poniedziałek, 26 września 2022

~Wspomnienia~

Siedzieli razem w salonie. Mała Kathrine spała w ramionach matki, z kolei sześcioletni Colin wraz z siedmioletnim Theodorem bawili się na dywanie po cichu ze sobą rozmawiając. Remus nie czuł się najlepiej, ponieważ tego dnia była pełnia księżyca. Mimo wywaru tojadowego wciąż odczuwał tą konkretną fazę księżyca. Nie chciał jednak sprawić zawodu swoim synom. Dlatego zamiast zaszyć się w ciemnej i cichej dzięki zaklęciom sypialni, siedział z żoną i córką obserwując zabawę synów.

- Tato, a czy to dziwne, że ja i Colin widzimy lepiej niż inne dzieci w ciemności? - zapytał nagle starszy z chłopców tracąc kompletnie zainteresowanie zabawą.

- Nie do końca. A dlaczego pytasz? - odpowiedział mu ojciec starający się zignorować silny ból głowy.

- Bo jak bawiliśmy się z Victoire i jej koleżanką u wujka Bill'a w Muszelce to koleżanka Victoire powiedziała, że to nie jest normalne ani możliwe, żebyśmy widzieli po ciemku.

- Wiesz Ted,  bo nie wiecie do końca wszystkiego. - powiedział mu ojciec. - Przeze mnie macie w pewnym sensie trochę wilcze cechy. Tylko niektóre,  takie jak właśnie wyostrzony wzrok, czy bardziej wyczulony węch. Bo widzisz, ja jestem pot... - nie skończył, ponieważ Nimfadora domyślając się co jej mąż chce powiedzieć uderzyła go w potylicę mówiąc.

- Nie jesteś Remus. Mówiłam ci to setki razy. Likantropia to choroba, ale nie jest twoją winą. - powiedziała mężowi.

- Likantrop to wilkołak, prawda? - zapytał starszy z chłopców.

- Skąd to wiesz? - powiedział zmartwiony Remus.

- Wujek Fred nam mówił. Powiedział, że tata nie będzie chciał nam tego tłumaczyć. - powiedział młodszy chłopiec.

- Miał w tym trochę racji. - powiedział ciszej Remus. - Bo widzicie chłopcy. Ja jestem takim wilkołakiem. Dlatego znikam co miesiąc obciążając waszą mamę i dokładając jej nie raz zmartwień. - dodał normalnym tonem głosu mężczyzna wiedząc, że nadszedł czas, aby wyznać synom prawdę.

- Nie prawda! - zaprzeczyła kobieta. - Kocham cię, takim, jakim jesteś, bez względu na Twoją chorobę. Jesteś Remusie wspaniałym mężem i ojcem, a to,  że chorujesz nie ma znaczenia. - powiedziała łapiąc męża za rękę i patrząc mu w oczy.

- Chciałbym w to wierzyć Doro, ale wiesz jak jest. - odpowiedział jej mąż odgarniając kosmyk jej włosów za ucho.

- Tato, a dlaczego my nie jesteśmy z Colem i Kate wilkołakami tak jak Ty? - zapytał chłopiec.

- To od lat nie jest wyjaśnione Ted. - odpowiedziała mu matka. - Widzisz, są różne teorie, a jedna z nich głosi, że po prostu jako, że ja nie jestem likantropem to Wy jesteście ludźmi, ale przez likantropię taty otrzymaliście także niektóre wilcze cechy takie jak lepszy wzrok, słuch, czy węch. Mimo to nie ma żadnych badań na to, ani dowodów.

- To możemy zrobić na nas. - powiedział Colin.

- Nie ma takiej opcji chłopcy. - wtrącił ostro Remus. - Nie zgodzę się na żadne eksperymenty na Was.

- Ale jeśli to miałoby tato pomóc to czemu nie? - powiedział Theodor.

- Powiedziałem już Ted. Nie ma opcji. - odpowiedział mu ojciec.

- Tata ma racje. Jesteście za mali na takie eksperymenty. - powiedziała kobieta. - Zresztą dajcie tacie chłopcy spokój póki co. Dzisiaj pełnia, tata jest zmęczony. Zresztą już późno, chodźcie do łóżek. - dodała matka.

- No dobrze. - powiedzieli równocześnie i wybrali się za matką, która położyła także śpiącą córkę. Remus w tym czasie udał się do sypialni, gdzie zdjął ubrania i opatulony kocem poszedł do piwnicy na którą rzucił kilka dodatkowych zaklęć,  a swoją różdżkę wsunął przez szparę pod drzwiami, aby jego żona mogła ją zabrać jak zawsze w czasie pełni...

***

Od tamtej pełni minęło  już dziesięć lat. Dopiero teraz Remus zauważył jak ten czas szybko biegnie. W końcu jeszcze niedawno wyjawiał najstarszym synom, że jest wilkołakiem,  a teraz już ma piątkę dzieci... Gdyby ktoś powiedział mu dwadzieścia lat temu, że doczeka się cudownej żony i piątki dzieci pewnie by go wyśmiał. Teraz strasznie chciał zatrzymać czas, który pędził nieubłaganie. Najciężej mu było uwierzyć w fakt,  że niedługo już jego starsza córka może zacząć się spotykać z chłopakami. W tym akurat Remus najbardziej nie zgadzał się z żoną, która twierdziła, że to nie byłoby nic złego. Dla niego oznaczałoby, że jego malutka Kate się usamodzielniła w pełni. I chociaż wymazano dziewczynce wspomnienia związane z pamiętną nocą, kiedy to mająca wówczas cztery latka dziewczynka została porwana przez Ravennę. Remus nadal bał się o nią. Zresztą tak samo jak i o pozostałe swoje dzieci. 

*18 sierpnia 2008 rok*

Czteroletnia dziewczynka bawiła się wraz z dwójką starszych braci w chowanego. Dziewięcioletni Theodor oraz ośmioletni Colin rozdzielili się z siostrą, aby najstarszy z rodzeństwa mógł zacząć odliczać do 50, a następnie znaleźć młodsze rodzeństwo. Katherine schowała się blisko płotu, tuż za krzakiem z jej ulubionymi owocami malin. W pewnym momencie usłyszała trzask łamanej gałęzi, odwróciła się myśląc że to jej najstarszy brat skończył liczyć i ją znalazł. Jednak za nią nie stał najstarszy z rodzeństwa Lupin. Stała tam natomiast kobieta. Wyglądała jakby była w wieku jej mamy. Kobieta miała na sobie ciemny płaszcz oraz ciężkie buty co bardzo zdziwiło dziecko. W końcu było strasznie gorąco. Przedstawiła się jako Ravenna.

- Nie bój się mnie aniołku. Jestem koleżanką twojej mamy. Prosiła mnie żebym pomogła Ci się schować przed twoimi braćmi. - odezwała się do wystraszonej dziewczynki kobieta.

- Ale mamusia nie pozwala mi się zbliżać do obcych. - powiedziała wystraszona czterolatka.

- Tym razem mamusia nie zdążyła Ci powiedzieć, bo uciekłaś szybko do zabawy. Chodź ze mną. Będę bawić się z Tobą i twoimi braćmi. Oni wiedzą o mnie. - nalegała trzydziestolatka.

- Ale mamusia na pewno wie? I tatuś? - upewniała się dziewczynka. Bo w końcu jeśli ktoś mówi że jej rodzice go znają to dlaczego dziecko miałoby nie uwierzyć?

- Oczywiście. - potwierdziła.

- No dobrze. Chodźmy. - stwierdziła czterolatka podając rękę kobiecie. Ta chwyciła dziecko i otuliła dziewczynkę płaszczem, a następnie za pomocą teleportacji łącznej przeniosła się wraz z dzieckiem do opuszczonej chatki w lesie. Kilkadziesiąt kilometrów od domu małej Katherine. Wówczas wtedy dziecko zrozumiało, że kobieta wcale nie ma dobrych zamiarów. Niestety było już za późno. Dziewczynka została zamknięta przez swoją porywaczkę w piwnicy starej chaty. 

*W tym samym czasie*

Theodor znalazł młodszego brata i wspólnie szukali siostry. Niestety mimo wielokrotnych nawoływań, dziewczynka nie wychodziła z ukrycia, a przynajmniej tak to z początku wyglądało. Po ponad godzinie poszukiwań siostry, nie znaleźli jej. Wystraszeni bracia pobiegli do domu.

- Tato! Mamo! - zawołał przerażony Teddy.

- Co się dzieje? - zapytała ich matka zmęczona po całym dniu w biurze Aurorów.

- Nie ma Kate! Szukaliśmy wszędzie, ale jej nie ma! - zawołał na jednym wydechu przerażony Colin.

- Jak nie ma? Co wy wygadujecie? - zapytała matka dzieci.

- Bawiliśmy się w chowanego na ogródku, Colin i Kate się chowali. Ja szukałem. - wyjaśniał bardzo szybko Ted. - Policzyłem do 50, znalazłem Colina, więc szukaliśmy razem Kate. Wołaliśmy ją że wygrała już, żeby wyszła z kryjówki. Ale ona nie wychodziła. Przeszliśmy cały ogródek, szukaliśmy wszędzie, jej nie ma. Przecież nie poszłaby sama poza dom. - zaczął w połowie opowieści płakać chłopiec. 

- Na spokojnie. - odezwał się ojciec dzieci. - Może po prostu jak wy ją szukaliście pomineliście jakieś miejsce, albo Kate zmienia kryjówki żeby się dłużej bawić? - dodał mężczyzna opanowanym tonem.

- Na pewno nie. Patrzyliśmy wszędzie, nigdzie jej nie ma. Przepraszam, to moja wina, mogłem ją lepiej pilnować. - rozpłakał się najstarszy z rodzeństwa.

Ojciec po chwili sam poszedł szukać córki wraz z synami. Tym razem jednak sam przekonał się, że jego ukochanej córeczki nie ma w żadnym miejscu na terenie jego domu.

Rodzice z braku jakichkolwiek innych rozwiązań powiadomili biuro Aurorów. 

Zaczęły się poszukiwania dziewczynki, jednak z każdą minutą szansa na odnalezienie dziecka malała. Jedyne co było wiadome to fakt, że dziewczynka została uprowadzona. Wskazywała na to znaleziona za krzakiem malin spinka do włosów, którą tamtego feralnego dnia dziecko miało we włosach.

Przez cały czas poszukiwań, dwaj bracia płakali w swoim pokoju, odcinając się od wszystkich. Ciągle winą obarczali siebie samych, mimo że ich rodzice starali się, aby tego tak nie odbierali.

Kilka dni później w końcu Aurorom udało się trafić na trop, który mógł prowadzić ich do odnalezienia dziewczynki. 

- Harry ja muszę iść z Wami. Proszę Cię, ona ma tylko cztery latka. Będzie się bała... - próbowała przekonać współpracownika Nimfadora.

- Tonks, mówiłem Ci już. Jesteś emocjonalnie związana ze sprawą, bardziej niż nawet ja. Dlatego musieliśmy cię odsunąć od śledztwa. Poza tym Aurorzy wiedzą co robić. - wciąż pozostawał nieugięty Auror. - Ja z nimi idę, Kate mnie zna. Na pewno jeśli okaże się, że ona tam jest to przyprowadzę Waszą córkę do Was. Ale nawet nie wiemy czy Katherine jest w tej chacie. Poza tym wiem że z obawy o swoje dziecko jesteś w stanie zrobić wszystko. Dlatego nie pozwolę abyś tam poszła i zrobiła coś czego później mogłabyś żałować.

- Nie zabronisz mi Potter szukać mojej córki! - upierała się kobieta. 

- Zrozum, że... - pani Lupin nie dała mu dojść do słowa.

- To Ty zrozum, że Kate jest moim dzieckiem. Zrobię dla niej wszystko tak samo jak dla chłopców. Co byś zrobił gdyby to James, albo Al czy Lily zostali porwani? - zapytała go kobieta.

- Chciałbym ich odzyskać. Dlatego wiem przez co możesz przechodzić, bo gdybyś zapomniała byłem w podobnej sytuacji co Ty teraz, tylko że cztery lata temu, gdy Ginny była w ciąży. I oboje wiemy jak to się skończyło. Dlatego nie pozwolę żebyś popełniła mój błąd. Dlatego też przepraszam, ale nie pozostawiasz mi wyboru. - dodał Potter, a następnie szybkim ruchem wlał kobiecie do ust eliksir słodkiego snu po którym kobieta momentalnie zasnęła.

Remus który przez cały czas nie wtrącał się i próbował przetworzyć wszystkie informacje zmartwił się o żonę, jednak Harry szybko go uspokoił.

- Dałem jej eliksir słodkiego snu. Obudzi się za dwie godziny gdzieś. Zostań z nią i chłopcami. Znajdę Waszą córkę.

- Harry mniej na uwadze, że jeżeli faktycznie Kate porwała Ravenna to ta kobieta jest zdolna do wszystkiego. Już zanim zamknięto ją na oddziale w świętym Mungu to odgrażała się Dorze. Ona jest nieobliczalna. - powiedział zmartwiony Lupin. 

- Można wiedzieć dlaczego Pan tak uważa o tej kobiecie? Zna ją Pan Panie Lupin? - zapytała Martha, Aurorka pracująca z Harry'm i Nimfadorą.

- Ravenna poznała mnie, krótko po zakończeniu się II bitwy o Hogwart. Zatrudniłem ją w sklepie bliźniaków Weasley w Hogsmeade. Jestem tam współwłaścicielem. Od początku starała się zwrócić na siebie moją uwagę, ale ja wtedy byłem zajęty żoną. Odtrącałem ją. Ale nie sądzę, aby jej się to podobało. W końcu doszło do kilku czynów z jej strony, jak chociażby to że próbowała za wszelką cenę się do mnie zbliżyć i namówić na wspólną noc. Dlatego ją zwolniłem. Odgrażała się, że pożałujemy. Ale na moje ona może mieć jakieś problemy z psychiką. - streścił Lupin historię.

- Faktycznie. Z zazdrości kobiety są w stanie zrobić naprawdę wiele. - powiedziała Martha. - Szczególnie jeśli Pan mówi że może mieć problemy psychiczne. Musimy wziąć to szefie pod uwagę przy próbie odbicia dziewczynki.

- Wiem Martha. Weźmiemy. Zajmij się Remusie Dorą. My znajdziemy Waszą córkę. Obiecuję. - powiedział Potter, a następnie wraz z oddziałem Aurorów teleportował się do lasu w okolice leśnej chatki, należącej do Ravenny...

Remus w momencie opuszczenia domu przez Aurorów zalał się łzami nie mogąc sobie wyobrazić, że jego małej księżniczce dzieje się krzywda, podczas gdy on bezczynnie siedzi w domu z żoną i synami...

*W międzyczasie*

Mała Katherine siedziała skulona w kącie piwnicy. Była cała obolała. Miała pełno ran, zadrapań i siniaków. Z niektórych wciąż sączyła się delikatnie krew. Bała się, że już więcej nie zobaczy rodziny. Kobieta która ją porwała przychodziła do dziecka regularnie co trzy godziny. Za każdym razem bawiąc się świetnie, kiedy rzucała w dziecko jedną z najpaskudniejszych klątw. Była to jak można się domyślić klątwa Cruciatus.


Dziecko nie miało pojęcia ile tak siedzi. Wiedziała tylko, że bardzo ją boli i chciała wrócić do domu. Do braci których kochała najbardziej w świecie. Do rodziców którzy zawsze byli jej oazą spokoju i bezpieczną przystanią. Do wszystkich cioć i wujków którzy na co dzień ją zabawiali lub obsypywali upominkami. Do babci którą kochała nad życie... Po prostu do bliskich jej osób...

W pewnym momencie dziewczynka z wyczerpania straciła przytomność. Wyglądała jak martwa. Być może dlatego Ravenna wystraszyła się i uciekła zostawiając dziecko w kryjówce? 

Kiedy dziesięcioro Aurorów na czele z współszefem biura Aurorów weszło do chatki, zastali porzucony budynek. Za jednym z regałów z książkami, przez przypadek jeden z Aurorów odkrył przejście do sekretnego pomieszczenia, którym okazała się być piwnica. To co tam zastali, nigdy nie udało im się wymazać z pamięci... 

Ledwo żywe dziecko prawie wykrwawiło się na śmierć. Jeden z Aurorów szybko odzyskał trzeźwość umysłu i za pomocą świstoklika przeniósł dziewczynkę do szpitala świętego Munga. Tam dzieckiem zajęli się uzdrowiciele. Niestety, szanse na to, że dziewczynka przeżyje malały z każdą utraconą sekundą...

Harry powiadomił Remusa o nikłym powodzeniu misji i powiadomił ojca o stanie zdrowia jego córki. Niestety na ten moment, dorośli mogli tylko czekać. Najbliższe godziny miały zadecydować czy czterolatka przeżyje. Wszystko zależało od jej siły...

Na szczęście kilka dni później dziewczynka fizycznie wróciła do zdrowia. Niestety jej psychika była bardzo zniszczona. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem było wymazanie niektórych wspomnień dziecku, jednak zanim to nastąpiło, Aurorzy wyizolowali potrzebne im wspomnienia dziewczynki. Po wszystkim Katherine zmodyfikowano pamięć, tak, aby dziecko nigdy nie pamiętało tych okropnych wydarzeń. Podobną decyzję podjęto ze wspomnieniami jej braci, którzy po wszystkim sami nie wiedzieli dlaczego jeszcze bardziej niż zawsze opiekowali się i martwili o młodszą siostrę...

Niestety Ravenny nigdy nie udało się odnaleźć, zupełnie jakby rozpłynęła się w powietrzu bez żadnych śladów...


*Teraźniejszość*

Remus wciąż nie potrafił wymazać ze wspomnień dnia w którym zobaczył swoją wtedy czteroletnią córkę całą zakrwawioną w szpitalu. Bał się pomyśleć co by było gdyby jednak Kate nie przeżyła...

Szybko jednak wymazał z głowy tą myśl. Jego dzieci są bezpieczne. Już nigdy więcej nie pozwoli, aby Ravenna zbliżyła się do kogokolwiek z jego rodziny...






Nie mam pojęcia jak mam zacząć... Przede wszystkim cześć wszystkim po tak długiej nieobecności z mojej strony... Nawet nie mam pojęcia, czy ktoś faktycznie jeszcze miał nadzieję na ten rozdział i czekał w zasadzie...

Na dzień dzisiejszy tylko 2200 słów. Mało bardzo, patrząc na to że większość rozdziałów ma tych słów po jakieś 5 tysięcy, ale nie oszukujmy się, nie dam rady napisać więcej teraz. 

Jak już pisałam w poprzednim wpisie, mam pełno problemów z którymi sobie nie radzę. Nie jestem przez to w stanie napisać niczego więcej... Wiecie, te pisanie jest moją odskocznią od życia codziennego. W tych wspomnieniach które opisałam tutaj opisałam po części wszystko co siedzi mi w głowie ubierając to w magiczną historię - oczywiście nie mówię dosłownie to co siedzi mi w głowie. 

Kurcze mam tyle Wam do wyjaśnienia, a totalnie nie mam pojęcia jak to zrobić, więc zróbmy tak - zadawajcie mi w komentarzach wszelkie pytania jakie moglibyście mieć do mnie - zaczynając można od prywatnych jak i takich strikte do tej książki. Zbiorę wszystkie i odpowiem na końcu następnego rozdziału.

Tutaj możecie opowiedzieć też jak Wy się trzymacie? Co u Was słychać? Zmieniło się coś przez ten rok? Na pewno wiele. Opowiadajcie! Bardzo chętnie wysłucham Was.

Nie będę już zanudzać, po prostu życzę każdemu kto dotrwał do tego momentu miłego dnia ♥️ Trzymacie się ciepło 🥰♥️ 

sobota, 24 września 2022

Powrócić, albo zakończyć...





Cześć wszystkim (o ile jeszcze tu ktoś jest), dawno tu nic nie było (już chyba ponad rok, jak nie więcej) za co naprawdę przepraszam... W moim życiu działo się naprawdę wiele, niestety głównie przykrych wydarzeń przez które zaniedbałam jedną ze swoich pasji jaką jest pisanie opowiadań...

Wiem, że to takie głupie tłumaczenie... Ale po prostu wszystko mnie przerosło... Mam kurcze ledwo 18 lat (skończone co prawda w marcu, ale jednak) i już od roku zmagam się z problemami które mnie nie powinny dotyczyć, a jednak dotyczą... Nie daję rady z tym, po prostu,  a jedynymi plusami tego jest fakt, że spełniłam swoje drobne marzenia... Jednak dzisiaj po ponad roku pewna osoba skomentowała mi kilka razy jeden z rozdziałów w tej "książce" i kurcze... Uświadomiłam sobie jak mi brakuje tego pisania... Ale mimo to zastanawiam się czy porzucić już kompletnie tą książkę mimo kilku pomysłów na nią, albo zakończyć ją szybko, czy lepiej spróbować wrócić do pisania nieregularnie rozdziałów... Jak myślicie? Byłby ktoś w ogóle zainteresowany tym jeszcze?


*Na zdjęciu ja z moim idolem w momencie kiedy byłam w najgorszej chwili,  po koncercie,  ale jednocześnie najszczęśliwsza*

piątek, 30 kwietnia 2021

Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja...

 ~Wieczorem po przyjeździe małżeństwo wspólnie z dziećmi wybrało się do casa de fado, jednej z popularniejszych restauracji w Lizbonie, gdzie mogli posłuchać cudownej, portugalskiej muzyki...~


Przed końcem wakacji rodzina Lupinów wróciła do domu. Tam czekała na nich szara codzienność i chociaż wspólny wyjazd zjednoczył rodzinę, tak powrót do domu był jednocześnie powrotem do szarej rzeczywistości. Do powrotu do Hogwartu zostało dzieciom kilka dni. Wieczorem Remus miał już się położyć z żoną, gdy do sypialni małżeństwa wszedł ich najstarszy syn wraz z młodszą siostrą Kathrine.

- Co się stało? - zapytał mężczyzna. - Czemu nie śpicie?

- Ja bym spał, ale Kate mnie obudziła. - odpowiedział siedemnastolatek.

- Bo boję się spać. - oznajmiła dziewczynka.

- Dlaczego? - wtrąciła tym razem matka dzieci.

- Nie wiem, po prostu mam jakieś złe przeczucie. - mówiąc to dziewczynka spuściła głowę.

- Hej, spokojnie. Poszedłbyś z  nią do salonu Ted? - poprosił,  a bardziej polecił Remus.

- Jasne. - odpowiedział  chłopak. - Chodź Katie.

Kiedy zaprowadził siostrę do salonu i doszedł do nich Remus, Theodor skierował się do schodów prowadzących na piętro domu. Nie dane mu było iść odpocząć, ponieważ trójka jego młodszego rodzeństwa zeszła właśnie na dół.

- Które Ciebie obudziło? - zapytał ziewając Colin.

- Kate, a Ciebie? - odparł.

- Susanne,  ale Jack stał z nią, więc można powiedzieć, że oboje. - odpowiedział szesnastolatek.

- Chodźcie. - powiedział najstarszy z rodzeństwa i zaprowadził bliźnięta i brata do salonu, gdzie ich ojcu udało się wesprzeć i pocieszyć starszą z pośród dwóch córek.

- Też nie możecie spać? - zapytał ojciec swoje dzieci.

- Yhym. - mruknął śpiący Colin.

- Może poczytaj im Remus coś innego niż bajki? - zaproponowała Nimfadora, która właśnie wyszła z sypialni.

- Niby co? Większość książek jakie mam to kryminały, nie będę im takich rzeczy czytał. - odpowiedział mężczyzna żonie.

- I dlatego masz żonę,  która kupuje różne książki. - odpowiedziała kobieta. - Zaraz przyjdę. - dodała i poszła do biblioteczki,  w której rodzina trzymała wszelkie książki.

Kiedy wróciła miała ze sobą siedem dość cienkich książek. Wszystkie były autorstwa Clive'a Staples'a Lewis'a. Ich tytuł główny brzmiał "Opowieści z Narnii", jednak przy każde był inny podtytuł. Pierwszy, który Nimfadora podała mężowi do rozpoczęcia brzmiał "Lew,  Czarownica i Stara Szafa".

- Zacznij pierwszy rozdział,  drugi ja mogę czytać. A od jutra możemy wszyscy czytać po kolei codziennie po jednym lub dwa rozdziały. - zwróciła się do męża.

- Niech Ci będzie Dora. - poddał się Remus i wziął książkę z rąk żony. - Rozdział pierwszy. Łucja zagląda do szafy. 

BYŁO RAZ CZWORO DZIECI: Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja. Opowiem wam o tym, co im się przydarzyło. Podczas wojny wysłano je z Londynu na wieś, aby były bezpieczne w okresie bombowych nalotów na miasto. Zamieszkały w domu pewnego starego Profesora, który żył w głębi kraju, na wsi, dziesięć mil od najbliższej stacji kolejowej i dwie mile od najbliższej poczty. Profesor nie miał żony i mieszkał w wielkim starym domu, ze swoją gospodynią, panią Macready, i jej trzema pomocnicami. (Jeżeli już chcecie wiedzieć, to nazywały się Ivy, Margaret i Betty, ale w tej historii nie odegrały większej roli.) Profesor był bardzo stary i miał krzaczastą, białą brodę, która łączyła się z równie siwą czupryną, a rosła tak gęsto i obficie, że na twarzy pozostawało już niewiele wolnego miejsca. Dzieci szybko go polubiły, choć przy pierwszym spotkaniu w drzwiach starego domu wydał im się postacią tak bardzo dziwaczną, że Łucja (która była najmłodsza) trochę się go przestraszyła, a Edmund (który był następny w kolejności wieku) o mało nie wybuchnął śmiechem; uratowała go chusteczka, w której ukrył twarz udając, że wyciera nos. Pierwszego wieczora, kiedy dzieci powiedziały już Profesorowi dobranoc, pobiegły na górę do swoich sypialni. Tyle było jednak spraw do omówienia, że przed położeniem się do łóżek chłopcy przyszli do pokoju dziewczynek na krótką naradę.

 - No, to się nam udało, nie ma co - powiedział Piotr. - Założę się, że tu będzie fantastycznie. Ten stary pozwoli na wszystko, co tylko nam przyjdzie do głowy. 

- Uważam, że to strasznie miły staruszek - powiedziała Zuzanna. 

- Och, dajcie spokój - przerwał im Edmund, który był już zmęczony, a pragnął sprawiać wrażenie nie zmęczonego, co zawsze wprawiało go w zły humor. - Przestańcie tak gadać. 

- To znaczy jak gadać? - spytała Zuzanna. - A w ogóle powinieneś już leżeć w łóżku. 

- Próbujesz przemawiać jak mama - powiedział Edmund. - A kim ty właściwie jesteś, że mówisz mi, kiedy mam iść do łóżka? Sama sobie idź do łóżka. 

- Myślę, że lepiej będzie, jeśli wszyscy pójdziemy już spać - wtrąciła się Łucja. - Jak usłyszą, że jeszcze rozmawiamy, będzie awantura. 

- Nie będzie żadnej awantury - powiedział Piotr. - Mówię wam, że to taki dom, w którym nikt nie będzie sobie specjalnie zawracał głowy tym, co robimy. A zresztą i tak nas nie usłyszą. Z jadalni idzie się tu prawie dziesięć minut przez te wszystkie korytarze i schody.

- Co to za dziwny odgłos?! - spytała nagle Łucja. 

Nigdy jeszcze nie była w tak dużym domu i na samą myśl o tych wszystkich długich korytarzach, z rzędami drzwi wiodących do pustych pokojów, ciarki przebiegły jej po plecach. 

- To tylko jakiś ptak, głuptasie - powiedział Edmund. 

- To sowa - powiedział Piotr. - Wygląda mi na to, że trafiliśmy do prawdziwego raju dla ptaków. Jeśli chodzi o mnie, to idę do łóżka, a wam radzę zrobić to samo. Od jutra rozpoczynamy badanie okolicy. W takim miejscu można znaleźć rzeczy, o jakich wam się nie śniło. Widzieliście te góry w pobliżu? A te lasy? Tu mogą być orły. Mogą być jelenie. I jastrzębie. 

- Borsuki! - dodała Łucja. 

- Lisy! - dodał Edmund. 

- Króliki! - dodała Zuzanna. 

 Ale następnego ranka obudziło ich monotonne bębnienie deszczu, tak gęstego, że przez okno nie było widać ani gór, ani lasów, ani nawet strumyka płynącego przez ogród. 

- Oczywiście MUSI padać! - stwierdził Edmund. 

Właśnie skończyli śniadanie z Profesorem i byli już na górze, w pokoju, który im przydzielono. Był to długi, niski pokój z dwoma oknami wychodzącymi na dwie różne strony świata. 

- Och, Edziu, proszę cię, przestań narzekać - powiedziała Zuzanna. - Stawiam dziesięć do jednego, że przejaśni się w ciągu godziny. Tymczasem nie jest tak źle. Mamy radio i mnóstwo książek. 

- Jeżeli chodzi o mnie, to na razie nie skorzystam - wtrącił Piotr. - Zamierzam najpierw dokładnie zwiedzić ten dom. 

Wszyscy chętnie na to przystali i tak zaczęły się ich przygody. Dom był pełen zakamarków i niespodzianek, wielki, z rodzaju tych wielkich domów, co to zdają się nigdy nie mieć końca. Jak można było się spodziewać kilkoro pierwszych drzwi, które otworzyli, wiodło do pustych sypialni, wkrótce jednak doszli do bardzo długiego pokoju pełnego obrazów na ścianach; odkryli tu kompletną starą zbroję. Dalej był pokój obity zieloną tkaniną, ze stojącą w rogu harfą, następnie przejście prowadzące trzy stopnie w dół, a potem pięć stopni w górę, za nim niewielka komnata z drzwiami na balkon, a dalej cały szereg połączonych ze sobą pomieszczeń z półkami pełnymi książek, przeważnie bardzo starych, niektóre z nich były z pewnością większe od Biblii w kościele. Wkrótce potem dotarli do prawie pustego pokoju, w którym stała stara szafa z dużym lustrem w drzwiach. Nie było tu nic więcej, jeśli nie liczyć stojącej na parapecie pustej butelki z niebieskiego szkła.

- Tu nic nie ma! - stwierdził Piotr i wszyscy poszli dalej. 

Wszyscy - oprócz Łucji, która pomyślała sobie, że warto by na wszelki wypadek sprawdzić, czy drzwi szafy nie dadzą się otworzyć, choć była prawie pewna, że będą zamknięte. Ku jej zdumieniu otworzyły się z łatwością, a na podłogę wypadły dwie kulki naftaliny. Kiedy zajrzała do środka, zobaczyła rząd wiszących płaszczy. Były to przeważnie futra, a trzeba wam wiedzieć, że dla Łucji nie było nic milszego nad zapach i dotyk futer. Nie wahając się ani chwili, weszła do szafy i zanurzyła się w futrach, z rozkoszą wtulając w nie twarz. Oczywiście nie zapomniała o pozostawieniu otwartych drzwi, ponieważ wiedziała, że to bardzo głupio przypadkowo zamknąć się w szafie. Postąpiła krok czy dwa w głąb i stwierdziła, że wewnątrz jest jeszcze drugi rząd płaszczy. Tutaj było już prawie zupełnie ciemno i Łucja wyciągnęła ręce przed siebie, by nie uderzyć głową w tylną ścianę szafy. Zrobiła jeszcze jeden krok naprzód, potem jeszcze dwa lub trzy, wciąż spodziewając się, że końcami palców dotknie drewnianej ściany. Ale nic takiego nie nastąpiło. „To musi być naprawdę ogromna szafa" - pomyślała, posuwając się wciąż dalej i rozgarniając miękkie futra, aby zrobić sobie miejsce. Nagle zauważyła, że coś skrzypi pod jej nogami. „To chyba kulki naftaliny", pomyślała i schyliła się, chcąc namacać je ręką. Ale zamiast twardego i gładkiego drewna podłogi wyczuła coś miękkiego, sypkiego i zimnego. 

- To bardzo dziwne - powiedziała do siebie i zrobiła jeszcze krok lub dwa. 

Teraz jej twarz i ręce przestały wyczuwać miękkość futer, a napotkały coś twardego i szorstkiego, a nawet kłującego. 

- Ależ to zupełnie przypomina gałęzie drzew! - wykrzyknęła i nagle zauważyła jakieś światło. 

I to wcale nie kilkanaście centymetrów przed sobą, tam gdzie powinna być tylna ściana szafy, lecz w oddali. W chwilę później zdała sobie sprawę, że stoi pośrodku lasu, jest noc, pod nogami ma najprawdziwszy śnieg, którego płatki wirują w powietrzu. Łucja trochę się przestraszyła, ale jednocześnie była ciekawa i podniecona. Spojrzała przez ramię za siebie. Między czarnymi pniami drzew wciąż widziała otwarte drzwi szafy, a nawet kawałek pustego pokoju. (Oczywiście zostawiła drzwi otwarte, ponieważ pamiętała, że to bardzo głupio zamknąć się w szafie.) Wyglądało na to, że w pokoju nadal jest dzienne światło. „Gdyby coś było nie w porządku, zawsze mogę wrócić" - uspokoiła się i zaczęła iść przez las, skrzyp-skrzyp po śniegu, ku dziwnemu światłu przed sobą. Kiedy po blisko dziesięciu minutach doszła do światła, przekonała się, że to świeci latarnia na słupie. A kiedy tak stała i patrzyła na nią, rozmyślając, skąd się wzięła latarnia w środku lasu i co robić dalej, usłyszała odgłos zbliżających się kroków. Wkrótce potem bardzo dziwna postać z parasolem wynurzyła się spomiędzy drzew i weszła w krąg światła rzucany przez latarnię. Dziwna istota była tylko trochę wyższa od Łucji. Od pasa w górę przypominała człowieka, ale jej nogi były nogami kozła (pokrytymi czarną, połyskującą w świetle latarni sierścią), a zamiast stóp miała najprawdziwsze kopytka. Miała też ogon, choć w pierwszej chwili Łucja go nie zauważyła, ponieważ był elegancko przewieszony przez trzymającą rozłożony parasol rękę, zapewne po to, aby nie ciągnął się po śniegu. Szyję otulał czerwony, wełniany szalik, a jej skóra miała również lekko czerwoną barwę. Twarz wędrowca była dziwna, lecz miła. Miał krótką, ostro zakończoną bródkę i kręcące się włosy, z których wystawały dwa małe różki. W jednej ręce, jak już powiedziałem, trzymał otwarty, biały od śniegu parasol, w drugiej - kilka paczek owiniętych w brązowy papier, jakby wracał z zakupów przed Bożym Narodzeniem. Był to faun. Kiedy zobaczył Łucję, tak gwałtownie podskoczył z wrażenia, że wszystkie paczki wypadły mu z rąk. 

- Boże miłosierny! - wykrzyknął.

Zanim Nimfadora zdążyła pomyśleć o odebraniu mężowi książki ten zaciekawiony ciągiem dalszym kontynuował.

Rozdział drugi "Co Łucja tam zobaczyła". 

DOBRY WIECZÓR - powiedziała Łucja. 

Faun był tak zajęty zbieraniem swoich paczek, że w pierwszej chwili nie odpowiedział na jej powitanie. Dopiero kiedy skończył, lekko się skłonił i powiedział: 

- Dobry wieczór, dobry wieczór. Najmocniej przepraszam, nie chciałbym być zbyt natrętny, ale czy nie mylę się sądząc, że jesteś Córką Ewy? 

- Mam na imię Łucja - odpowiedziała, nie bardzo rozumiejąc, o co mu chodzi. 

- Ale czy nie jesteś, proszę mi wybaczyć, czy nie jesteś kimś, kogo się nazywa „dziewczynką"? - zapytał faun. 

- Oczywiście, że jestem dziewczynką - zgodziła się Łucja. 

- Czy to znaczy, że jesteś człowiekiem? 

- Oczywiście, że jestem człowiekiem - powiedziała Łucja coraz bardziej zdziwiona. 

- Naturalnie, naturalnie. Cóż za głupiec ze mnie! Ale proszę zrozumieć, jeszcze nigdy nie widziałem Syna Adama lub Córki Ewy. Bardzo się cieszę. Trzeba ci bowiem wiedzieć... - i tu urwał, jakby miał powiedzieć coś, czego nie zamierzał, ale w porę ugryzł się w język. 

- Bardzo mi przyjemnie. Pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Tumnus. 

- Miło mi pana poznać, panie Tumnusie - powiedziała Łucja. 

- A czy wolno mi zapytać, o Łucjo, Córko Ewy, w jaki sposób znalazłaś się w Narnii? 

- W Narnii? A co to takiego? - zapytała Łucja. 

- Przecież znajdujemy się w kraju, który nazywa się Narnią. Wszystko, co leży między Latarnią a wielkim zamkiem Ker-Paravelem nad wschodnim morzem - wszystko to należy do Narnii. A ty, ty zapewne przybywasz z Zachodniej Puszczy? 

- Ja... ja przyszłam tu ze starej szafy w garderobie - wyjąkała Łucja. 

- Ach! - westchnął pan Tumnus melancholijnie. - Gdybym tylko trochę bardziej przykładał się do geografii, kiedy byłem małym faunem, to bez wątpienia wiedziałbym wszystko o tych dalekich i dziwnych krajach. Teraz już na to za późno. 

- Ale to wcale nie są żadne kraje - powiedziała Łucja, rozbawiona. - To jest tam, zaraz za nami... a w każdym razie... no, nie jestem taka pewna. Tam jest lato. 

- Jednakże - zauważył pan Tumnus - w Narnii jest zima, i to od tak dawna! Jeżeli będziemy tak stać i rozmawiać w tym śniegu, to możemy się przeziębić. Czy Córka Ewy z dalekiego kraju Gar-Deroby, gdzie panuje wieczne lato wokół prześwietnego miasta Staraszafa, nie zechciałaby przyjąć zaproszenia na mały podwieczorek? 

- Bardzo panu dziękuję, panie Tumnusie - powiedziała Łucja - ale zastanawiałam się właśnie, czy nie powinnam już wracać. 

- To zaledwie parę kroków stąd - nalegał faun. - Będzie też ogień na kominku i grzanki, i sardynki, i ciasto... 

- To bardzo uprzejme z pana strony - powiedziała Łucja. - Ale naprawdę nie będę mogła zostać zbyt długo. 

- Gdybyś zechciała wziąć mnie pod rękę, Córko Ewy, to parasol osłoni nas oboje. Idziemy w tamtą stronę. A więc - w drogę! 

I w ten sposób Łucja szła teraz przez las, trzymając pod rękę tę dziwną istotę, jakby znali się od urodzenia. Nie uszli daleko, gdy...

Kontynuował Remus i tak zamiast jednego, dwóch rozdziałów, Remus przeczytał prawie całą książkę. W czasie kiedy kończył czytać Nimfadora przygotowała się do zabrania książek od męża, wiedząc, że mężczyzna będzie chciał jeszcze tej samej nocy rozpocząć kolejną książkę.

Rozdział siedemnasty, Polowanie na białego jelenia.

NIE MINĘŁO NAWET KILKA MINUT od ich przybycia, a było już po bitwie. Większość wrogów zginęła w wyniku pierwszej szarży Aslana i jego towarzyszy, a kiedy ci, którzy pozostali przy życiu, zobaczyli śmierć Czarownicy, poddali się albo rzucili do ucieczki. Łucja zobaczyła Piotra i Aslana ściskających sobie ręce. Dziwne było widzieć Piotra takim, jakim był teraz: jakby postarzały, z twarzą pobladłą i srogą... 

Zatem weszli śmiało w gęstwinę leśną i zanim jeszcze zdążyli zrobić pierwsze dwadzieścia kroków, przypomnieli sobie, że owa dziwna rzecz nazywa się Latarnią, a zanim zrobili drugie dwadzieścia kroków, zauważyli, że nie przeciskają się już między gałązkami jodeł, lecz między futrzanymi płaszczami. A w chwilę później wszyscy wysypali się - jedno po drugim - przez otwarte drzwi starej szafy do pustej garderoby i nie byli już królami i królowymi we wspaniałych myśliwskich strojach, lecz Piotrem, Zuzanną, Edmundem i Łucją w starych dziecinnych ubrankach. I był to ten sam dzień i ta sama jego pora, kiedy wszyscy czworo wskoczyli do szafy, aby się w niej schować. Z korytarza dobiegły ich głosy pani Macready i zwiedzających, ale na szczęście nikt nie wszedł do garderoby i dzieci nie zostały odkryte. I to byłby już naprawdę koniec tej historii, gdyby cała czwórka nie poczuła, że naprawdę trzeba wyjaśnić Profesorowi, dlaczego w starej szafie brakuje czterech płaszczy. A Profesor, który był człowiekiem bardzo osobliwym, nie powiedział im nic takiego, jak: „Nie bądźcie głupi!" albo: „Przestańcie kłamać!", ale uwierzył w całą tę historię. 

- Nie - powiedział - nie sądzę, aby mogło coś dobrego wyniknąć z próby powrotu do Narnii przez drzwi szafy w celu przyniesienia tych płaszczy. Nie dostaniecie się już do Narnii TĄ drogą. I nie sądzę, aby był wielki pożytek z tych płaszczy, nawet gdybyście się tam dostali. Cóż to? Co się stało? No więc, tak, oczywiście, kiedyś jeszcze do Narnii powrócicie. Kto raz został królem w Narnii, na zawsze nim pozostanie. Ale nie próbujcie nigdy używać tej samej drogi. Powiem więcej: nie PRÓBUJCIE w ogóle tam się dostać. To się stanie samo, właśnie wtedy, kiedy nie będziecie się o to usilnie starać. I nie rozmawiajcie za dużo o tym wszystkim, nawet między sobą. A innym w ogóle o tym nie wspominajcie, chyba że spotkacie takich, co sami przeżyli przygody tego rodzaju. Co znowu? Po czym to poznać? Och, będziecie o tym dobrze WIEDZIEĆ. Będą mówić dziwne rzeczy, a nawet ich wygląd będzie nieco dziwny. Miejcie oczy otwarte. Coś takiego! Czego oni ich NAPRAWDĘ uczą w tych szkołach! 

I tu już jest naprawdę koniec przygody ze starą szafą. Ale, jeśli Profesor miał rację, był to dopiero początek narnijskich przygód.

- Na dzisiaj koniec. - jako pierwsza po przeczytaniu ostatniego zdania odezwała się Nimfadora. - Kolejną książę możemy przeczytać jutro. Teraz do łóżek, wszyscy. - zarządziła pani domu.

- Mamo poczytajmy. - zaczęła Kate. - Tylko jeden rozdział. No proszę.

- Nie ma opcji Kate. Do pokoi, wszyscy. - powiedziała nieugięta kobieta.

- Kochanie co nam szkodzi? - popierał córkę Remus.

- Tato nam też się książka podobała, ale ja chce spać, a nie całą noc czytać. Jest już prawie piąta nad ranem. - poparł matkę Colin.

- Zgadzam się z Colem. - powiedział Theodor. - Chodźmy teraz spać, rano pominiemy śniadanie, a po obiedzie przeczytamy kolejną książkę.

- Niech Wam już będzie. - zgodził się Remus, wiedząc, że jest z córką na przegranej pozycji.

Wszyscy zgodnie położyli się spać, jednak Kathrine wciąż nie mogła zasnąć, więc zabrała swój ulubiony koc i udała się do pokoju najstarszego z braci.

- Teddy śpisz? - zapytała.

- Prawie, co się dzieje? - odpowiedział sennym głosem nastolatek.

- Mogę się z tobą położyć? Nie zasnę teraz sama. - powiedziała dziewczynka.

- Właź,  ale już cicho. - powiedział coraz bardziej wykończony chłopak odsuwając się pod ścianę i odsuwając kołdrę, aby jego siostra mogła wejść pod nią i przykryć się. Dziewczynka położyła się z bratem i po kilku minutach oboje zasnęli. Kiedy ich ojciec udał się do pokoi dzieci kilkanaście minut później, aby upewnić się, że wszystkie śpią, nie mógł się oprzeć i zrobił zdjęcie swojej córce i synowi,  na którym widać było jak rodzeństwo śpi wtulone w siebie. Kilka minut później cała rodzina pogrążyła się we śnie...

czwartek, 1 kwietnia 2021

BONUS PRZEDŚWIĄTECZNY

*Remus*

Udałem się po Teda,  Colina i Kathrine na stację King's Cross,  aby odebrać ich z peronu dziewiątego i trzy czwarte. Były to pierwsze święta bez mojej teściowej. Dora została z bliźniętami, uznaliśmy, że nie będę brał ich ze sobą ze względu na niezbyt ciekawą pogodę. Mimo że wolałbym inaczej,  wiedziałem, że moja żona potrzebuje tego. Potrzebowała po prostu odciąć myśli od wszystkiego i zająć się czymś, a dzieci jej w tym pomagały, w końcu potrzebowały sporo uwagi.

Na najstarszą trójkę czekałem niecałe dziesięć minut. Dość szybko się odnaleźliśmy i teleportowałem się z całą trójką do domu. W wejściu powitał nas Jackob. Susanne i Dora czekały w salonie,  gdzie moja żona czesała naszą pięcioletnią córeczkę. Po przywitaniu się Ted i Colin udali się zanieść bagaże swoje i Kate do pokoi. Bliźnięta z Dorą i Kathrine zostali w salonie, gdzie Kate zaczęła opowiadać mojej żonie swoje pierwsze wrażenia ze szkoły. Ja w tym czasie udałem się do kuchni, aby przygotować sobie i swojej rodzinie gorącą czekoladę na rozgrzanie.

Kiedy wróciłem z parującymi kubkami,  chłopcy wraz z resztą mojej rodziny siedzieli i rozmawiali z Nimfadorą. Widziałem, że Teddy i Col chcą pomóc mamie, jednak nie wiedzieli jak,  postanowiłem, że im podpowiem, zamiast zakazywać pomocy.

- Mam propozycję. - przerwałem Teddy'iemu opowieść o tym jak wraz z Louis'em i Luck'iem o drugiej nad ranem wystraszyli kilka dziewczyn z domu Ravenclaw.

- Jaką? - zapytała moja żona.

- Co wy na to, że mama odpocznie, a my zajmiemy się przygotowaniami do świąt? - zaproponowałem. - Jak będziesz Dora chciała to po prostu możesz coś tam komuś pomóc, ale nie robisz niczego sama.

- A mogę pomóc przy pieczeniu ciast? - zapytała Kathrine.

- Pewnie, możesz nawet sama jakieś zrobić, ja Ci będę pomagał, żebyś sobie krzywdy nie zrobiła. Co ty na to? - zaproponowałem córce.

- Tak! Mamo,  chłopaki,  zgódźcie się... Proszę.. - zaczęła przekonywać.

- Dla mnie super. - uznał Colin. - Ale ja robię jedne ciastka i mogę jeszcze indyk, sałatkę gyros i świąteczny pudding. A do tego mogę z Tedem dekorować salon. - powiedział piętnastolatek.

- Mi to pasuje. - powiedział Teddy. - Ja jeszcze mogę zrobić parówki w cieście z bekonem, biszkopt z whisky, trifle z mrożonymi owocami i kruche ciasteczka z kandyzowanymi owocami. Ty tato możesz zrobić kilka mięsnych potraw. - powiedział mi.

- Okej, to Kate zrobi piernik i pierniczki, plus pomoże Wam w dekorowaniu salonu. Jack, Susie pomożecie mi w kuchni i będziecie pilnować, żeby mama nie robiła sama niczego, okej? - zwróciłem się do najmłodszych dzieci. 

- Dobrze tatusiu. - powiedziała do mnie pięciolatka.

Wiedziałem, że moja żona nie jest z tego niezadowolona, ale wolałem to niż żeby się przemęczyła. Jednocześnie wiedziałem, że zamiast rozmyślać będzie sama się próbować wplatać w pomoc mi i dzieciom, szczególnie Kate.

***

*Theodor*

Te święta miały być inne. Bez babci. Było nam wszystkim ciężko,  ale mama przeżywała to najgorzej. Dlatego z Colinem jeszcze w szkole postanowiliśmy, że zrobimy co tylko możliwe w czasie świąt, żeby mamie pomóc. Tata swoją propozycją nam tylko to ułatwił i pomógł.

Wszystko szło nam gładko. O dziwo nawet indyk wyszedł Colinowi świetnie.

W same święta mama starała się udawać szczęśliwą, ale nawet bliźnięta widziały, że coś jest nie tak. Dlatego z tatą wszystko starałem się im tłumaczyć. Po śmierci babci uznałem, że muszę przejąć rolę taty dopóki mama nie wróci do siebie. Oczywiście w domu, bo chcąc nie chcąc musiałem się uczyć, więc będąc w Hogwarcie nie mogłem tacie pomóc. Jedynie mogłem wspierać Cola i Kate. Mimo to sam podobnie jak tata ledwo sobie z tym radziłem. Niby ojciec rozmawiał ze mną kilka razy,  ale ja za każdym razem go zbywałem. Nie chciałem, żeby musiał przejmować się jeszcze mną. Wolałem, żeby zajął się mamą, uznałem, że sam sobie poradzę.

Po świętach i Nowym Roku wróciliśmy do szkoły. Moi przyjaciele wiedzieli o  wszystkim, więc jak tylko nie było przy mnie mojego rodzeństwa, które starałem się wspierać bardziej niż kiedykolwiek pozwalali mi po prostu na chwilę słabości... Przynajmniej wiedziałem,  jak wspaniałych znalazłem przyjaciół.

***

*Colin*

Najgorsze co kiedykolwiek widziałem to niekoniecznie pogrzeb babci. Wiedziałem, że prędzej czy później ona umrze ze względu na swój wiek i choroby. Ale nie potrafiłem patrzeć na cierpienie Teda, Kate, taty i bliźniąt, a już szczególnie mamy. To było coś strasznego. Chciałem im wszystkim pomóc, ale sam potrzebowałem tej pomocy. W końcu uznałem, że porozmawiam po prostu z wujkiem Nevile'm. Był nauczycielem plus w pewnym sensie członkiem rodziny. Wiedziałem,  że mogę mu zaufać w takim samym stopniu co Teddy'emu. Po rozmowie z wujkiem poczułem się trochę lepiej. Dał mi na pewno wiele cennych rad, które przydadzą się nie tylko mi i mojej rodzinie, ale też innym...

***

*Remus*

Kate,  Colin i Ted byli już w Hogwarcie, a ja z Dorą i bliźniętami w domu. Moja żona niedługo po nowym roku wróciła do pracy. Nie chciałem się na to zgadzać, ale wiedziałem, że nie odpuści. Bliźnięta były głównie pod opieką Ginny, moją lub bliźniaków Weasley. Co prawda nie byłem z początku przekonany co do pomysłu Freda i George'a, aby to oni zajęli się moimi dziećmi, ale nie miałem wyjścia, więc im zaufałem. Okazało się,  że byli świetnymi "opiekunkami" dlatego często zostawali z naszymi dziećmi. Jako, że sami byli ojcami,  a w sklepach obecnie pracowało na zmiany po dziesięciu pracowników w każdym sklepie (i na Pokątnej i w Hogsmeade) plus ja i chłopaki,  nie martwiliśmy się o to, kto będzie musiał iść do pracy, bo właściwie ja bywałem w pracy maksymalnie pięć razy w tygodniu, a bliźniacy z kolei wpadali tylko wypłacać wypłaty,  organizować zamówienia i ewentualnie zastąpić jakiegoś pracownika. 

Martwiłem się jednak o swoją żonę, ale oprócz wsparcia, nic nie mogłem zrobić i to mnie najbardziej dobijało. W końcu po kilku tygodniach Dora za moją namową udała się do psychouzdrowiciela*, na szczęście dużo jej to pomogło. Dlatego zanim dzieciaki wróciły ze szkoły, moja żona była prawie, że tą samą kobietą, którą poznałem, jedyne co to nie była już aż tak niezdarna jak te dwadzieścia lat temu. Ale z dnia na dzień w moich oczach była mimo wszystko piękniejsza.

***

*Kathrine*

W Hogwarcie zostałam przydzielona do Gryffindor'u tak jak mój najstarszy brat Ted. Kiedy wróciliśmy do domu w czerwcu mama znów była sobą. Cieszyło mnie to, bo mimo wszystko się o nią martwiłam. Wiedziałam, że Ted wie co się dzieje, podobnie jak Col, bo obaj byli w kontakcie z tatą. Ja niby też, ale mi najmniej mówili. Wiedziałam tylko,  że mama była na jakiejś terapii u psychouzdrowiciela i to bardzo jej pomogło. 

Mimo wszystko dobrze być znowu w domu. A najlepiej jeśli widzę moją rodzinę pozornie szczęśliwą mimo bólu jaki dostarczyła nam śmierć babci Dromedy.

- Kochanie opowiesz nam coś o swoich przyjaciołach? Poznałaś kogoś? - moje rozmyślania przerwała mi właśnie mama. Widocznie skończyła "przesłuchiwać" chłopaków.

- Poznałam w sumie trzy osoby. Elisabeth jest w Ravenclaw, ale świetnie się rozumiemy. Zaprzyjaźniłyśmy się. Jest też dwóch Gryfonów Zayn i Louis. Chłopacy znają się od dziecka, ale szybko się dogadali ze mną i Betty. Lubimy spędzać razem czas. Ale poza tym to niewiele się działo. Głównie nauka, ale pod koniec roku profesor Snape pochwalił mnie i Zayn'a za dobre oceny z Eliksirów. - powiedziałam.

- No proszę,  to jednak chyba Snape serio się zmienił. - uznał mój tata.

- Remus daruj sobie. - powiedziała mama wywracając oczami.

- Ale sama wiesz jakie on miał podejście do dzieci. Szczególnie do mnie i moich przyjaciół. Nie wydaje Ci się dziwne, że... - tata nie dokończył swojego rozkminiania, bo mama walnęła w niego poduszką z kanapy. - Tak chcesz się bawić? - zapytał, a następnie odrzucił przedmiotem w mamę,  która zdążyła się odsunąć i ostatecznie oberwał Colin, który chcąc trafić w ojca trafił w Teda. Zaśmiałam się co mój brat wykorzystał.

- A Tobie tak do śmiechu? - zapytał a następnie oberwałam z poduszki.

To oczywiście rozpętało bitwę na poduszki do której przyłączyli się bliźnięta. Dwadzieścia minut później po całym salonie latało pełno pierza, które rozbawiony tata sprzątnął jednym machnięciem różdżki, a następnie zaczął wyjmować pióra mamie z włosów. Ted i Colin zrobili to samo mi i Susie, a następnie sobie wzajemnie i Jack'owi. W świetnych humorach późnym wieczorem wszyscy poszliśmy spać, aby przygotować się na nadchodzący kolejny dzień. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że będzie to jeden z najwspanialszych dni mojego życia.




*psychouzdrowiciel - taki jakby psycholog, tłumacząc na "mugolski", nie mam pojęcia czy w kanonie był wyróżniony czym zajmował się i jaki uzdrowiciel, a nie znalazłam nic na ten temat w internecie, więc uznałam, że można uznać tego psychouzdrowiciela za takiego odpowiednika psychologa - plus mam w planach umieścić kogoś w tym zawodzie, jak chcecie możecie zgadywać kogo mam na myśli - podpowiem, że to jeden z "głównych" bohaterów

Hejka! Wiem, że dawno nie było mnie tutaj, ale jak widać jestem kiepska w dotrzymywaniu obietnic. Dodatkowo ostatnio różnie bywa w moim życiu,  raz lepiej, raz gorzej, szczególnie zdrowotnie (i nie, to nie nasz wirus, po prostu przez fakt, że ciężko mi umówić się do lekarza to nie miałam jak iść na kilka wizyt - do tej pory nie wiem kiedy będę w końcu mogła iść) Właśnie z tych powodów rozważam zakończenie tej książki za kilka rozdziałów, mimo, że planowałam zakończyć ją na jakimś czterdziestym rozdziale... Ale nie wiem, zastanowię się jeszcze i dam Wam znać, póki co nic nie będę robić z tym, a jeszcze dzisiaj postaram się napisać na jutro lub sobotę rozdział.

Opowiadajcie też co u Was? Jak się trzymacie?

Nie wiem jak szybko cos dodam, więc już teraz życzę Wszystkim Wesołych,  radosnych i rodzinnych (na miarę możliwości) świąt Wielkiejnocy!

W.

niedziela, 7 marca 2021

Pogrzeb

 ~ - Bywa. - odpowiedziała mu Mia, po czym zamienili jeszcze kilka zdań z młodszym bratem Theodora, a następnie cała szóstka wyszła z pokoju, chcąc, aby pójść spać do przydzielonych im pokoi. ~

Mijały dni, tygodnie, miesiące... W końcu upłynęło pięć lat. Całe pięć lat,  w czasie których w rodzinie Lupin trochę się pozmieniało. Bliźnięta już nie były tak małe, ale podobnie jak ich starsze rodzeństwo kiedyś, byli bardzo żywiołowi. Szczególnie młoda metamorfomag. Suzanne odziedziczyła tę zdolność po matce. Oprócz Nimfadory i dziewczynki zdolność tę posiadał jedynie Theodor. Reszta dzieci nie odziedziczyła daru matki. Jackob i Suzanne byli w wieku, w którym dzieci często zadają pełno pytań.

W ciągu tych pięciu lat zmienił się również skład rodziny oraz niektóre zachowania. Theodor rozpoczął kolejną generację Huncwotów i razem z częścią swoich przyjaciół wykonywał różne żarty na uczniach i nauczycielach Jedynymi osobami, które nigdy nie padały ofiarą ich żartów była niegdyś profesor McGonagall, która przeszła już na emeryturę oraz profesor Longbottom, którego Ted znał od dziecka i uwielbiał oraz ich rodzeństwo, czy ich przyjaciele. Dzięki temu chłopiec mimo sławnych rodziców zyskał dodatkowo na popularności. Będąc w czwartej klasie zaczął inaczej patrzeć na pewną dziewczynę, którą znał od dziecka. Jednak mimo wszystko nie miał odwagi, aby jej o tym powiedzieć.

Colin z kolei na swoim pierwszym roku poznał dwójkę przyjaciół - Logana Kiehn oraz Simona Wilson. Chłopców połączyły wspólne pasje, wszyscy trzej uwielbiali fotografować, ale każdy z nich miał także inną pasję. Logan uwielbiał eliksiry, które swoją drogą na prośbę Theodora,  z którego bratem się przyjaźnił czasem przyrządzał niegroźne eliksiry do żartów o rok starszych kolegów. Colin podobnie jak ojciec był świetny z Obrony Przed Czarną Magią oraz Zaklęć. Natomiast Simonowi świetnie wychodziło zielarstwo. Wszyscy trzej dzielili dormitorium. Młodszy z najstarszych braci Lupin został Puchonem co nie przeszkodziło ani jemu,  ani jego bratu w utrzymywaniu tak samo przyjacielskich stosunków jak kiedyś. Mimo wszystko wszyscy trzej lubili jednak najbardziej się uczyć,  chociaż niekoniecznie ze wszystkich przedmiotów. A już na pewno wszyscy trzej byli pewni jednego - nie znosili lekcji wróżbiarstwa.

Kathrine w tym roku miała zacząć swoją przygodę w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, ale poza tym wciąż była tą samą ciekawską,  miłą i pomocną dziewczynką. Z kolei bliźnięta spędzali czas głównie na zabawie i poznawaniu otaczającego ich świata.

Zaczął się wrzesień, a z nim rok szkolny. Starsi chłopcy według obietnicy danej sobie i rodzicom opiekowali się młodszą siostrą,  która wraz z nimi wyruszyła do szkoły i zawsze pomagali jej, gdy tylko tego potrzebowała. Bliźniętami opiekowali się Remus i Tonks jednak kobieta z racji swojej pracy, do której wróciła, po dwóch latach od porodu, nie mogła być przy nich non stop,  jednak gdy tylko było trzeba poświęcała im czas i uwagę. Remus natomiast dzięki w pracy w sklepie bliźniaków Weasley nie miał najmniejszego problemu, aby czasem zabierać dzieci ze sobą. Jednak gdy zdarzały się dni,  w których żadne z rodziców nie mogli zająć się najmłodszymi pociechami, opiekę nad nimi sprawowała niezawodna babcia Andromeda.

Była połowa października,  gdy Nimfadora zmartwiona faktem,  że jej matka nie odpisuje na listy i nie ma z nią kontaktu wybrała się do niej wraz z Remusem. Kobieta miała złe przeczucia dlatego dzieci zostawiła pod opieką Bill'a i Fleur Weasley'ów. Będąc w domu matki przez kilka minut chodziła po pomieszczeniach szukając kobiety. I znalazła. Martwe ciało Andromedy Tonks leżało w sypialni. Wyglądała jakby spała,  jednak była cała zimna, sztywna i blada. Widząc to, Nimfadora wpadła w panikę. Remus próbując uspokoić żonę powiadomił za pomocą swojego patronusa Harry'ego Pottera, po czym wraz z nią zaczekał na pojawienie się Aurorów.

***

Pogrzeb Andromedy Tonks był dość mocnym ciosem dla wszystkich, zaczynając od najbliższej rodziny, kończąc po zwykłych znajomych. W momencie gdy trumna z ciałem kobiety została spuszczona do grobu Nimfadora nie wytrzymała i rozpłakała się bardziej niż do tej pory,  mimo, że wydawało się to niemożliwe. Po przemowie urzędnika nadszedł czas na przemowę rodziny. Zgodnie z umową przemowę wygłosili Ted i Colin, ponieważ Nimfadora nie była w stanie, natomiast jej mąż postanowił ją wesprzeć, a Kate i bliźnięta uznani byli za zbyt małych na coś takiego. Trójka starszych dzieci dostała specjalne pozwolenie nowego/starego dyrektora Hogwartu - Severusa Snape'a na opuszczenie szkoły na okres tygodnia. 

- Nie wiem co powiedzieć. - zaczął Theodor. - Nie każdy nas kojarzy, a na pewno nie nasze młodsze rodzeństwo, ale jestem Theodor, a to Colin. Babcia Andromeda jest mamą naszej mamy. Nie wierzę, że ona nie żyje. Ale w końcu się pozbieramy. Zawsze tak jest. Wiem,  że mama nie jest w stanie nic powiedzieć, bo tęskni za babcią, poza tym to rodzice ją znaleźli. Niestety było już za późno. Nie ma jej z nami ciałem,  ale zawsze będzie z nami duchem. Znałem babcię od zawsze. Była cudowną kobietą. Zawsze była kochana, pomocna, nie faworyzowała nikogo z nas. - mówił szesnastolatek płacząc. - Żałuję że nie zdążyłem jej pożegnać. Nikt z nas nie zdążył. Ale wiem, że ona zawsze z nami będzie. Może i jej nie będziemy widzieć, ale na pewno jakoś poczujemy jej obecność. Babcia zawsze będzie z nami w sercach. Mam nadzieję, że chociaż tam gdzie trafiła, będzie szczęśliwa. - zakończył.

- Ja chciałbym dodać, że niezależnie od tego co teraz będzie, nie możemy się poddawać. Mamo, wiem, że Ci ciężko jak nam, ale babcia nie chciałaby, żebyśmy się załamywali. Musimy być silni... Wszyscy. Ona by tego chciała. - kontynuował wypowiedź zwracając się do wciąż płaczącej matki. - Nie wiem jak, ale damy radę. Jestem pewien, że babcia teraz gdzieś jest i patrzy na nas. Może z uśmiechem,  może ze smutkiem, nie mam pojęcia. Tato mogło się wydawać, że babcia Cię nie znosiła,  ale tak naprawdę to od zawsze Cię uwielbiała, po prostu bała się o nas i o mamę. - kontynuował Colin. - Wiem, bo mówiła mi to jak miałem jakieś dziewięć lat, w wakacje. Nocowałem u babci wtedy z Tedem, mama zabrała Kate wcześniej, bo ona się bała. Kate, siostrzyczko, nie smuć się, damy radę, babcia zawsze przy nas będzie. - starał się wesprzeć rodzinę mimo własnego bólu.

- Mogę? - zapytała Kathrine po cichu braci i rodziców, na co Remus skinął jej głową. - Wiem, że moi bracia powiedzieli już bardzo dużo, ale ja nie chciałabym zapominać o babci i proszę, niech nikt kto tu teraz jest o niej nie zapomina. Wiem, że mogliście znać moją babcię słabo, ale ona była kochana. I piekła super ciasteczka, które nauczyła piec Colina. - powiedziała przez łzy na co niektórzy w tym Nimfadora uśmiechnęli się smutno. - Do zobaczenia babciu, gdziekolwiek jesteś... - zakończyła.

Po całej ceremonii większość gości wróciła do swoich domów, natomiast rodzina Lupin przez ponad godzinę stała nad grobem swojej matki, babci i teściowej. Zanim odeszli Nimfadora odezwała się do trójki starszych dzieci.

- Jestem z Was dumna. I dziękuję. - powiedziała cicho, ale na tyle, że każdy z rodziny ją usłyszał.

- Za co? - zapytał Colin.

- Gdyby nie wy pewnie nie wytrzymałabym dzisiaj. Jesteście najwspanialszymi dziećmi jakie można by sobie wymarzyć. - oznajmiła. - Jeśli byłam nie do zniesienia ostatnio to przepraszam. To nie Wy powinniście wygłaszać te przemowy tylko ja i tata. Ale on był zajęty bliźniętami i mną, a ja za bardzo patrzyłam na siebie zapominając,  że nie tylko ja cierpię.

- Nie mów ta mamo. - powiedział Ted. - Jesteś cudowną mamą tak jak tata jest dla nas wspaniałym tatą. Babcia była Twoją mamą, więc wiemy że jej strata jest bolesna najbardziej dla Ciebie. Poza tym jak widać czasem umiemy powiedzieć co mądrego jak widać. - uśmiechnął się przez łzy.

- Kocham was. - powiedziała kobieta patrząc na swoje dzieci z miłością.

- My ciebie też mamusiu. - powiedziała Kate tuląc się do kobiety, na co ta objęła dziewczynkę.

- Chodźmy do domu. - wtrącił Remus. - Już dawno pada, za chwilę wszyscy będziemy chorzy.

- Masz rację. Ted, Colin złapcie się taty, Kate, Susie, Jack, chodźcie do mnie. Będziemy się teleportować. - powiedziała kobieta.

- Lepiej ty zaczekaj tu z Teddym i Colinem, ja wezmę Kate i bliźnięta do domu i za chwilę po Was wrócę. Nie powinnaś się teleportować z dziećmi. Cała drżysz. - powiedział jej mąż z troską.

- Może racja, ale weź Teda i bliźnięta. Ja z Colinem i Kate poczekam, maluchy nie mogą być z Kate samą, może coś im się stać. - powiedziała.

- Jasne. - powiedział i zdjął z siebie kurtkę narzucając ją żonie na ramiona. 

- Remus we... - nie dokończyła, bo Remus przerwał jej krótkim pocałunkiem.

- Załóż, będzie Ci cieplej, a jak nie chcesz daj Kate. - powiedział. - Będziecie czekać na deszczu, a ja się za raz teleportuję i nic mi nie będzie.

- Ej Ted, też chcesz mi swoją kurtkę dać? - zapytał żartobliwie Colin.

- Ta, już lecę Ci dać. - powiedział mu brat z sarkazmem i rozbawieniem jednocześnie.

- A mi dasz? - zapytała Kathrine.

- Pewnie. - odpowiedział jej brat i zdjął swoje okrycie oddając je siostrze.

Po dwudziestu minutach cała rodzina już była w domu. Remus przygotował im makaron na ciepło, jednak jego żona nie zjadła zbyt wiele. Seniora Lupinów martwiło to, jednak postanowił dać żonie jeszcze trochę czasu. Po posiłku najmłodsze dzieci zostały wykąpane przez ojca, a następnie po opowiedzeniu im bajki, bliźnięta poszły spać. Kate wraz z dwójką starszych braci poszła do pokoju najstarszego Theodora, gdzie wspólnie rozmawiali o swojej zmarłej babci, głównie wspominając dzieciństwo z nią spędzone. W tym czasie Remus starał się wesprzeć żonę leżąc z nią w sypialni i uspakajając kobietę...

***

Minęło kilka miesięcy, w czasie których Nimfadora pozbierała się po śmierci matki. Ted, Colin i Kate uczyli się bardzo dobrze.  Na Colina czekały jeszcze SUM-y, ale ze wsparciem brata dawał sobie świetnie radę przed egzaminami, a same egzaminy poszły mu  świetnie. W wakacje Remus zabrał żonę i dzieci za granicę. Konkretnie udał się z rodziną do Portugalii, gdzie zatrzymali się w jednym z hoteli w Lizbonie. Największą atrakcją dla najmłodszych pociech Państwa Lupin okazało się Oceanarium w Lizbonie, gdzie dzieci miały okazję zobaczyć na żywo wiele cudownych zwierząt takich jak płaszczki, wydry, czy rekiny. Wieczorem po przyjeździe małżeństwo wspólnie z dziećmi wybrało się do casa de fado, jednej z popularniejszych restauracji w Lizbonie, gdzie mogli posłuchać cudownej, portugalskiej muzyki...




Wiem,  że dawno nic nie dodawałam, ale nie miałam kompletnie czasu... Do tego szkoła, obowiązki i wszystko inne.

Rozdział co prawda jakoś o połowę krótszy niż planowałam, ale cóż, nie dało rady więcej, szczególnie, że pisałam go w większości dzisiaj na lekcjach (tak, mam lekcje w niedziele, ponieważ chodzę do szkoły zaocznej jakby coś hahah) dlatego z góry przepraszam za jakiekolwiek błędy, czy literówki. Cóż, nie wiem co miałam jeszcze powiedzieć...

Bardzo przepraszam za ten brak rozdziałów i większej aktywności, ale jak każdy mam życie prywatne, które nie zawsze pozwala na opowiadania...

piątek, 29 stycznia 2021

Nic nas nie poróżni

~Wstali kolejnego dnia dość późno, bo dopiero o godzinie dziewiątej...~

Po śniadaniu Remus zabrał dzieci do Potter'ów. Następnie teleportował się do miejsca zamieszkania swojej teściowej,  aby wraz z nią udać się do swojej żony i tak jak obiecał - dowiedzieć się czy jego podejrzenia co do choroby kobiety są słuszne.

- Remus? Coś się stało? Coś z Dorą albo dziećmi? - wystraszyła się kobieta na widok zięcia.

- Nie, spokojnie. Wszystko z nimi w porządku. Dora tylko chcę z Tobą porozmawiać i prosiła mnie, żebym cię do nas zabrał. - odpowiedział mężczyzna.

- No dobrze. - odpowiedziała kobieta. - Tylko coś wezmę. - mówiąc to cofnęła się do środka. 

Po wejściu do domu Lupinów Andromeda rozejrzała się chwilę po wnętrzu,  gdzie nie miała jeszcze okazji być. Następnie pokierowana przez Remusa do kuchni, gdzie była pani Lupin, oczekująca matkę i męża.

- Dobrze Cię widzieć mamo. - przywitała się młodsza z kobiet. - Chodźmy do salonu, chciałabym z tobą porozmawiać. Ramus zrobiłbyś nam herbatę? - poprosiła męża.

- Pewnie. - odpowiedział żonie i zaczął przygotowywać napoje.

Kilka minut później dołączył do żony i teściowej z parującymi kubkami.

- Mamo martwię się o Ciebie. - zaczęła po chwili ciszy Nimfadora.

- Czemu? Wszystko w porządku przecież u mnie. - odpowiedziała starsza kobieta.

- Remus mówił mi co innego. - oznajmiła.

- Ale że co? 

- Nie chciałem martwić Dorę, ale nie jestem w stanie wszystkiego przed nią ukrywać. - wtrącił mężczyzna. - Od jakiegoś czasu podejrzewam,  że coś ci dolega. Jak mieszkałaś u nas zaobserwowałem, że coś się dzieje. Jakbyś była chora, albo co najmniej osłabiona czymś.

- Mamo co się dzieje? - dodała Nimfadora. - Martwię się o ciebie. - Remus wspominał mi wczoraj wieczorem, że widział, że nie miałaś apatytu, prawie nic nie jadłaś, szybciej się męczyłaś... Co się dzieje?

- Nic córeczko. Nie martwcie się. - odpowiedziała.

- Może i mógłbym o zignorować, gdybyś nie była Dromedo ważna dla mnie, Dory i dzieci, ale nie zignoruję. Powiedz co się dzieje? Albo chociaż mów jeśli potrzebujesz pomocy. - wyjawił Remus.

- Ehhh... Co mam wam powiedzieć? - zapytała. - Nie chcę wam po prostu dokładać. Macie na głowie teraz ciążę Dory, dzieci, ja sobie poradzę.

- Właśnie, że nie. Nie dajesz rady.  Widzę to. - wtrącił pan Lupin. - To, że Dora jest w ciąży nie znaczy, że nie mamy Ci pomagać. Dromedo powiedz nam co się dzieje? Chcemy ci pomóc,  ale nie możemy jeśli nie powiesz w czym. - tracił już powoli cierpliwość mężczyzna. Z racji,  że pełnia miała być za kilka dni był trochę rozdrażniony.

- Remus uspokój się. - powiedziała jego żona. - Ale on ma rację mamo. Jak Ci pomóc? Co się dzieje?

- Ale obiecaj Doro, że nie będziesz się denerwować. - powiedziała.

- Obiecuję, że się postaram być spokojna. - odpowiedziała zniecierpliwiona.

- Jakiś czas temu dowiedziałam się, że mam nowotwór. Nie jest aż tak złośliwy, ale nie kwalifikuje się do operacji. Przepisali mi jakieś leki,  eliksiry i to mnie osłabia. - powiedziała najspokojniej jak była w stanie. Nimfadora nie spodziewając się takich wiadomości wystraszyła się co starczyło, aby z nerwów złapał ją skurcz.

- Doro co się dzieje? - spytał zaniepokojony słowami teściowej i reakcją żony Remus.

- Nie wiem. Chyba za mocno się denerwuję. - odpowiedziała kobieta.

- Spokojnie. - odpowiedział jej mąż. - Dasz radę iść sama?

- Nie wiem, mogę spróbować.

- Nie będziemy ryzykować. - odpowiedział i wziął żonę na ręce. - Położysz się w sypialni.

- Remusie ja nie chciałam. - powiedziała wystraszona Andromeda.

- Spokojnie, nic się nie dzieje. Oboje z Dorą wiemy, że musi ona unikać stresu, a ta rozmowa i tak go wymagała od każdego z nas. Nic jej nie będzie. - powiedział, a następnie przeniósł żonę do sypialni, gdzie położył ją i poczekał przy niej aż ta zaśnie.

- Ja lepiej pójdę. - powiedziała Andromeda. - Nie chcę jej denerwować.

- Daj spokój. Nic im nie będzie. To nie twoja wina. Zostań tutaj,  pójdę po Cola i Kate. Do jutra zostaniesz u nas. Później się zobaczy. - powiedział teściowej.

- Nie chcę wam zawadzać.

- Nie będziesz, a dzieciaki też na pewno się ucieszą. - odpowiedział teściowej. - Zresztą Dora nie daruje i jak się dowie że wróciłaś do siebie znając ją będzie w stanie zaryzykować,  żeby iść po ciebie.

Po jeszcze chwili rozmowy kobieta uległa zięciowi i zrezygnowała z powrotu do swojego pustego domu. Kiedy Remus wraz z Colinem i Kathrine wrócił do domu kobieta z radością powitała swoje wnuczęta. Colin jednak już poprzedniego wieczoru podsłuchał rozmowę rodziców z kolei będąc u Potter'ów napisał list do starszego brata i wysłał go sową swojego wujka, który nieświadomy niczego zgodził się pożyczyć swoją sowę. List był następującej treści:


Teddy!

                Wiem, że  możesz być na mnie zły, ale musiałem. Od jakiegoś czasu martwiłem się o babcię, bo nie najlepiej wyglądała. Zawsze była przecież pełna siły, ale teraz wyraźni jej tego brakuje. Wczoraj podsłuchałem rozmowę rodziców. Mama mówiła coś o jakiś podejrzeniach taty, a tata o jakiejś chorobie babci.

            Niewiele z tego zrozumiałem,  ale martwię się o babcię. Coś też chyba bardzo niepokoi mamę,  bo ostatnio coraz częściej tata ją próbuje uspokoić, a nas prosi, żebyśmy jak najmniej mamę denerwowali. Kate się też niepokoi, ale tata zajmuje ją co chwila czymś nowym, mnie też próbuje, ale ja nie umiem się na niczym skupić. Boję się o mamę i babcię. Raz tata wspomniał coś o mugolskim nowotworze, ale kompletnie nie wiem co to znaczy, a nie chcę nikogo pytać, bo zaraz się rozniesie, że o czymś wiem. Nie chcę dokładać mamie nerwów, ale nie wiem już co robić. Poradź mi coś, bo zwariuję... Mam obawy, że babcia może umrzeć, albo że mamie i bliźniętom coś się stanie...

                    Nie bądź zły za to podsłuchanie. Nie mogę siedzieć cicho i nie reagować na nic. Myślisz, że mógłbym jakoś pomóc rodzicom i babci? Kate o niczym nie wie z tego co Ci napisałem i lepiej jakby tak zostało. Wiesz, że jeżeli poszłaby do rodziców to wyda się,  że coś wiem, a nie chcę nikogo więcej martwić. Proszę pomóż mi jakoś. Jakkolwiek.

Twój brat, Colin


***

Cześć Colin!

Zmartwił mnie Twój list. Nie jestem zły na Ciebie, wiem, że chcesz dobrze. Nie mam pojęcia co może być babci, ani co się dzieje. Tata pisał mi wczoraj,  że wszystko jest dobrze, jak zawsze. Podejrzewam, że nie chcą mnie ani Was martwić.

Spróbuję się czegoś dowiedzieć. Biblioteka szkolna jest wielka jak mówił tata, więc z pomocą moich przyjaciół i Pani Pince na pewno coś znajdę o tym nowotworze, może to nam coś pomoże i podpowie. Nie mów o niczym rodzicom jak słusznie zrobiłeś do tej pory. Mama nie może się martwić, pomóc tacie ją wspierać. Małymi gestami, coś posprzątaj,  albo coś. Wymyśl sam, ja jestem w to słaby. Postaraj się może nie zamartwiać wszystkim. Nie mam jak Ci pomóc z Hogwartu za bardzo. Ale pogadaj może mimo wszystko z tatą? Tylko zrób to po pełni. Teraz tata jest na pewno wyjątkowo drażliwy. Nawet jak tego nie pokazuje. Pełnia będzie za jakieś pięć dni. Więc możesz z tatą porozmawiać za jakiś tydzień, daj mu po prostu chwilę na odpoczynek po pełni. A jeśli nie chcesz rozmawiać z tatą to może porozmawiaj z wujkiem Bill'em? W każdym razie porozmawiaj z kimś dorosłym, ja podpytam profesor McGonagall, może ona będzie mogła mi nieświadomie pomóc.

Trzymajcie się. Pozdrów rodziców i Kate. Jak coś znajdę to napiszę. Do zobaczenia w święta.

Teddy


***

Dni mijały, zamieniły się w tygodnie, a zanim młody Lupin się zorientował nastał jeden z jego ulubionych dni w roku. 31 październik nadszedł dość szybko. A z nim Noc Duchów. Tego dnia rano wszystko wydawało się być w porządku. Poza jednym. Colin i Kate po przebudzeniu i zejściu na parter domu zauważyli, że są sami. Na stoliku w salonie zobaczyli kartkę. Kate poprosiła brata, aby ten ją przeczytał.

Dzieci!
Przepraszam jeśli Was wystraszyliśmy, ale w nocy mama gorzej się poczuła i zaczęła rodzić. Zabrałem ją do szpitala Świętego Munga.  Około ósmej rano powinien zajrzeć do Was wujek Harry. Zajmie się Wami i przyprowadzi do mnie, mamy i bliźniąt.
Kochamy was, rodzice

- Col, która godzina? - zapytała dziewczynka kiedy jej brat skończył czytać.

- Siódma pięćdziesiąt. Wujek za chwilę powinien być, spokojnie. - zgodnie ze słowami chłopca, sześć minut później Harry przyszedł przez sieć fiuu, aby zająć się dziećmi. Następnie po śniadaniu i ubraniu się zabrał ich do szpitala. Przed wejściem czekał na nich już Remus wraz z Teddy'm, który akurat tego dnia dostał specjalne zezwolenie dyrektorki na opuszczenie Hogwartu na cały dzień. Wszyscy udali się na salę Nimfadory, aby zobaczyć się z matką i bliźniętami.

Weszli wspólnie do sali gdzie już czekała na nich Nimfadora z dwójką noworodków.

- Mama! - ucieszyła się Kathrine, która wystraszyła się trochę, gdy dowiedziała się, że jej mama jest w szpitalu.

- Cześć słoneczko,  hej chłopcy. Jak w szkole Ted? - przywitała się i zapytała kobieta.

- Dobrze. Jak się czujesz? - odpowiedział  chłopiec.

- W porządku,  jestem tylko zmęczona. - odpowiedziała kobieta.

- Możemy ich zobaczyć? - zapytał zniecierpliwiony Colin.

Kobieta wraz z mężem zaśmiała się jednak odpowiedziała.

- Pewnie. Chodźcie bliżej, tata ich wyjmie i Wam pokaże, możecie na chwilę ich potrzymać, ale na siedząco,  dobrze?

- Jasne! - ucieszyła się cała trójka po czym razem podeszli do swojego ojca oraz najmłodszego rodzeństwa.

- A jak mają na imiona? - zapytała Kathrine.

- I które pierwsze mama urodziła? - zapytał Colin.

- A po co ci to? - zapytała go siostra.

- Bo chce wiedzieć czy wygraliśmy z Ted'em zakład z wujkiem Harry'm. - odpowiedział.

- Jaki zakład? - dziwiła się Nimfadora.

- My zakładaliśmy, że pierwszy będzie nasz brat, a wujek,  że siostra. Jak wygramy wujek stawia nam, Kate, tobie mamo i tacie wyjście do kina na film jaki my wybierzemy, a jeśli my przegramy to wujkowi kupujemy czterdzieści czekoladowych żab. - wyjaśnił.

Kobieta parsknęła tylko śmiechem.

- To możecie wybrać ten film. - powiedział rozbawiony ojciec dzieci. - Jackob Lucas był pierwszy. Jedenaście minut później przyszła na świat wasza siostra Suzanne Melania Lupin. - odpowiedział też na pierwsze pytanie córki.

- Możemy ich już zobaczyć? - zapytała szczęśliwa dziewczynka.

- I ja porobić im i nam wszystkim zdjęcia? - dodał Colin, którego pasją było fotografowanie.

- Pewnie. Tylko po cichu, bo śpią. - dodał.

- To czemu wcześniej się nie obudzili jak przyszliśmy? - zapytał Ted.

- Bo tata zanim po was poszedł ustawił zaklęcia wyciszające wokół łóżeczek. - wyjaśniła im matka, o czym zwróciła się do męża. - Daj im ich i później mi co?

- Jasne. - odpowiedział.

Po półtora godzinie rodzinna "sesja zdjęciowa" w wykonaniu Colina i przy pomocy pielęgniarek oraz Remusa skończyła się. Pielęgniarki zrobiły zdjęcia na których byli wszyscy członkowie rodziny Lupin, z kolei Remus robił te na których był Colin z rodzeństwem i Nimfadorą. Po kilku minutach Remus wywołał łącznie prawie sto zdjęć swojej rodziny.

- Trochę ich za dużo, nie sądzicie? - zapytała rozbawiona kobieta.

- Nie. - odpowiedział jej mąż. - Większość zostawimy do rodzinnego albumu, a resztę porozdajemy po znajomych i rodzinie. Teddy będzie na pewno chciał jakieś dla swoich przyjaciół, więc nie jest ich za dużo.

- Jak uważasz. - stwierdziła.

- Mamo, a kiedy wrócisz do domku? - zapytała Kathrine. - Kocham tatusia, ale nie chcę, żebyś znowu nas zostawiła na tak długo.

- Mama nas nie zostawiła przecież Kate. - odpowiedział jej Theodor.

- I nie zostawię. - dodała kobieta. - Wiesz kochanie,  że nie miałam wtedy na to wpływu. Teraz dopiero urodziłam i jestem trochę słaba, ale obiecuję,  że za kilka dni wrócę do Was. Możecie codziennie mnie odwiedzać razem z tatą. Dobrze?

- Wtedy tata nas nie zabierał tak często. - upierała się dziewczynka. 

- Bo się o was bałem skarbie. Obiecuję, że będziemy we trójkę odwiedzać mamę codziennie. A Tobie Teddy wyślemy pełno zdjęć, bo nie mogę ciągle Cię zabierać ze szkoły. - powiedział Remus.

- Nie martw się tato. Jakoś dam radę. - odpowiedział chłopiec.

W końcu po półgodzinie rozmów udało się wszystkim dogadać. Chwilę później Remus teleportował się z Teddy'm do Hogwartu, w tym czasie Harry zabrał Kathrine i Colina do swojego domu, gdzie rodzeństwem zaopiekowała się Ginny. Remus odebrał dzieci wieczorem, zaraz po tym jak poinformował o wszystkim swoją teściową. Kobieta była wniebowzięta widząc dwoje swoich najmłodszych wnucząt.

***

Dwa miesiące minęły rodzinie Lupin dość szybko. Nastał w końcu długo oczekiwany czas świąt. W dniu Wigilii cała rodzina już od rana szykowała wszystko. Nimfadora dodatkowo musiała opiekować się bliźniętami bardziej niż pozostałą trójką dzieci, jednak mimo pomocy męża była wykończona. Mimo to święta rodzinie minęły w bardzo przyjaznej i rodzinnej atmosferze.

***

Mijały dni, które zamieniały się w tygodnie, a te z kolei w kolejne miesiące i tak zleciał czas, aż nastał trzydziesty czerwiec, a z nim jedenaste urodziny Colina. Tego samego dnia do domu ze szkoły wrócił Theodor, którego odebrał Remus. 

Wieczorem w czasie kolacji Theodor powiedział:

- Mamo, mogliby do mnie przyjechać przyjaciele? Ustalilibyśmy jakąś datę, żeby pasowała każdemu i żeby nie było pełni,  bo wiem, że tacie nie będzie to pasowało. - powiedział.

- Myślę, że nie będzie problemu. póki co planujemy z tatą tylko jeden wyjazd, pod koniec sierpnia. Resztę wakacji nie mamy większych planów. - odpowiedziała kobieta.

- Tato, a ty nie masz nic przeciwko? - zapytał ojca.

- Nie Ted. Nie martw się. - odpowiedział.

- A wam nie będzie to przeszkadzać? Wiem,  że mieliśmy spędzić czas razem, ale... - nie dokończył, ponieważ przerwał mu Colin.

- Dobra, cicho Ted. Nie pytaj nas o to. Możesz zaprosić kogo chcesz. - wtrącił.

- Właśnie, bo za chwilę się rozgadasz, a ja głodna jestem. - dodała Kathrine.

Godzinę później rodzeństwo leżało w piżamach, czekając aż Remus opowie im baśń na dobranoc. Jak zawsze się nie zawiedli. Remus w swojej piżamie przyszedł do pokoju Kathrine,  gdzie czekali już Theodor wraz z Colinem.

- Jaką bajkę dzisiaj chcecie? - zapytał pan Lupin.

- A znacie bajkę o "Najpiękniejszym sercu"*?

- Nie, opowiedz nam! - wykrzyknęła uradowana Kathrine.

- Kate, ciszej. Obudzisz bliźnięta. - upomniał ją ojciec.

- Przepraszam. - powiedziała po cichu.

- Dobrze już. Bajka jest krótka, ale posłuchajcie.
Pewien młodzieniec chwalił się że ma najpiękniejsze serce w dolinie. Chwalił się nim na rynku i zebrał się ogromny tłum by je podziwiać bowiem było w swym kształcie perfekcyjne. Nie miało żadnej skazy, było przepiękne, gładkie i błyszczące. Biło bardzo żywo. Chłopak krzyczał na cały głos że nikt nie ma piękniejszego serca od niego i wszyscy mu potakiwali bowiem jego serce było idealne.
Jednak w pewnym momencie jakiś strzec z tłumu krzyknął: Dlaczego twierdzisz że twoje serce jest najpiękniejsze skoro moje jest o wiele piękniejsze od twojego.

Młodzieniec bardzo się zdziwił słysząc te słowa a potem spojrzał na serce starca i się zaśmiał. Serce starca biło bardzo żywo, być może nawet żywiej od serca młodzieńca ale było to serce poorane rozlicznymi bruzdami, serce w którym było wiele brakujących kawałków. Wiele tez w nim było kawałków które do tegoż serca nie pasowały. Było to serce brzydkie które w żaden sposób nie mogło się równać z nieskazitelnym sercem młodzieńca. Chłopak zapytał się dlaczego starzec uważa że jego serce jest piękniejsze skoro wszyscy widzą, że nie jest ono nawet w części tak piękne jak jego własne serce.

Wtedy starzec rzekł, że w życiu nie zamieniłby tego serca na serce młodzieńca. Powiedział też aby młodzieniec spojrzał na jego serce i wskazując na blizny rzekł.

Widzisz te blizny i brakujące kawałki. Nie ma ich tu dlatego, że ofiarowałem je z miłości dla wielu osób a niesie to ryzyko bo często się zdarza, że sami ofiarowujemy uczucie dla innych , ale oni nie dają nam nic w zamian.

Stąd te blizny bo choć dałem im cześć swojego serca, oni nie dali mi nic. Jeśli natomiast spojrzysz uważnie dostrzeżesz, że wiele kawałków do mojego serca niezupełnie pasuje. Są to kawałki serca innych, które oni mi ofiarowali i które znalazły stałe miejsce w moim sercu.

Dlatego moje serce jest piękniejsze od twojego. Natomiast te bruzdy, które widzisz zrobili ludzie nieczuli, ludzie, którzy mnie zranili.

Wtedy młodzieniec spojrzał na starca, zrozumiał i zapłakał. Potem wziął kawałek swojego przepięknego serca i ofiarował go starcowi, a starzec zrobił to samo.

Padli sobie w ramiona i rozpłakali się po czym odeszli razem w wielkiej przyjaźni. Młodzieniec włożył część serca starca do swojego serca w miejsce brakującego kawałka który dał starcowi. Ten nowy kawałek pasował tam, choć nie idealnie, co zmąciło doskonałą harmonię serca młodzieńca.

Nigdy jednak wcześniej serce młodzieńca nie było tak piękne jak w tym momencie i młodzieniec dopiero teraz to zrozumiał.

Pracuj tak, jakbyś nigdy nie potrzebował pieniędzy,
tańcz tak jakby nikt na ciebie nie patrzył
i zawsze kochaj tak jakbyś nigdy wcześniej nie kochał.

- O co w niej chodzi? - zapytała po chwili ciszy dziewczynka.

- Że nie liczy się wygląd, a doświadczenie i wnętrze. - powiedział Colin. - Chyba. Ja tak to rozumiem.

- I rozumiesz dość dobrze. Nie zawsze mając dobre serce będzie ono idealne. Nie da się tak. Ale musimy też patrzeć na to, że najważniejsza tak naprawdę jest miłość jaką darzymy kogoś. Tylko nie zawsze ta osoba musi tę miłość odwzajemniać. - dopowiedział Remus.

- Zrozumiesz jak będziesz starsza. - wtrąciła Nimfadora, która słuchała opowieść prawie od oczątku jednak nie ujawniła wcześniej jak zawsze swojej obecności. - A teraz spać. Chłopcy do łóżek. - dodała.

- Nie możemy jeszcze zostać chwilę? Proszę mamo... - prosił Ted.

- Nie Teddy. Rano nie dobudzę was na śniadanie. Jak będą Twoi przyjaciele to będziecie mogli iść spać później, ale teraz marsz do łóżek. Sprawdzę czy tam jesteście.

- No dobra. - poddali się bracia i udali się do swoich pokoi.

- Dobranoc mamusiu. - powiedziała Kate przekręcając się na bok.

- Dobranoc słońce.

Godzinę później małżeństwo także kładło się już spać, ponieważ oboje byli zmęczeni po całym dniu.

Kilka dni później do Teddy'ego przyjechali przyjaciele. Chłopiec pokazał im dom i przedstawił swojej rodzinie. Dwa dni po przyjeździe Sophie, Louis'a, Mia, Luke i Lucy Colin zaczął dziwnie się zachowywać co zauważyli i jego rodzice i rodzeństwo, jednak chłopiec za wszelką cenę unikał odpowiedzi na pytanie. Tego wieczora Ted wraz ze swoimi przyjaciółmi postanowili porozmawiać z nim "na osobności".

- Col co się dzieje? Martwię się. Rodzice i Kate też. - powiedział, kiedy młodszy z braci pozwolił im wejść do swojego pokoju.

- Nie będziecie się nabijać ze mnie? - zapytał.

- Pewnie, że nie. - powiedziała Mia. - Mimo wszystko chcielibyśmy Ci pomóc.

- No bo ja się boję. - powiedział.

- Czego? - zapytał zmartwiony o brata Ted.

- Że nie znajdę przyjaciół. - odpowiedział chłopiec ze spuszczoną głową.

- Masz mnie, poza tym znajdziesz na pewno kogoś fajnego tak samo jak ty. - powiedział Ted bratu.

- A co jeśli trafię do Slytherinu? - zapytał jedenastolatek brata.

- Daj spokój. Przecież żaden dom w Hogwarcie nie uczyni Cię gorszym. - odpowiedział mu starszy brat. - Spójrz na to tak, że wtedy będziesz wiedział,  że jesteś ode mnie sprytniejszy.

- No,  ale Slytherin i Gryffindor od zawsze się nienawidzą. - stwierdził młodszy z chłopców.

- To tylko głupi stereotyp. Nie każdy Ślizgon musi być zły, tak jak nie każdy Gryfon musi być odważny. - odpowiedział.

- Niby podaj jakiegoś Gryfona, który nie był odważny,  albo Ślizgona, który był dobry. - polecił.

- Tchórzliwy Gryfon to Peter Pettigrew,  który zdradził rodziców wujka Harry'ego, a dobry Ślizgon to babcia Andromeda. - odpowiedział od razu dwunastolatek.

- No dobra, może masz rację. - uznał. - A jeśli trafię do Ravenclaw? Nie jestem taki inteligentny. - stwierdził natychmiast.

- Nie ważne gdzie trafisz. Po prostu znajdź przyjaciół w każdym domu i bądź szczęśliwy Col. - odpowiedział mu brat obejmując go ramieniem w geście wsparcia.

- A spójrz też na to, że my jesteśmy z czterech różnych domów i się dogadujemy. - powiedziała Sophie. - Nie masz czym się martwić. Wszystko się ułoży. Chodźmy już spać. Wasi rodzice pewnie są zmęczeni. Porozmawiaj z nimi rano Colin. A jak będziesz potrzebował pomocy to zawsze możesz przyjść do nas. Pomożemy ci. - powiedziała.

- Ej to ja to powinienem powiedzieć. - powiedział rozbawiony Luke. - W końcu jako stereotypowy Puchon jestem ten niezdarny i pomocny w naszej paczce. - powiedział rozbawiony czym rozbawił wszystkich, ponieważ chłopiec mimo, że przejawiał sporo cech puchonów, nie był aż tak niezdarny.

- Bywa. - odpowiedziała mu Mia, po czym zamienili jeszcze kilka zdań  z młodszym bratem Theodora,  a następnie cała szóstka wyszła z pokoju chcąc, aby pójść spać do przydzielonych im pokoi...