niedziela, 20 grudnia 2020

Duże zmiany

~Późno w nocy,  po uśpieniu dzieci, udał się pod prysznic, przebrał w piżamę, na którą złożyły się dresy i T-shirt, a następnie poszedł spać.~

Następne trzy tygodnie minęły rodzinie Lupin w praktycznie ten sam sposób. Rano Remus wybierał się do żony, spędzał z nią czas do obiadu, później wracał do domu i pomagał teściowej z dziećmi. Od czasu do czasu zamieniał się z Andromedą,  która jechała do Nimfadory zamiast niego, a on zostawał z dziećmi. Swoje pociechy co prawda zabrał jeszcze kilka razy ze sobą, aby Dromeda mogła odpocząć, jednak nie robił tego zbyt często, aby dzieci nie złapały jakiejś choroby w szpitalu. W ten sposób minął im cały czas. W końcu Nimfadora mogła opuścić szpital,  z zaleceniem oszczędzania się i unikania jakiegokolwiek, nawet najmniejszego stresu.

Remus po odebraniu jej ze szpitala i powrocie do domu nie pozwolił jej wstawać z kanapy co bardzo bawiło kobietę,  jednocześnie jednak wiedziała ona, że jej mąż po prostu się martwi. Kiedy pod wieczór zmęczona Tonks zasnęła na kanapie,  do Remusa podeszła Andromeda ze swoją torbą.

- Remusie, zajmij się nimi. - poprosiła mając na myśli córkę i całą piątkę wnucząt. - Wrócę do siebie, żebyście mogli spokojnie spać w sypialni i aby uniknąć kłótni co do tego.

- Ale... - zaczął jednak kobieta nie dała nic powiedzieć zięciowi.

- Nie. Zostałam, żeby Ci pomóc z dziećmi. To Wasz dom i nie będę siedzieć Wam na głowie. - uparła się. - Zajmij się nimi. Ja dam sobie radę.

- Dromedo zostań. - odpowiedział natychmiast, zanim ponownie mu przerwała. - Możesz spać w naszej sypialni. Ja Dorze dołożę materac na kanapę, żeby było jej wygodniej, a niedługo i tak się przecież wyprowadzamy do nowego domu. Tylko Dora odpocznie po szpitalu.

- Nie Remusie. Macie własne życie. Ja Wam nie jestem już potrzebna. - odpowiedziała.

- Dzieci Cię potrzebują. Dora również. A ja nie chcę też stracić ani Ciebie, ani nikogo z nich. - powiedział.

- Dacie sobie radę. Wpadnę do Waszego nowego mieszkania pomóc najwyżej. Do zobaczenia i dobranoc. - odpowiedziała kobieta i zanim Remus zdążył cokolwiek powiedzieć, weszła w kominek i przeniosła się siecią Fiuu do swojego domu.

Następnego dnia Remus wyjaśnił wszystko swojej żonie i dzieciom. Mimo niezadowolenia rodziny nic nie mogli już poradzić,  ponieważ każdy z nich wiedział, że jeżeli Andromeda Tonks się na coś uprze,  nie da się jej wybić tego z głowy tak łatwo.

***

Gdy po kilku dniach Nimfadora już odpoczęła w pełni po szpitalu rodzina rozpoczęła przeprowadzkę. A tydzień później, wszystko już było gotowe i zamieszkali w swoim nowym domu. Nimfadora z Remusem zajęła oczywiście główną sypialnię. Teddy zajął jeden z większych pokoi na piętrze, Kathrine otrzymała pokój na przeciwko najstarszego brata,  a Colin z kolei zamieszkał od tej chwili w pokoju na samym początku korytarza blisko schodów. Dla bezpieczeństwa dzieci Remus wyczarował dwie barierki na szczycie i na dole schodów,  aby dzieci były tam bezpieczne. Pani Lupin wspólnie z mężem wybrała dwa pokoje obok siebie niedaleko pokoju Colina,  które postanowili przeznaczyć dla bliźniąt, a z kolei resztę pokoi przeznaczyli jako sypialnie gościnne.

Resztę wakacji rodzeństwo spędzało na poznawaniu wszelkich zakamarków domu. Jedynym miejscem do jakiego nie mieli żadnego wstępu była piwnica, którą pani Lupin postanowiła otoczyć różnymi zaklęciami ochronnymi, gdzie jej mąż mógłby spokojnie spędzić najbliższą pełnię księżyca.

***

Trzydziestego pierwszego sierpnia Theodor od rana pakował się na następny dzień do szkoły. Kiedy chłopiec nie zszedł na śniadanie rodzice uznali, że później dadzą mu coś jeśli będzie głodny, aby dać mu chwilę na uspokojenie się, jednak przy obiedzie Remus poszedł po syna zmartwiony.

- Ted, czemu nie przyszedłeś na śniadanie i obiad? - zapytał najstarszego syna.

- Nie chcę jeść. - odpowiedział chłopiec.

- Ej co się dzieje? - zapytał zaniepokojony ojciec.

- Co jeżeli trafię do Slytherinu? - zapytał.

- Nic, a co by się miało stać? - odpowiedział Remus. - Dla mnie i mamy dalej będziesz naszym kochanym synkiem, a dla Cola i Kate najstarszym braciszkiem. Nic to nie zmieni. Nawet jeśli ja byłem W Gryffindorze, a mama w Hufflepufie to Ty nie musisz tam trafić. Najważniejsze, abyś był tam gdzie najbardziej będziesz pasował.

- A jak nikt mnie nie zaakceptuje i nie znajdę żadnych przyjaciół? - ciągnął swoje przemyślenia Remus widząc, że tego właśnie trzeba chłopcu okazywał mu wsparcie.

- Jestem pewien, że kogo znajdziesz. - stwierdził najstarszy Lupin.

- A jeżeli nikt mnie nie polubi jednak? - martwił się dalej.

- To i tak, zawsze będziesz miał mnie,  mamę i rodzeństwo. - wspierał wciąż syna. - Chodź Teddy. Nie możesz się głodzić. Zjesz z nami obiad i zajmiesz czymś myśli. Spakuję Cię zaklęciem,  mama raczej nie zauważy. - odpowiedział z delikatnym uśmiechem na niezadane pytanie.

- Niech będzie. - uznał w końcu chłopiec i wraz z ojcem udał się na posiłek.

Po jedzeniu młodsze dzieci zaciągnęły starszego z chłopców do wspólnej zabawy. Remus w tym czasie zrobił sobie i swojej żonie gorącą czekoladę i usiadł z nią w salonie.

- Powiedział Ci dlaczego nie chciał jeść? - zapytała zmartwiona kobieta męża.

- Martwi się do jakiego domu trafi i czy znajdzie przyjaciół. - wytłumaczył w wielkim skrócie.

- Przecież to gdzie trafi jest bez znaczenia. - stwierdziła kobieta. 

- Wiem Doro. Mówiłem mu to. Ale nie przejmuj się. - odpowiedział żonie pan Lupin. - W razie potrzeby porozmawiam z nim jeszcze dzisiaj. Ty się skup kochanie na bliźniętach. Ja się resztą zajmę.

- To też moje dzieci Remusie. Nie potrafię się nie przejmować. - oburzyła się lekko kobieta.

- I nikt temu nie zaprzecza. Ale musisz pamiętać, że lekarz wypuścił Cię ze szpitala z zaleceniem unikania stresu. Dlatego wolałbym, żebyś skupiła się na ciąży. - powiedział. - Nie chcę cię odsuwać od dzieci. Nic z tych rzeczy. Ale musisz zadbać o Was. Pamiętaj, że następnym razem zamiast wylądować w szpitalu na miesiąc możesz trafić tam na trzy miesiące rodząc wcześniaki lub co gorsza poronić. - powiedział zmartwiony.

- No wiem niby. Ale martwię się o nasze dzieci. Całą piątkę. - powiedziała kobieta patrząc w oczy męża.

- Wszystko będzie dobrze. Chodź tu. - powiedział sadzając swoją żonę sobie na uda. - Zobaczysz, że będzie tylko lepiej. Ale musisz uważać.

- Niech Ci będzie, ale posadź mnie z powrotem na kanapę. Za ciężka jestem. - uznała kobieta.

- Nie jesteś ciężka. - zaprzeczył. - Gdybym nie widział Cię na co dzień uznałbym, że prawie nic nie jesz.

- Nie odpuścisz,  prawda? - zapytała.

- Nie ma mowy. - odpowiedział tym samym kończąc temat.

Wieczorem Remus ponownie porozmawiał z najstarszym synem zapewniając go, że zawsze może porozmawiać ze swoim ojcem. Przed snem opowiedział dzieciom kolejną baśń z "Baśni Tysiąca i jednej nocy" tym razem była to "Cudowna lampa Aladyna". Zanim dzieci usnęły spakował jeszcze najstarszego syna za pomocą zaklęcia, a następnie poszedł do sypialni swojej oraz Nimfadory i zasnął z żoną wcześniej ustawiając sobie budzik na godzinę 7 rano...

***

Stacja King's Cross była lekko zatłoczona jak zawsze. Rodzina Lupin właśnie stała przy ścianie między peronami dziewiątym i dziesiątym. Ściana dla mugoli nie była niczym specjalnym, jednak dla czarodziejów takich jak Lupin'owie ścina ta była barierą między światem mugoli,  a tym czarodziejów i czarodziejek takich jak państwo Lupin i ich dzieci.

- Teddy pójdziesz pierwszy z tatą i Colinem,  ja z Kate za wami. - oznajmiła najstarszemu synkowi pani Lupin.

- Dobrze. - powiedział zestresowany chłopiec.

Remus przebiegł przez barierkę z Theodorem i Colinem, zaraz za nimi przebiegły Nimfadora z Kathrine. W momencie, gdy Teddy skończył żegnać się z rodzicami i rodzeństwem do rodziny Lupin podszedł Harry Potter - ojciec chrzestny Theodora.

- Myślałeś młody, że zwiejesz mi bez pożegnania? - zapytał ze śmiechem auror.

- Wujek Harry! - ucieszyła się Kathrine.

- Cześć dzieciaki. Widzę Ted,  że masz 20 minut, więc nie będę Cię zagadywał długo. Chciałem Ci tylko życzyć udanego roku szkolnego. Zrób jakieś kawały nauczycielom, ale nie daj się złapać. A przede wszystkim baw się dobrze i ucz jak przystało na syna Huncwota okej? - powiedział rozbawiony.

- Pewnie. Dziękuję wujku.

- Mam coś dla Ciebie. Jesteś najstarszy, więc za kilka lat dziel się tym z Colinem, Jamesem, Kate, Albusem, Lily i resztą ferajny. Ale jako najstarszy potomek Huncwotów zaraz po mnie, dostaniesz mapę Huncwotów na własność. - powiedział lekko rozbawiony auror.

- Harry nie mogłeś wymyśleć czegoś innego? - zapytała niezbyt zadowolona Nimfadora. - Wolałabym, żeby żadne z dzieciaków nie miało tej mapy. To, że Remus, Syriusz i twój ojciec ją stworzyli to świadczy tylko o tym jak bardzo lubili łamać zasady.

- Ej, ja nie łamałem ich tak dużo. - stwierdził rozbawiony mąż kobiety.

- Jasne, mam pogadać z McGonagall?

- Po co od razu do niej? - stwierdził rozbawiony Harry. - Lepiej do Łapy.

- Dobra, bo się Dora wkurzy, cicho Harry.

- Pantoflarz. - zaśmiał się Potter.

- A mam Ci wypomnieć jak Ginny nie raz Tobą rządziła?

- Nie było tematu. - stwierdził rozbawiony.

Rozmowa i żarty rodziców i chrzestnego pomogły Teddy'emu minimalnie pozbyć się obaw i stresu.

- Dobra Ted idź już skarbie, żeby pociąg Ci nie odjechał. - powiedziała kobieta do syna przytulając go po raz ostatni.

- Wrócisz na święta do nas? - zapytała Kathrine.

- Pewnie. Do zobaczenia. - odpowiedział siostrze.

- Pomogę Ci z kufrem. Chodźmy. - powiedział Harry i zabrał kufer chrześniaka.

Harry pomógł Teddy'emu z zapakowaniem kufra i klatki z sową do pociągu,  akurat do ostatniego pustego przedziału. Oczywiście po drodze nie obyło się bez tłumu gapiów.

***

Pociąg ruszył kilka minut temu. Młody metamorfomag siedział w przedziale z trójką swoich rówieśników - Lucy ~ miłą, cichą i spokojną rudowłosą dziewczynką o brązowych oczach, Luke ~ niebieskooki, rozgadany i bardzo śmiały w towarzystwie brunet oraz Louis ~ uparty i troskliwy wobec swojej bliźniaczki Sophie, która dłużej żegnała się z rodzicami. Lou nie miał niestety pojęcia, że Soph nie mogąc go znaleźć zaczęła szukać wolnego miejsca, a wraz z nią miejsca szukała sobie blond włosa Mia. W pewnym momencie Sophie, która szła na przodzie zauważyła w jednym z przedziałów swojego bliźniaka wraz z trójką innych uczniów.

- Hej Lou, szukałam Cię. Możemy się dosiąść? Wszędzie straszny tłok. - powiedziała jedenastolatka.

- Pewnie. Lucy, chłopaki to moja bliźniaczka Sophie. A ty kim jesteś? - zapytał blondynkę.

- Mia. Pomoże któryś nam z kuframi?

- Nie denerwuj się. Siadajcie. - powiedział Luke i wraz z Teddy'm włożył kufry dziewczyn na półkę.

- Ja jestem Teddy Lupin, to jest Lucy Conn,  Louis Carter, wiem, że Sophie to siostra, ale Mia nie wiedziała, a ten to Luke Kemmer. A jak Ty się nazywasz? - przedstawił siebie i resztę towarzyszy Theodor.

- Mia Bahringer. W jakim domu chcielibyście być? - zapytała.

- Nie wiem. Moi rodzice byli w Hufflepufie, ale ja tam chyba nie pasuję. - odpowiedziała Lucy.

- Mój tata był w Gryffindorze,  mama w Hufflepufie,  a ja nie wiem gdzie chce być. - przyznał Teddy.

- Nasz tata był w Ravenclaw. - powiedziała Sophie.

- A mama w Slytherinie. - dodał jej bliźniak.

- Moi rodzice oboje byli w Slytherinie, ja też tam pewnie trafię. - stwierdziła Mia.

Cała szóstka rozmawiała wspólnie do końca podróży pociągiem. Kiedy wysiedli na stacji w Hogsmeade, zostali zabrani tradycyjnie do łódek i znaleźli się w wejściu do szkoły wyszedł do nich profesor Neville Longbottom. Opiekun Hufflepufu,  nauczyciel zielarstwa oraz jeden z dalszych przyjaciół chrzestnego Teddy'ego - Harry'ego Potter'a.

Weszli do Wielkiej Sali, która jak co roku od wielu lat zachwycała zaczarowanym sufitem,  który pokazywał aktualną pogodę. Ten wieczór akurat był zjawiskowo piękny. Gwiazdy jasno świeciły, a księżyc znajdował się w pierwszej kwadrze. Do jego pełni, a jednocześnie przemiany ojca Teddy'ego w wilkołaka zostało jeszcze 10 dni. Chłopiec nie martwił się tym zbytnio, ponieważ w tamtej chwili obserwował po prostu całą salę i wszystko starając się zapamiętać jej wygląd. Wraz z profesorem Longbottom'em i innymi pierwszakami weszli do sali i podeszli do stołu prezydialnego przy którym jak zawsze stał stołek,  a na nim stara, poniszczona tiara przydziału,  której zadaniem było segregowanie uczniów do odpowiednich domów. Nie obyło się oczywiście bez słynnej pieśni Tiary. Brzmiała ona tak:

Na uczniów łepetynach powinność czynię starą.
Ich myśli porządkuję, bo przydziału jestem tiarą.
Dzielenie, rozsyłanie, to moje specjalności.
Więc załóż mnie, a może dowiesz się. 
Który dom od dziś będzie Ciebie gościł?
Czy prawda Cię wystraszy?
Moje słowo krew Ci zmrozi?
Czy Slytherin, 
gdzie ambicja panuje na równi z braterstwem?
Czy Gryffindor, 
gdzie odwaga i szlachetność prowadzą?
Czy Hufflepuf, 
gdzie sprawiedliwi i lojalni wobec wszystkich cichutko siedzą?
A może Ravenclaw, 
gdzie inteligencja i kreatywność rządzą?
Ciesz się dziecko, fach swój znam.
Nawet gdy najpierw smutek Ci dam.*

- Kiedy wyczytam wasze imię i nazwisko, podejdziecie do krzesełka, usiądziecie, ja nałożę Wam tiarę i otrzymacie przydział do domu. - powiedział profeor. - Adams Vanessa!

- GRYFFINDOR! - krzyknęła tiara, a dosyć niska szatynka udała się do stołu Gryfonów, gdzie przywitano ją gromkimi oklaskami tak jak każdego pierwszoroczniaka.

- Bahringer Mia!

- SLYTHERIN! - zawołała donośnie tiara.

Przydzielono kolejne dwie osoby, kiedy w końcu trafiło na bliźnięta Carter. Louis trafił do Slytherinu,  z kolei Sophie została Krukonką. Następna była według listy Lucy Cone, która trafiła do Gryffindoru, później nadszedł czas na Luke'a Kemmer'a, który umieszczony został w Hufflepuf. W końcu nadszedł czas Teddy'ego.

- Lupin Theodor! - wywołał chłopca i gdy ten usiadł nałożył mu tiarę.

- Ciekawy przypadek. - mówiła cicho tiara, co słyszał tylko Ted. - Metamorfomag po matce, więc powinnam dać Cię do Hufflepuf, gdzie zawsze metamorfomadzy są przydzielani,  jednak wiem, że Ty tam nie pasujesz... Mnóstwo odwagi, a jaka inteligencja i kreatywność! Chociaż lojalność też tu mamy. Trudny przypadek, ale już wiem, gdzie Cię przydzielić. Twój ojciec będzie dumny. To będzie najlepszy wybór... GRYFFINDOR! - zdecydowała tiara.

Po Tedzie nadszedł czas przydziału kolejnych czterech osób, listę zamknął przydział Christie Shafiq, która została przydzielona do Slytherinu. Po cudownej uczcie Teddy udał się z innymi pierwszorocznymi Gryfonami do wieży Gryffindora, gdzie odnalazł swój pokój i jako pierwszy zajął łazienkę, aby wziąć prysznic i położyć się spać. Przed snem napisał dość długi list do swojej rodziny z zamiarem wysłania go następnego dnia po lekcjach...






*Wierszyk wymyśliłam "na szybko" z pomocą wujka google także wybaczcie, że nie jest idealny.

Przepraszam, że taki krótki, ale nie wyrobiłam po prostu... Po nowym roku postaram sie dodać przynajmniej o 2000 słów dłuższy...

niedziela, 6 grudnia 2020

BONUS Mikołajkowy

Świstoklik przeniósł go do pięknego miejsca niedaleko hotelu,  w którym miał się zatrzymać na czas urlopu. Musiał odpocząć. Zaczął powoli żałować tego, że nigdy nie pomyślał o znalezieniu sobie żony jak to radzili mu przyjaciele. Teraz miał wrażenie,  że jest za późno na małżeństwo. Wyszedł na taras swojego apartamentu hotelowego. Zaczął obserwować morze. Przesiedział tak kilka godzin stojąc przy barierce i patrząc w horyzont. Wchodząc do swojego apartamentu nie zauważył,  że na taras obok wyszła pewna brunetka.

Rano po wyspaniu się i zjedzeniu śniadania mężczyzna udał się na miasto, aby je pozwiedzać w samotności. Spacerując i podróżując od czasu do czasu miejscowym wodnym tramwajem trafił na Most Westchnień - najsłynniejszy most w Wenecji, a jednocześnie jeden z najbardziej znanych mostów na świecie.

Przez okienko na moście zobaczył przepiękny widok. Od tamtej chwili postanowił, że będzie tu przychodził codziennie, aż do dnia wyjazdu i powrotu do domu. Przez chwilę chciał zostać tu na stałe, jednak wiedział, że w Anglii ma wszystkich przyjaciół,  którzy prędzej czy później tęsknili by za nim. Mimo to jednak fakt, że wszyscy wokół niego mają drugie połówki, a on jako jedyny jest singlem czasem go przytłaczał. Jednak fakt, że wszyscy jego przyjaciele albo nie żyli, albo byli żonaci, czy mężatkami sprawiał,  że czuł się wśród nich wszystkich jak intruz. O ironio nawet jego zawsze samotny przyjaciel Remus znalazł żonę i wiódł szczęśliwe życie. Nie to,  żeby mu zazdrościł. Cieszył się,  że Remus w końcu jest szczęśliwy. Jednak sam także chciałby tego szczęścia zaznać. Tyle, że nie miał z kim. Od lat nie znalazł "tej jednej". Może przez życie Casanovy,  a może przez to, że nie szukał jakoś specjalnie? Tego nigdy się nie dowie...

Kolejnego wieczoru Black, bo tak nazywał się mężczyzna, udał się ponownie na Most. Przeszło dwie godziny od zachodu słońca, gdy było już dość ciemno udał się w drogę powrotną do hotelu. Nie wiedział, że gdy on schodził z Mostu, wchodziła na niego właśnie piękna brunetka. A może nie chciał jej zauważyć?

Sytuacja powtarzała się przez następny tydzień. Tego wieczoru jednak Syriusz poszedł na most trochę później, ponieważ nie miał czasu wcześniej. Chwilę przed tym jak wybrał się na swój spacer o zachodzie słońca, przyszedł do niego list od Remusa. Przyjaciel pytał go co słychać i opowiedział w nim o problemach Kathrine ze snem oraz o tym co przydarzyło się jego małej córeczce. Black wiedział, że dla Remusa i Tonks był to jeden z cięższych czasów, szczególnie, że jego przyjaciel wraz z żoną obecnie spodziewali się kolejnego potomka co tylko potęgowało ich zmartwienia. Odpisał więc, że wszystko u niego dobrze i jest na wakacjach, opowiedział w liście o kilku zabytkach. Wiedział,  że jego przyjaciel ma za dużo zmartwień, aby on jeszcze skarżył się mu na samotność,  więc przemilczał sprawę. Kiedy stał tam już od dobrej godziny zjawiła się ona. Zielonooka brunetka, z kręconymi do połowy pleców włosami. Była szczupła i dość wysoka. Miała malinowe usta, zgrabny nos oraz lekko opaloną od słońca skórę.

- Co taki przystojniak robi tu sam? - zaczepiła Łapę. Była tak śliczna, że mężczyźnie ciężko było oderwać wzrok, od jej lekko oświetlonej przez księżyc, sylwetki.

- Ucieka od problemów. - odpowiedział wciąż ją obserwując. - A dodatkowo obserwuje piękna kobietę. Nie boisz się tak sama spacerować?

- Od zawsze jestem sama. - odpowiedziała patrząc w jego oczy.

- To zupełnie jak ja. Niby mam przyjaciół,  ale jakbym ich nie miał. - odpowiedział wzdychając i odwracając wzrok.

- Ciesz się, że chociaż ich masz. - odpowiedziała patrząc w tym samym kierunku co mężczyzna.

- Każdy ma, ale nie każdy ich jeszcze odnalazł. - odparł. - A poza tym to jestem Syriusz. Syriusz Black, ale możesz mi mówić też Łapa.

- Emma Clarke. Mow mi Emma, Em, Emi, czy jak Ci pasuje. - przedstawiła się.

- To co robisz sama o tej porze w takim miejscu? - zagadał, aby podtrzymać rozmowę.

- Zwiedzam,  a ty? - odpowiedziała.

- Trochę też. Znałaś Dumbledore'a? - zapytał głupio nagle po chwili ciszy,  chcąc sprawdzić, czy kobieta jest czarownicą. 

Ponieważ nie chciał popełnić błędu i wspomnieć czegoś co nie powinien oraz nie chciał zdradzić Międzynarodowego Kodeksu Tajności. Pytanie o Dumbledore'a wydało mu się najoczywistszym dla praktycznie każdego czarodzieja.

- Też jesteś czarodziejem? - zapytała zdumiona. - Chociaż, czekaj, faktycznie jak pomyślę to Blackowie są znani wśród czarodziejów.

- Ale Ciebie nie kojarzę jakoś. - odpowiedział.

- Jestem półkrwi. Mój ojciec jest mugolakiem, mama jest półkrwi. - oznajmiła przyglądając się mu uważnie.

- Nie ma dla mnie znaczenia jakiej jesteście krwi. - odrzekł.

- Widzę. - zaśmiała się cicho zauważając jak mężczyzna patrzy jej się w dekolt.

- Ej, nie moja wina, że jestem tylko facetem, a ty... - urwał zdając sobie sprawę jak dwuznacznie mogą zabrzmieć słowa, które miał powiedzieć.

- Jestem ubrana Syriuszu. Sam patrzysz się co chwila mi na dekolt. - oznajmiła lekko rozbawiona.

- Dobra no może. - odparł zrezygnowany. - Ale nie masz dowodów.

- Może mam. - oznajmiła ze śmiechem i zaczęła odchodzić.

- Gdzie idziesz? - zapytał. - Odprowadzę cię. Lepiej, żebyś nie chodziła nigdzie sama o tej porze.

- Jak wolisz. Nie raz wracałam sama. I jak widać nic mi nie jest. - stwierdziła.

- I tak bym poszedł. To gdzie idziesz? - podjął ponowną próbę dowiedzenia się, gdzie dziewczyna się udaje.

- Jak już musisz wiedzieć to do hotelu. - odpowiedziała.

Rozmawiali przez całą drogę na przeróżne tematy. W międzyczasie dowiedzieli się,  ze dzielą akurat pokoje hotelowe obok siebie. Następnie pożegnali się i udali do swoich apartamentów. Przez następne kilka dni poznawali się wybierając się na wspólne spacery po Wenecji, zawsze kończąc je na słynnym Moście Westchnień,  które dla nich nabrało od tego czasu nowe znaczenie - nazwali to w myślach Mostem Początku, ponieważ wiedzieli, że od niego wszystko się zaczęło.

Po pewnym czasie nawiązali również romans, który składał się w dużej mierze ze wspólnych nocy i wzajemnego towarzystwa. Black jednak zorientował się, że to co czuje teraz jest czymś innym niż myślał. To nie był tylko pociąg do bliskości z kobietą,  jednak nie wiedział jak nazwać to uczucie. Odpowiedź nasunęła mu się sama, gdy po jednej ze wspólnych namiętnych nocy obserwował kobietę. Uświadomiło mu to po prostu, że mimo wszystko, żywi do niej głębsze uczucie. Następnego dnia przeprowadzili poważniejszą rozmowę na prośbę Blacka. To zapoczątkowało ich związek, który wtedy stał się nim bardziej oficjalnie. Kobieta zgodziła się, aby póki co nikomu nie mówić wprost, że są razem, jednak ustalili, że nie będą się z tym za bardzo ukrywać. Do końca wspólnego pobytu we Włoszech poznawali się lepiej, coraz bardziej się w sobie zakochując.

***

Kobieta siedziała w fotelu, sama w domu. Była wdową od prawie dwunastu lat. Jej jedyna córka i zięć mieli własną rodzinę, więc nie chciała zawracać im głowy. Kilka miesięcy wcześniej jedynaczka z mężem poinformowała ją, że za jakiś czas ich rodzina ponownie się powiększy, a całkiem niedawno dowiedzieli się, że będą mieli bliźnięta. Owa kobieta całkiem niedawno jednaj dowiedziała się przykrej diagnozy. Okazało się, że jest chora. Niestety nie ma rady i nie da się jej wyleczyć, dlatego siedząc w fotelu postanowiła już teraz zadbać o rodzinę, o którą tak się martwiła. Wzięła pergamin, pióro i postanowiła spisać testament. Wiedziała, że obecnie jej córka nie powinna się denerwować, więc cały czas udawała, że wszystko jest w porządku. Nie chciała martwić nikogo swoim stanem zdrowia oraz sobą, więc nikt oprócz niej samej nie miał pojęcia o jej stanie zdrowia. Wolała utrzymać ten stan rzeczy jak najdłużej.

Nie spodziewała się, że jej sekret niedługo zostanie odkryty przez zięcia. Andromeda jednak nie miała jak się na to przygotować, więc być może dla tego Remusowi tak szybko udało się odkryć jej tajemnicę. Pozostać jej mogła już tylko nadzieja, że nawet jeśli mężczyzna by się dowiedział to nie powie nic jej córce. On jednak nie chciał ukrywać niczego przed Nimfadorą, ale sytuacja zmusiła go, aby na jakiś czas zamilczał. Dla dobra żony i dzieci.




Wesołych Mikołajek!
Przepraszam, że dopiero teraz, ale nie miałam czasu, przez lekcje. Nie jestem pewna,  czy wigilijny rozdział uda mi się dodać akurat 24 grudnia, ale obiecuję, że jeśli nie 24 to dodam go wcześniej,  żebyście nie musieli tyle czekać. 
Bonus krótki, bo nie byłam pewna, co konkretnie napisać, aby nie zdradzić za dużo, ponieważ wszystko objaśnię w rozdziale i nie chciałam robić za dużych spojlerów.
Jeszcze raz, wszystkiego dobrego!