótnia będzie, ale trochę później.

Miłego wieczoru/dnia, dużo zdrowia i pozdrawiam ciepło ❤

sobota, 31 października 2020

BONUS

20 luty 1996 rok

Dochodziła druga w nocy. Wszyscy członkowie Zakonu Feniksa czekali już tylko na ich przywódcę i zastępcę dyrektora Hogwartu Albus'a Dumbledore'a. Mowa tu oczywiście o Alastor'ze "Szalonookim" Moody'm. Na Grimmauld Place 12 w ciągu ostatniego roku było często głośno. Syriuszowi,  który zmuszony był się ukrywać w tym miejscu nie przeszkadzało żadne towarzystwo. W końcu gdyby nie spotkania Zakonu w jego domu oraz wizyty przyjaciela,  a czasem nawet córki jego kuzynki już dawno by oszalał z samotności. Kilka minut po drugiej w nocy w końcu przyszedł Moody.

- Szalonooki nie można było zebrania zrobić o normalnej godzinie? - zapytała jako pierwsza Tonks. - Niektórzy jutro pracują i przez Ciebie będą wyglądać jak zombie.

- Tobie to nie grozi,  bo możesz to zakamuflować. - odparł jej niezbyt miło były auror. - A w ciągu dnia możemy być śledzeni. 

- Dobra skończcie już. - powiedział śpiący Syriusz. - Odbębnijmy spotkanie i idę spać.

- Kingsley masz ten raport? - powiedział Moody kierując swoje magiczne oko na aurora i ignorując ogólne narzekania.

- Tak,  mam. - powiedział mężczyzna.

Po zdaniu wszystkich raportów i ogólnym ustaleniu ważnych informacji Moody poprosił o zostanie tym razem tylko trójkę członków Zakonu. Konkretnie byli to Remus Lupin, Syriusz Black i Nimfadora Tonks.

- Co się stało? - zapytał pierwszy Remus.

- Nie uwierzę,  że masz zadanie dla nas, bo mi nikt nie daje wyjść z tego więzienia. - dodał Black.

- Chciałbym najpierw pogadać z wami dwoma dlatego idź na górę Tonks. Zawołam Cię za niedługo.

- To mnie obudź,  bo pójdę się przespać chociaż kilka minut. - odpowiedziała młoda metamorfomag.

- Dobra, idź. - odesłał ją Alastor.

Gdy kobieta zamknęła drzwi od sypialni na pierwszym piętrze Moody zaczął rozmowę.

- Musimy pogadać o Tonks. Dlatego ją odesłałem. Martwię się o nią. - oznajmił bez przysłowiowego owijania w bawełnę.

- A co z nią? - zapytał Syriusz.

- Ona nie jest sobą zauważyliście?

- Fakt, ostatnio mam wrażenie,  że dziwnie się zachowuję. - przyznał Remus.

- Dziwnie to znaczy? - zainteresowali się pozostali mężczyźni.

- Jak z nią rozmawiałem to czasem gdy na chwilę traciła kontrolę nad swoją metamorfomagią od razu prawie przestawała się śmiać, czy cokolwiek. Jakby bała się, że ktoś coś odkryje. Nie wiem jak mam wam to wyjaśnić,  ale jestem pewny, że ona się czegoś może obawiać. Pamiętasz Alastor jak raz nie przyszła na wezwanie na spotkanie Zakonu co Kingsley powiedział, że nie było jej tego dnia w biurze, bo miała wolne? - wyjaśnił Lupin.

- Pamiętam i co?

- Poszedłem do niej tak jak prosiłeś. Jak mi otworzyła drzwi to widziałem w jej oczach strach, który szybko ukryła, a na twarzy miała ślady łez jakby płakała. Wmawiała mi, że wszystko w porządku, ale, że nie powinienem tam przychodzić. Myślę, że coś się może u niej dziać, ale ona się boi o tym komukolwiek powiedzieć.

- Słuchajcie Tonks ma tego całego narzeczonego co nagle z choinki się urwał prawda? - powiedział Syriusz. - Może on coś by wiedział?

- Albo to on jej coś robi i ją zastrasza. - dodał Szalonooki. - Musimy to sprawdzić.

- Ale jak? Ona nam nic nie powie. A nie możemy naciskać, bo inaczej zamknie się w sobie i niczego się już nie dowiemy.

- Może ja bym z nią pogadał o tym facecie? Pod pretekstem poznania go w jakiś sposób, bo powiem, że jako jej wujek chcę się o nią troszczyć, czy coś.

- Nawet nie głupi pomysł. Jak się czegoś dowiesz to powiedz nam później.

- Jasne. Pogadaj z nią też. - powiedział Łapa i poszedł do swojego pokoju na drugim piętrze. 

Lupin udał się po nim do jednego z wolnych pokoi,  które zajmował, aby spróbować się jeszcze przespać. W momencie,  gdy mężczyźni wyszli z kuchni Moody wyszedł z nimi,  aby obudzić Tonks. Po krótkiej rozmowie z kobietą poszedł do siebie, z kolei zmęczona metamorfomag poszła z powrotem się położyć i złapać jeszcze z godzinę snu.

Kolejnego dnia po pracy Tonks wiedząc, że jej narzeczony ma od rana całodobowy dyżur w Szpitalu Świętego Munga i nie będzie go w domu postanowiła skorzystać i zanocować u swojego wujka przy okazji dotrzymując mu jakiegoś towarzystwa.
Kiedy zjawiła się na Grimmauld Place 12 od razu powitał ją rozradowany Syriusz.

- Nimfadorka? - powiedział specjalnie Łapa wiedząc, że kobieta nie znosi swojego imienia.

- NIE MÓW. DO MNIE. NIMFADORKA,  ANI ŻADNYM INNYM ZDROBNIENIEM CZY MOIM PEŁNYM IMINIEM SYRIUSZU! - zawołała oburzona aurorka.

- Dobra no. Chciałem tylko,  żebyś mi opowiedziała o tym swoim Romeo, który ma być twoim mężem.

- Co chcesz wiedzieć o Loganie?

- Okej imię już nam to więc tak: nazwisko, status majątkowy,  bo musze wiedzieć, czy nie ma długów, wszystko  jego rodzince i...

- Syriusz przystopuj. Logan ma na nazwisko Walker. Jest uzdrowicielem, ale ma wiele znajomości w ministerstwie. Ma tylko rodziców. A więcej nie musisz wiedzieć, a poza tym nie chcę o tym rozmawiać.

- Dlaczego?

- Bo nie. Proszę odpuść.

- Powiedz mi jeszcze tylko czy jesteś z nim szczęśliwa? - Przez dłuższą chwilę kobieta myślała. Nie chciała nikomu mówić o piekle jakie przeżywa, ale jednocześnie chciała, aby ktoś jej pomógł. Już dawno nie kochała swojego narzeczonego. Właściwie nigdy nie darzyła go uczuciem,  bo to właśnie on ją wykorzystywał i to on się zakochał bardziej. A przynajmniej na początku takie miała wrażenie. Teraz już doskonale wiedziała, że mężczyzną którego kocha jest przyjaciel jej wujka - Remus. Jednak nie chciała nikomu o tym powiedzieć ze strachu o rodziców. Wiele razy już, gdy próbowała się opierać lub bronić przed Walker'em ten groził jej, że zrobi coś jej ojcu i matce. Dlatego właśnie już nie reagowała. Czekała aż skończy, po czym nocami płakała bezgłośnie. Postanowiła, że mimo wszystko nie powie o niczym. Jednak jej milczenie wystarczyło Syriuszowi, aby włączył mu się tryb troski i chęci ratunku. - Tonks? Co się dzieje? Ten mężczyzna coś Ci zrobił? Powiedz mi. Pomogę Ci.

- Wszystko w porządku. - skłamała. - Pójdę zrobić herbatę. Też chcesz? - zmieniła temat.

- Na pewno dobrze?

- Tak.

- Niech Ci będzie. Zrobisz mi dwie herbaty? Luniek ma przyjść niedługo.

- Jasne.

Później już nigdy nie wrócili do tematu Logana. Nawet po przyjściu Lunatyka. Kobieta jednak nie wiedziała, że jej wujek wraz z Szalonookim i Lupinem planują pomóc jej bez jej wiedzy. Jednocześnie nie miała pojęcia,  że uratuję ją to kiedykolwiek od tego piekła.

17 kwietnia 1996 rok

Dzisiaj odbywała się rozprawa przeciwko Loganowi. Nimfadora obecnie mieszkała w domu Black'ów razem ze swoim wujkiem i jego przyjacielem Remusem. Była wdzięczna obu mężczyznom za wsparcie jakie jej okazali. 

Dwie godziny przed planowaną rozprawą Tonks wraz z Remusem była już w Ministerstwie Magii. Po obowiązkowym potwierdzeniu tożsamości udali się na salę,  gdzie czekali godzinę na rozpoczęcie rozprawy. Jako oskarżyciel Tonks siedziała blisko Amelii Bones, która prowadziła sprawę. Właśnie dlatego pani Bones wyraziła zgodę na udział Remusa w rozprawie. Był tam w roli wsparcia Tonks, jednak w papiery Amelia wpisała swojego kolegę ze szkoły jako świadka koronnego*. Dzięki temu mogli uniknąć problemów z niezbyt lubianym wówczas Ministrem Magii.

- Rozprawa z dnia siedemnastego kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku. Godzina czternasta trzydzieści. - zaczęła Bones. - Otwieram rozprawę ostateczną przeciwko Loganowi Walkerowi. Stawił się oskarżony Logan Walker doprowadzony z aresztu śledczego. Oskarżyciele: Nimfadora Tonks, ofiara i auror śledczy,  Amelia Bones, szefowa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów oraz Alastor Moody, emerytowany auror. Stawił się także świadek Remus John Lupin,  były profesor Obrony Przed Czarną Magią w Hogwarcie. Zarzuty?

- Oskarżony znęcał się fizycznie i psychicznie nad swoją ofiarą i jednocześnie byłą już narzeczoną Nimfadorą Tonks. - zarzucił sprawnie Moody.

- Czy przyznaje się Pan do zarzucanych czynów panie Walker? - zapytała opanowana kobieta.

- Nie. Ona sama chciała. - odpowiedział pewny siebie.

Przez kolejne dwadzieścia minut przesłuchania Loganowi zadawano kolejne pytania. Nie przyznawał się do żadnego z zarzucanych mu czynów,  więc Tonks zaczęła bać się,  czy aby na pewno jest bezpieczna. W końcu Amelia zwróciła się do niej z pytaniem.

- Pani Tonks, czy mogłaby pani opowiedzieć co ten mężczyzna pani zrobił? - zapytała. - Jak wyglądała Wasza relacja?

- No więc... Poznaliśmy się trzy lata temu. Byłam wtedy w środku kursów aurorskich. Na początku było w porządku. Ale niedługo po tym jak zamieszkaliśmy razem... - zaczęła łamiącym się głosem. - Zmienił się. Zaczął od częstego krzyczenia na mnie o byle co. Ciągle coś mu nie pasowało. W końcu miałam dość i chciałam odejść, ale on zagroził mi, że jeżeli to zrobię to zrobi coś moim rodzicom. Nie chciałam ich narażać. Dlatego z nim zostałam. Jakiś czas później mnie wykorzystał. Zaczął robić to często, a pomiędzy tym często też mnie bił. - powiedziała kobieta patrząc w dal ze łzami w oczach.

- W jaki sposób Panią wykorzystywał? - zapytała w miarę delikatnie.

- Nie chcę o tym mówić, proszę. - powiedziała zapłakana już kobieta.

- Czy zgwałcił kiedykolwiek panią? - zapytała Madame Bones.

Nimfadora nie będąc w stanie odpowiedzieć pokiwała jedynie przecząco głową.

- Niech pani opowie w takim razie w jaki sposób to robił. Nie musi pani podawać szczegółów.

- Obmacywał mnie... Zmuszał, żebym mu sprawiała przyjemności... Ale raz spróbował mimo wszystko mnie.. zgwałcić. - dokończyła ledwo przez zaciśnięte gardło. - Nie udało mu się to, bo Moody i Remus mi pomogli. Przyszli wtedy do mnie do domu. Uratowali mnie... - wyjaśniła płacząc.

Po złożeniu zeznań i naradzie Wizengamotu nastąpiło ogłoszenie wyroku skazującego. Logan Walker został skazany na 15 lat więzienia Azkabanu.

Roztrzęsiona opuściła salę rozpraw u boku Remusa. Mężczyzna cały czas wspierał ją. Za nimi z sali wyprowadzany przez trzech aurorów był Walker.

- Zniszczę cię suko! Zobaczysz jesz... - zaczął się odgrażać skazany przed chwilą wyrywając się współpracownikom Tonks. Ci jednak nie pozwolili mu zbliżyć się do koleżanki. Mężczyzna ucichł pod wpływem zaklęcia partnera zawodowego Tonks - Sturgis'a Podmore'a - zanim dokończył zdanie.

- Spokojnie. Już po wszystkim. Jesteś bezpieczna Doro. - powiedział ciepłym głosem Remus przytulając kobietę. - Chodź. Wracamy do domu. Łapa pewnie chce już wiedzieć wszystko.

- Remusie nie mów mu o niczym. Nikt nie może się dowiedzieć. Proszę. - powiedziała załamana kobieta.

- Dobrze, jak wolisz. Chodźmy.

- Poczekajmy jeszcze na Moody'ego. On też nie może nikomu powiedzieć tego co usłyszał. - powiedziała.

- Jak wolisz.

Po obietnicy złożonej przez Alastor'a udali się do Atrium Ministerstwa skąd planowo mieli udać się do Kwatery Głównej Zakonu Feniksa. Jednak kobieta nie miała siły się tłumaczyć,  ani rozmawiać ze swoim wujkiem dlatego poprosiła.

- Remusie zabierz mnie gdzieś indziej. - poprosiła.

- Ale gdzie? Mięliśmy wracać do domu Wąchacza.

- Nie mam siły, żeby jeszcze z nim rozmawiać. A do domu nie chcę wracać. Boję się tych wspomnień...

- Dobrze. W takim razie zaufaj mi i chodź ze mną. - odpowiedział delikatnie.

Złapał kobietę i teleportował się z nią na trzy.

Wylądowali przed dość starym,  ale jednak zadbanym budynkiem w mugolskiej dzielnicy Harold Wood. Z zewnątrz nie różnił się niczym szczególnym. Był to parterowy dom, w którym znajdował się salon,  sypialnia, dwa dodatkowe pokoje, kuchnia i dwie łazienki, jedna w sypialni, druga przy salonie. Tonks rozejrzała się lekko zdziwiona z ciekawością.

- Gdzie jesteśmy? - zapytała.

- To dom moich rodziców. Wychowywałem się tu przez kilka lat. Po ich śmierci otrzymałem go w spadku. Możesz tu pomieszkać ile potrzebujesz. - odpowiedział.

- Ale Remusie ja nie mogę... - zaczęła, ale on nie dał jej skończyć.

- Daj spokój. Potrzebujesz teraz spokoju. U swoich rodziców matka Ci nie da, bo będzie się martwić, w poprzednim domu masz złe wspomnienia, a Syriusz nie da ci spokoju na Grimmauld Place. Zostaniesz u mnie. Ja i tak rzadko tu bywam. Możesz spać w sypialni. Tam jest najwygodniej. - powiedział Lupin.

- Nie mogę. To twój dom,  twoja sypialnia.

- Jakoś się dogadamy na pewno. Teraz idź odpocząć w sypialni. Później dogadamy wszystko. - zmienił taktykę Remus.

Kobieta była zmęczona, więc już bez większych kłótni udała się do wskazanego pomieszczenia, jednak po chwili cofnęła się do kuchni, gdzie mężczyzna szykował im coś do jedzenia.

- Remusie tylko nie pomyślałam i nie mam ubrań, ani kosmetyków. Mógłbyś pójść o nie ze mną? - zapytała zestresowana.

- Ubrania na dzisiaj mogę Ci dać jakieś swoje. Ostatecznie transmutujemy na trochę mniejsze, a co do kosmetyków to możesz użyć moich. Rano po śniadaniu pójdę z Tobą do Ciebie i weźmiesz swoje rzeczy. - odpowiedział wycierając ręce. - Może być?

- Jasne. Dziękuję i przepraszam za kłopot. 

- Żaden kłopot Doro. Chodź, dam ci coś.

Godzinę później przebrana w transmutowane na mniejsze dresy Remusa i jego bluzę kobieta kładła się spać, gdy do sypialni zapukał wcześniej wymieniony mężczyzna.

- Proszę. - powiedziała po czym on wszedł do środka. - Nie musisz pukać. Jesteś u siebie.

- Masz prawo do prywatności, a ja to szanuję. Chciałem zapytać, czy nie jesteś głodna?

- Nie, dziękuję.

- Na pewno? Od rana nie jadłaś. Może coś zjesz?

- Nie chcę. Dziękuję, ale wolę po prostu o wszystkim zapomnieć.

- Okej. Jakbyś potrzebowała porozmawiać, albo cokolwiek to przyjdź do mnie. Będę w salonie.

- Jasne. Dziękuję.

- Nie masz za co. Śpij spokojnie.

Następnego dnia Tonks zabrała z pomocą Remusa wszystkie swoje rzeczy. Wyprowadziła się z tego domu i zamieszkała z Remusem już na lata. Wszystko zaczęło się im układać. Oczywiście oprócz miłości,  ale i to w końcu się ułożyło.


19 czerwca 2006 rok**
Remus siedział w salonie obserwując swoją żonę i córeczkę, które siedziały na kocu, na którym Nimfadora czesała dziewczynkę w dwa kitki. Przez te lata wiele się pozmieniało. Ożenił się z Tonks, pod koniec wojny urodził mu się najstarszy syn, a rok później drugi, z kolei niecałe dwa lata temu urodziła się jego pierwsza córka. Wiedział, że już oszalał na jej punkcie głównie przez to,  że dziewczynka odziedziczyła naturalne oczy swojej mamy, czyli niebieskie. Od tego czasu wiedział,  że jest na straconej pozycji, ponieważ jego żona i córka dadzą radę przekonać go do wszystkiego. Ale nie żałował. Kochał je tak samo jak swoich synów. Po jakimś czasie Nimfadora dostała wezwanie do biura aurorów, gdzie wznowiła pracę pół roku wcześniej. Remus jak zawsze został z dziećmi, w czasie gdy jego żona udała się do pracy na wezwanie. Do wieczora zaopiekował się dziećmi, a gdy udało mu się ich uśpić usiadł w salonie,  gdzie cierpliwie czkał na żonę.



*świadek koronny - w Polskim prawie to najważniejszy świadek, który ma prawo do zmiany tożsamości i otrzymuje ochronę policyjną, nie mam pojęcia czy ktoś taki był w świecie Harry'ego Potter'a, ale załóżmy  że jeśli nie to wymyśliłam to na potrzeby opowiadania
**tę datę podsunęła mi nieświadomie młodsza siostra, która urodziła się akurat w tym terminie haha


Taki krótki bonus na Halloween haha Rozdział postaram się dodać jutro lub w poniedziałek. Najpóźniej we wtorek. 

Dajcie znać, czy chcielibyście czasem takie "bonusy" zamiast rozdziału, a jeśli tak to o czym mogłyby być.

sobota, 24 października 2020

Nasza przeszłość daje o sobie znać part.2

~Miał w tym jeden cel - nie dopuścić, aby te bydle ponownie zraniło jego żonę i aby nie zbliżył się do ich dzieci...~

- Widzę Lupin, że nie rozumiesz pojęcia własności. Ona jest moja, rozumiesz? - odezwał się Walker.

- Jesteś chory człowieku. Tonks nie jest niczyją własnością. A to, że ja zostałem jej mężem jest jej wyborem. Poza tym gdybyś ją szanował mógłbyś być na moim miejscu. - odezwał się Remus ciągle będąc czujnym.

- Po co szanować,  jeśli można sobie wychować babę i być zadowolonym. Robisz co chcesz i nie słuchasz nawet narzekania. 

- Zastanów się, jesteś chory. Powinieneś się leczyć. A ją zostaw już w końcu w spokoju. - odparł spokojnym tonem.

- Nigdy, rozumiesz Lupin? Zresztą co Ci da chronienie tej suki,  jeśli ja mogę cię załatwić w bardzo prosty sposób. Zabawimy się Lupin? - powiedział i po chwili rzucił w miodowookiego niewerbalną drętwotą.

Remus odpowiedział niewerbalnym zaklęciem pełnego porażenia ciała. Chwilę później rozpoczął się pojedynek trzech czarodziejów na jednego. W momencie,  gdy Remus zaczął przegrywać do domu wpadli aurorzy wraz z Harry'm i pomogli Remusowi. Mężczyźni zostali zabrani przez grupę aurorów do ministerstwa magii, Harry polecił jednemu z podwładnych,  aby porozmawiał z Remusem,  upewnił się, że wszystko z nim w porządku i sporządził notatkę, a sam wraz z Marthą poszedł do sypialni, gdzie jak wcześniej powiedział mu Remus ukryła się Nimfadora z dziećmi. Zdjęcie wszystkich zaklęć z drzwi i całego pomieszczenia zajęło mu dłuższą chwilę. Miał nadzieję, że z jego przyjaciółką,  chrześniakiem i pozostałą dwójką dzieci jest wszystko w porządku.

W momencie,  gdy Remus wyszedł z sypialni Nimfadora wiedziała,  że musi zaopiekować się dziećmi i mimo wszystko zapewnić im poczucie bezpieczeństwa. Mimo, że nie było ono całkowicie możliwe chciała zrobić wszystko dla nich. Na sypialnię rzuciła zaklęcia  ochronne, a na drzwi zastosowała kilka dodatkowych. Następnie zaczęła uspokajać dzieci próbując nie myśleć o swoim byłym,  który w tym czasie przebywał z jej mężem w salonie. Wiedziała,  że Logan nie mógł przyjść do nich sam i na pewno ma jakiś wspólników, ale w tym momencie mogła jedynie robić coś najgorszego - czekać na pomoc. Gdyby sytuacja była inna prawdopodobnie kobieta poszłaby z mężem rzucając zaklęcia zabezpieczające z drugiej strony,  jednak wiedziała,  że będąc w ciąży nie mogła tak ryzykować. Musiała się wstrzymać. Po kilkunastu minutach oczekiwania i uspokajania dzieci wyczuła, że w domu pojawił się ktoś jeszcze. Miała nadzieję, że tym razem to aurorzy w towarzystwie Harry'ego. Z całego strasu zaczęła odczuwać skurcze. Wiedziała, że nie jest to ani trochę dobry znak dlatego postanowiła zwrócić się do najstarszego syna.

- Teddy podaj mi jakąś kartkę i coś do pisania. Powinno być w szufladzie biurka pod oknem.

- Może być? - zapytał po chwili szukania chłopiec podając jej notes i ołówek.

- Tak. - odpowiedziała odbierając przedmioty. Następnie napisała krótką notatkę,  bez odbiorcy, ponieważ nie była pewna kto jako pierwszy ją odczyta i powiedziała. - Weź to Ted i jeśli mi się coś stanie przekaż to pierwszej osobie, która przyjdzie tu nam pomóc dobrze?

- Ale mamo co się dzieje? Możesz sama powiedzieć. - powiedział nic nierozumiejący chłopiec.

- Boję się, że mogę nie dać rady, źle się czuję Ted,  słabo mi bardzo,  dlatego proszę, przekaż to komuś i zaopiekuj się rodzeństwem, jeśli będzie trzeba dobrze? Mogę na ciebie liczyć synku?

- Tak,  ale proszę nie śpij,  mów coś do nas. Cokolwiek. - zaczął panikować jedenastolatek.

- Wszystko będzie dobrze,  spokojnie... - powiedziała kobieta,  jednak chwilę później straciła przytomność.

- Mamo! Mamo, proszę cię obudź się. Mamo... - zaczął próbować ocucić kobietę jedenastolatek.

Kilka minut po utracie przytomności przez kobietę do sypialni dostał się ojciec chrzestny najstarszego z chłopców - Harry Potter wraz ze swoją i Tonks współpracownicą,  Marthą Carter.

- Ted co tu się stało? - zapytał od razu Harry widząc nieprzytomną przyjaciółkę.

- Mama coś napisała, mówiła, że źle się czuje, trzymała się za brzuch... Wujku mama będzie żyć prawda? Ona nie może umrzeć! Gdzie jest tata? - zaczął panikować Theodor.

- Martha weź Tonks do świętego Munga, zabierz te notatkę od niej ze sobą, zajmę się dziećmi. Weź mój świstoklik. - wydał polecenie podwładnej podając jej fragment starej bransoletki, którą miał przypiętą przy pasku podobnie jak inni aurorzy.

- Mam swój szefie. Dam znać jak się uda mi czegoś dowiedzieć. - powiedziała i po chwili aktywowała świstoklik znikając wraz z ciężarną matka.

- Słuchajcie mnie - odezwał się Potter do przerażonego rodzeństwa. - mama jest w szpitalu z Marthą, wasz tata rozmawia z resztą aurorów. Za chwilę do Was przyjdzie. Później będzie pewnie chciał iść do mamy, więc ja z Wami tu zostanę. Wszystko będzie dobrze, jesteście bezpieczni. - powiedział do dzieci próbując uspokoić ich i siebie jednocześnie.

Chwilę później do sypialni wpadł najstarszy z Lupinów. Nie widząc nigdzie żony powiedział wystraszony do syna swojego przyjaciela:

- Harry, gdzie Dora?

- W Mungu, Martha ją tam zabrała, była nieprzytomna. Idź do niej, zajmę się nimi,  w razie czego Molly, albo Ginny mi pomogą. - powiedział Potter.

- Dziękuję. - powiedział mężczyzna z wdzięcznością, po czym zwrócił się do dzieci. - Jesteście bezpieczni. Pójdę do mamy sprawdzić jak się ona czuję i do Was wrócę bardzo późno. Wujek z wami zostanie. Dobrze dzieci?

- Mamie nic nie będzie, prawda tato? - zapytał Colin.

- Wszystko się ułoży. - próbował przekonać siebie i dzieci mężczyzna.

- Ja chcę do mamy. Tatusiu weź mnie też. - powiedziała zapłakana Kathrine.

- Spokojnie Kate. Zostaniecie z wujkiem Harry'm. Nie mogę cię tam zabrać córeczko. - powiedział po raz kolejny.

Po kilku minutach rozmowy z Potter'em Remus udał się do szpitala Świętego Munga, aby dowiedzieć się co z jego żoną i dziećmi. Miał tylko nadzieję,  że nie straci żadnego z nich...

***

Skierował się w stronę recepcji, jednak zanim tam dotarł usłyszał jak ktoś go woła. Odwrócił się w stronę kobiety, którą okazała się być aurorka, która pomogła jego żonie.

- Panie Lupin, dobrze,  że Pan już jest. - odezwała się gdy była bliżej. - Pana żona jest na oddziale ciążowym*. W tej chwili ma jakieś badania, ale nie wiem nic konkretnego. Nie jestem z rodziny, więc nie udzielono mi żadnych informacji. - mówiąc to poprowadziła mężczyznę na odpowiednie piętro.

- Dziękuję za wszystko. - powiedział zmartwiony i przejęty mężczyzna.

- Nie ma za co. Muszę już wracać do biura, ale niech się Pan nie martwi. Znam Tonks z pracy i jest naprawdę silna. Wszystko się ułoży. - powiedziała kobieta chcąc jakoś wesprzeć męża przełożonej.

- Wiem. Dziękuję jeszcze raz. Jak się czegoś dowiem przekaże w wolnej chwili Pani i Harry'emu. - obiecał.

- Do zobaczenia w takim razie. - odpowiedziała kobieta.

- Do widzenia. - powiedział i podszedł do uzdrowiciela wychodzącego z sali jego żony. - Przepraszam co z moją żoną i dziećmi? - zapytał mężczyznę. 

- A kim Pan jest? - zapytał podejrzliwie.

- Remus Lupin. Jestem mężem Nimfadory i ojcem bliźniąt. - odpowiedział.

- Pana żona jest aktualnie w stanie stabilnym. W najbliższym czasie powinna się obudzić. Trafiła do nas w stanie bliskim zagrożenia życia. Bardzo prawdopodobne, że gdyby aurorka,  która ją przyprowadziła zwlekała dłużej żona mogłaby poronić,  na szczęście udało nam się zapanować nad sytuacją. Żona co najmniej miesiąc spędzi u nas na oddziale, nie wykluczone, że dłużej. - powiedział. - Teraz pani Lupin potrzebuje dużo spokoju, nie powinna się denerwować.

- Mógłbym do nich wejść? - zapytał zaniepokojony Remus.

- Najpierw niech się pan spróbuje uspokoić. Jeśli żona wyczuje pana stres sama może się zacząć denerwować.

- Błagam, tylko na chwilę,  dopóki się nie obudzi,  w domu zostawiłem trójkę dzieci z przyjacielem,  oni wszyscy czekają aż im powiem co z nią. - odpowiedział Lupin.

- Dobrze,  ale najpierw proszę ze mną. Dam panu coś na uspokojenie. Inaczej pana nie mogę wpuścić do żony. - upierał się uzdrowiciel.

- Niech będzie. - zgodził się i poszedł z lekarzem. Po przyjęciu eliksiru uspokajającego poszedł do sali żony. Już kilka minut później odczuł odprężające działanie wywaru.

Siedział przy niej przez kolejne półtora godziny, trzymając ją za rękę, kiedy po tym czasie poczuł jak jego żona się przebudza.

- Remus? Gdzie dzieci? Co z bliźniętami? Gdzie ja jestem? Co się dzieje? - zaczęła zmęczona kobieta zadawać mężowi pytania.

- Spokojnie kochanie, to ja. Dzieci są w domu z Harry'm. Z bliźniętami jest dobrze,  ale nie możesz się już denerwować. Jesteśmy w szpitalu świętego Munga. Spróbuj zasnąć. Pójdę po uzdrowiciela.

Po pół godzinie w końcu spokojniejszy wyszedł ze szpitala i teleportował się do domu.

***

Martha mimo tego,  że martwiła się o Nimfadorę po wyjściu ze szpitala udała się do Ministerstwa Magii,  gdzie w drodze do biura wysłała swojego patronusa z wiadomością do Harry'ego Potter'a z informacją czego się dowiedziała. Wiedziała, że nie jest to żadna konkretna informacja,  ale w końcu obiecała. Bardzo chciała wiedzieć co z jej koleżanką po fachu oraz przełożoną jednocześnie, ale znała procedury i wiedziała,  że sama niczego się nie dowie. Dlatego właśnie obiecała sobie, że za dwa dni uda się do Nimfadory z wizytą i zapyta o samopoczucie. Wiedziała, że wcześniej nie ma sensu udać się w odwiedziny,  bo tym co Tonks obecnie potrzebowała najbardziej było wsparcie jej męża i jego zapewnienie, że z ich pozostałą trójką dzieci jest wszystko w porządku.

***

Od wyjścia Remusa z domu minęło ponad półtora godziny. Mała Kathrine w tym czasie podobnie jak jej starsi bracia zdążyła zasnąć niespokojnym snem. Harry był wykończony, ale jednocześnie myśl,  że jego przyjaciółka i przyjaciel jego ojca mogą utracić dwójkę dzieci nie dawała mu spokoju. Mimo,  że formalnie nie był spokrewniony z Lupinami to traktował ich jak swoją  rodzinę. Czuł się z tego powodu za nich w pewien sposób odpowiedzialny. Gdy rozmyślał nad wszystkim usłyszał jak ktoś wchodzi do środka. Wyszedł z pokoju dzieci,  w którym przez praktycznie cały czas przebywał z różdżką w gotowości,  ale rozluźnił się po usłyszeniu przyjaciela.

- Harry gdzie jesteście? - zapytał cichym głosem Remus.

- Dzieciaki u siebie. - powiedział ujawniając swoją obecność. - Co z nimi? - zapytał mając na myśli Tonks i bliźnięta.

- Wszystko w porządku. Jutro Ci wszystko opowiem dobrze? Jestem zmęczony, a obiecałem Dorze, że jak tylko dzieci się wyśpią w miarę to ich do niej zabiorę. - wyjaśnił krótko.

- Jasne. Jak będziesz potrzebował pomocy to daj znać. Ginny i Molly na pewno pomogą.

- Wiem. Dziękuję. Gdyby nie Wasza szybka pomoc... Gdyby ona tam dotarła trochę później... Mogli nie przeżyć. Uratowaliście ich Harry. Dziękuję.

- Nie masz za co. Jesteśmy w kontakcie. - powiedział i po chwili zniknął w szmaragdowych płomieniach.

Po wyjściu Harry'ego Remus udał się do sypialni na odpoczynek. Zasnął zmęczony wszystkimi wydarzeniami minionej nocy.

Następnego ranka Remusa obudziły dzieci, które chciały dowiedzieć się co z ich matką i rodzeństwem. Po wytłumaczeniu wszystkiego dzieciom Remus poprosił je, aby poszli do siebie i ubrali się, a sam uda się sobie zrobić kawę i śniadanie dla dzieci.

Dwie godziny później znaleźli się całą czwórką w szpitalu świętego Munga, gdzie Remus zaprowadził ich do sali swojej żony. Nimfadora już nie spała. Widząc dzieci całe i zdrowe odetchnęła ulgą.

- Mama! - do kobiety podbiegła jej najmłodsza córeczka. 

- Kate ostrożnie. Mówiłem wam,  że mama musi odpoczywać. - skarcił delikatnie córkę Remus.

- Daj spokój. Bardziej się bałam o nich kiedy byli w domu. Dajecie sobie radę? Jak wy się dzieci czujecie? - odparła pani Lupin.

- Dobrze. Tata nami się zajmuje, dzisiaj pójdziemy do cioci Ginny,  bo tata mówił,  że musi załatwić coś w pracy. - odpowiedział na pytania mamy Ted.

- A ty mamo jak się czujesz? - zapytał Colin. - Potrzebujesz czegoś?

- Nie Col, niczego nie potrzebuję. Wszystko dobrze,  tylko jestem jeszcze trochę słaba po prostu. Ale to nic, później odpocznę. Obiecajcie mi tylko, że jak będziecie potrzebowali pomocy albo nie będzie tata dawał sobie rady to powiecie mi o tym, dobrze? - powiedziała kobieta.

- Aż tak we mnie nie wierzysz? - zapytał rozbawiony jej prośbą mąż.

- Po prostu wiem, że samemu z trójką dzieci może być ciężko i nie łap mnie za słówka. - odpowiedziała mu żona udając obrażoną.

- Wiem, wiem,  spokojnie. - odpowiedział rozbawiony.

- Mamusiu,  a kiedy wrócisz do domku? - zapytała Kathrine.

- Nie wiem kochanie. Możliwe,  że dopiero za miesiąc. Uzdrowiciel chce mieć pewność, że nic już nie grozi mi i bliźniętom. - odpowiedziała jej matka.

- A znasz już płeć? - zapytał ciekawy Remus.

- Znam, ale nie wiem jeszcze, czy ci powiem. - odpowiedziała rozbawiona chcąc się z nim trochę podroczyć co wywołało śmiech dzieci.

- No wiesz ty co? Własnemu mężowi? - odpowiedział zadowolony,  że mimo tych trudnych chwil udało mu się wywołać na twarzach dzieci i żony uśmiech.

- A czemu nie? - zażartowała.

- Mamo a nam powiesz? - powiedział z uśmiechem Theodor.

- A chcecie wiedzieć? - odpowiedziała.

- Tak, ja chcę! - zawołała Kate. - Tata wyjdzie jak będziesz chciała.

- A ty się cwaniaro tak nie rządź. - powiedział ze śmiechem Remus i połaskotał córkę.

- Zostaw ją Remus. - powiedziała rozbawiona kobieta. - Jak chcecie to możecie spróbować zgadnąć.

- Dwie dziewczynki? - zaczęła Kate.

- I tak i nie. - powiedziała rozbawiona kobieta.

- Chłopiec i dziewczynka? - odgadł Colin.

- Tak. - powiedziała mu rozbawiona.

- Ale fajnie! - ucieszyła się pięciolatka.

Po kilku godzinach spędzonych w szpitalu Remus z dziećmi pożegnali kobietę i udali się do Nory. Zanim wyszli Remus powiedział cicho żonie, że później jeszcze do niej wpadnie zanim odbierze dzieci. Następnie po zostawieniu całej trójki pod opieką Molly Weasley udał się do sklepu, w którym pracował i zabrał potrzebne mu dokumenty. Udał się z nimi na pokątną do "Magicznych Dowcipów Weasley'ów",  aby przekazać je Fred'owi i George'owi.

- Chłopaki mógłby któryś z Was w ciągu najbliższych dwóch miesięcy częściej zaglądać do sklepu? Muszę wziąć urlop, bo Dora jest w szpitalu, przez miesiąc lub dłużej będzie tam leżeć,  a ja muszę zająć się dziećmi i jej pomóc. Wczoraj mieliśmy włamanie, można powiedzieć, że w pewnym sensie nasza przeszłość daje o sobie znać. - wytłumaczył ogólnie swoim przełożonym. - Teraz moim priorytetem jest po prostu zapewnić dzieciom i jej poczucie bezpieczeństwa. W międzyczasie będziemy się pod koniec wakacji przeprowadzać, więc nie dam rady pogodzić wszystkiego ze sklepem.

- Pewnie. Jakbyście potrzebowali pomocy to daj znać,  pomożemy. Jak się Tonks czuje? I co z waszymi dziećmi? - odpowiedział Fred.

- Dzięki. Z Dorą i dziećmi póki co jest dobrze, ale nie wiem jak dalej będzie. Ted, Col i Kate są teraz chwilowo u waszej mamy. Musiałem im załatwić opiekę na szybko, a Molly pierwsza przyszła mi na myśl. Gdyby nie to, że Dromeda też choruje to pewnie ona by się nimi zajęła. - oznajmił Remus.

- Jak będzie coś trzeba pomóc, albo zabawić dzieciaki nam też możesz powiedzieć. - powiedział szczerze George. - Może certyfikatów nie mamy,  ale doświadczenie jakieś już tak. - zażartował.

- Jasne, dzięki. - odpowiedział Lupin ze śmiechem.

Po chwili rozmowy i ustaleniu wszystkich warunków urlopu Remus wyszedł ze sklepu bliźniaków i teleportował się ponownie do szpitala, w którym przebywała jego żona.

- Gdzie zgubiłeś nasze dzieci? - zapytała go Nimfadora gdy wszedł do jej sali. Oprócz kobiety w pomieszczeniu nie było żadnej innej pacjentki.

- Molly jeszcze się nimi zajmuje. Wpadłem na chwilę sprawdzić jak się czujesz i będę się niedługo zbierał po nich.

- Okej. Na którą jutro masz do pracy? - zapytała ciekawa.

- Wziąłem wolne, żeby zająć się dzieciakami. Fred i George się zgodzili. Masz od nich pozdrowienia.

- Wszyscy już wiedzą, że tu leżę? - zapytała rozbawiona kobieta.

- Ja nie mówiłem wszystkim tylko Fred'owi,  George'owi i Molly. Harry mówił Ginny, ale on nam wcześniej pomagał, podobnie jak ta aurorka Martha. Inni jeśli się dowiedzieli to na pewno nie ode mnie.

- Niech Ci będzie. Myślałeś nad imieniami? - zmieniła temat.

- Nie za bardzo. A masz jakieś propozycje?

- Myślałam o Jasonie, albo Jackobie. - powiedziała.

- Myślę, że Jackob będzie dobrze, a na drugie może Lucas? - odpowiedział mężczyzna.

- Jackob Lucas Lupin... Podoba mi się nawet. - uznała. - Ale jak nazwiemy małą?

- Nie mam pojęcia. Porozmawiam z dzieciakami, może one coś nam wymyślą.

- Remus to nasze dzieci,  my powinniśmy wybrać imię. - powiedziała kobieta.

- Ale nasze dzieci nie wybiorą. Zapytam ich tylko o jakieś sugestie i coś wybierzemy wspólnie, poza tym to ich rodzeństwo kochanie i też mają prawo brać udział w ich życiu. - odpowiedział,  żeby uspokoić żonę.

- Masz rację. Przepraszam. Nie powinnam ich wykluczać.

- Nie wykluczasz. Po prostu wszyscy ostatnio mieliśmy sporo nerwów i teraz wszystko z nas uchodzi. Nie martw się, na pewno zanim urodzisz wybierzemy to imię. - powiedział Remus. - Przywieść ci coś jutro? - dodał.

- Jakieś ubrania dodatkowe. I jakieś książki, bo umieram tu z nudów. - odpowiedziała.

- Mogę się domyślać. - powiedział z delikatnym uśmiechem. - Jutro Ci przyniosę wszystko. Wezmę jeszcze raz dzieciaki, później postaram się, żeby częściej kogoś z nimi zostawiać.

- Jak tu z nimi będziesz to zostaw ich u mnie i powiadom osobiście moją mamę o wszystkim dobrze? - poprosiła męża. - Nie chcę, żeby się martwiła jak nie będziemy się odzywać, ale boję się jak może ona to przyjąć. - wyznała.

- Jasne, ale wcześniej zabiorę dzieciaki i załatwię im opiekę. Nie możesz się przemęczać, więc nie licz, że zostawię Cię samą z trójką dzieci.

- Z dwójką jakoś daję radę. - zażartowała.

- Tyle, że ta dwójka będzie z Tobą jeszcze przez miejmy nadzieję, że cztery miesiące, więc to akurat inna sytuacja kochanie. - odpowiedział Remus. - Uciekam odebrać dzieciaki, bo pewnie znowu będę musiał im wymyśleć jakąś bajkę. - stwierdził. - Uważajcie na siebie.

- Zawsze uważamy. A co do tej bajki to przypomnę Ci,  bo widzę, że zapomniałeś, ale sam od małego im opowiadałeś bajki, więc nie narzekaj teraz. - odpowiedziała rozbawiona.

- Wiem o tym. - powiedział i pochylił się nad żoną o czym pocałował ją krótko. - Dobrej nocy.

- Wam też. Do jutra. - odpowiedziała.

Po wyjściu z budynku Remus udał się do Nory. Kiedy wrócił z dziećmi do domu poprosił ich, aby się wykąpali i ubrali piżamę, a sam w tym czasie chciał przygotować kolację. Jednak zanim zaczął podeszła do niego Kathrine.

- Tato, a pomożesz mi się wykąpać? Bo zawsze mama mi pomaga. - powiedziała dziewczynka.

- Nie mam wyjścia Kate. Pomogę Ci, nie martw się. - powiedział córce.

Po kąpieli i kolacji dzieci jak zawsze poprosiły ojca o jakąś bajkę.

- Opowiem Wam dzisiaj krótką historię: "O księżniczce na ziarnku grochu".

Dawno temu był sobie książę, który szukał sobie żony. Warunek miał taki,  że jego żona musi być najprawdziwszą księżniczką. Jeździł po całym kontynencie w poszukiwaniu "tej jedynej" jednak nigdzie nie mógł jej znaleźć. Mimo, że znalazł wiele księżniczek ciągle coś mu nie pasowało i zawsze miał co do nich jakieś "ale". Wrócił do domu przygnębiony, że nie może znaleźć żony,  chociaż bardzo tego pragnął. Pewnego wieczoru przyszła ogromna burza. Nagle do bram miasta ktoś zapukał. Stary król poszedł więc otworzyć. Przed bramą stała panna, która oznajmiła że jest księżniczką. Na dowód tego pokazała diadem, który miała na swojej przemoczonej głowie. Jednakże dziewczyna przez deszcz,  wiatr i burzę wyglądała jak siedem nieszczęść,  dlatego król zaprosił ją do zamku. Królowa nie była ani trochę przekonana co do tego, czy dziewczyna jest prawdziwą księżniczką, więc postanowiła to sprawdzić. W komnacie, którą przygotować chciała dla młodej kobiety po cichu, gdy nikt nie widział podłożyła jedno ziarnko grochu, które ułożyła pod materacem na łóżku. Następnie poleciła służbie, aby położono wszystkie wolne materace i pierzyny w całym królestwie i zrobiono z nich posłanie na łóżku dla gościa.
Następnego ranka przy śniadaniu kobieta spytała:
- Jak się spało księżniczko?
- Oj bardzo źle niestety.- odpowiedziała. - Całą noc coś mnie uwierało. A rano odkryłam, że mam jakieś siniaki.
Wtedy para królewska miała pewność,  że goszczą prawdziwą księżniczkę. Powodem tego był fakt, że tylko najprawdziwsze księżniczki mają delikatną skórę na tyle, żeby mogły wyczuć cokolwiek.
Książę ożenił się z tą księżniczką i żyli długo i szczęśliwie, a ziarnko grochu oddano do muzeum, gdzie teraz można je oglądać. O ile nikt go nie zabrał i nikomu gdzieś nie upadło, bo wtedy byłoby to jak szukanie igły w stogu siana...

- Taka krótka? - zapytała niezadowolona Kathrine. - Tato opowiedz coś jeszcze. 

- Nie dzisiaj słońce. Jestem zmęczony, a jutro będziemy musieli jeszcze raz iść do mamy zanieść jej kilka rzeczy,  a później muszę porozmawiać z waszą babcią. - powiedział. - Jutro postaram się opowiedzieć Wam jakąś dłuższą historię, dobrze?

- Niech będzie. - uznała pięciolatka. - Dobranoc.

- Dobranoc dzieci. - powiedział i wyszedł z pokoju swoich pociech.







*nie mam pojęcia, jakie konkretnie w świecie J. K. Rowling były oddziały w świętym Mungu, (a nigdzie nie znalazłam nazwy takiego,  w którym przyjmowano ciężarne)  ani od jakich chorób, stanów były, więc uznajmy,  że oddział ciążowy to taki odpowiednik oddziału patologii ciąży,  jakie są w Polskich szpitalach



Okej, miałam wstawić go około 23 w sobotę,  ale nie wyrobiłam, bo musiałam wprowadzić kilka poprawek plus nie najlepiej się czułam. Mam nadzieję, że nie wyszedł jakoś szczególnie kiepsko, szczególnie, że wiem sama, że mogłoby być lepiej, ale uznałam,  że lepszy ten niż żaden, szczególnie, że teraz muszę sama się uczyć głównie z internetu ewentualnie starych notatek, ale mniejsza z tym.

Napiszcie co sądzicie i co warto zmienić.

Przy okazji napiszcie, czy waszym zdaniem nie jest tu za dużo dialogów a za mało opisów? A może odwrotnie? Piszcie, bo bardzo przyda mi się to do przyszłych rozdziałów.

Taki spojler ode mnie: W przyszłym rozdziale będzie mała sprzeczka i może nawet coś niezbyt miłego się przytrafi Remusowi i jego rodzinie. Ale nie jestem pewna haha

Już nie przedłużając życzę Wam dużo zdrówka i pozdrawiam ciepło 💙