piątek, 30 kwietnia 2021

Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja...

 ~Wieczorem po przyjeździe małżeństwo wspólnie z dziećmi wybrało się do casa de fado, jednej z popularniejszych restauracji w Lizbonie, gdzie mogli posłuchać cudownej, portugalskiej muzyki...~


Przed końcem wakacji rodzina Lupinów wróciła do domu. Tam czekała na nich szara codzienność i chociaż wspólny wyjazd zjednoczył rodzinę, tak powrót do domu był jednocześnie powrotem do szarej rzeczywistości. Do powrotu do Hogwartu zostało dzieciom kilka dni. Wieczorem Remus miał już się położyć z żoną, gdy do sypialni małżeństwa wszedł ich najstarszy syn wraz z młodszą siostrą Kathrine.

- Co się stało? - zapytał mężczyzna. - Czemu nie śpicie?

- Ja bym spał, ale Kate mnie obudziła. - odpowiedział siedemnastolatek.

- Bo boję się spać. - oznajmiła dziewczynka.

- Dlaczego? - wtrąciła tym razem matka dzieci.

- Nie wiem, po prostu mam jakieś złe przeczucie. - mówiąc to dziewczynka spuściła głowę.

- Hej, spokojnie. Poszedłbyś z  nią do salonu Ted? - poprosił,  a bardziej polecił Remus.

- Jasne. - odpowiedział  chłopak. - Chodź Katie.

Kiedy zaprowadził siostrę do salonu i doszedł do nich Remus, Theodor skierował się do schodów prowadzących na piętro domu. Nie dane mu było iść odpocząć, ponieważ trójka jego młodszego rodzeństwa zeszła właśnie na dół.

- Które Ciebie obudziło? - zapytał ziewając Colin.

- Kate, a Ciebie? - odparł.

- Susanne,  ale Jack stał z nią, więc można powiedzieć, że oboje. - odpowiedział szesnastolatek.

- Chodźcie. - powiedział najstarszy z rodzeństwa i zaprowadził bliźnięta i brata do salonu, gdzie ich ojcu udało się wesprzeć i pocieszyć starszą z pośród dwóch córek.

- Też nie możecie spać? - zapytał ojciec swoje dzieci.

- Yhym. - mruknął śpiący Colin.

- Może poczytaj im Remus coś innego niż bajki? - zaproponowała Nimfadora, która właśnie wyszła z sypialni.

- Niby co? Większość książek jakie mam to kryminały, nie będę im takich rzeczy czytał. - odpowiedział mężczyzna żonie.

- I dlatego masz żonę,  która kupuje różne książki. - odpowiedziała kobieta. - Zaraz przyjdę. - dodała i poszła do biblioteczki,  w której rodzina trzymała wszelkie książki.

Kiedy wróciła miała ze sobą siedem dość cienkich książek. Wszystkie były autorstwa Clive'a Staples'a Lewis'a. Ich tytuł główny brzmiał "Opowieści z Narnii", jednak przy każde był inny podtytuł. Pierwszy, który Nimfadora podała mężowi do rozpoczęcia brzmiał "Lew,  Czarownica i Stara Szafa".

- Zacznij pierwszy rozdział,  drugi ja mogę czytać. A od jutra możemy wszyscy czytać po kolei codziennie po jednym lub dwa rozdziały. - zwróciła się do męża.

- Niech Ci będzie Dora. - poddał się Remus i wziął książkę z rąk żony. - Rozdział pierwszy. Łucja zagląda do szafy. 

BYŁO RAZ CZWORO DZIECI: Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja. Opowiem wam o tym, co im się przydarzyło. Podczas wojny wysłano je z Londynu na wieś, aby były bezpieczne w okresie bombowych nalotów na miasto. Zamieszkały w domu pewnego starego Profesora, który żył w głębi kraju, na wsi, dziesięć mil od najbliższej stacji kolejowej i dwie mile od najbliższej poczty. Profesor nie miał żony i mieszkał w wielkim starym domu, ze swoją gospodynią, panią Macready, i jej trzema pomocnicami. (Jeżeli już chcecie wiedzieć, to nazywały się Ivy, Margaret i Betty, ale w tej historii nie odegrały większej roli.) Profesor był bardzo stary i miał krzaczastą, białą brodę, która łączyła się z równie siwą czupryną, a rosła tak gęsto i obficie, że na twarzy pozostawało już niewiele wolnego miejsca. Dzieci szybko go polubiły, choć przy pierwszym spotkaniu w drzwiach starego domu wydał im się postacią tak bardzo dziwaczną, że Łucja (która była najmłodsza) trochę się go przestraszyła, a Edmund (który był następny w kolejności wieku) o mało nie wybuchnął śmiechem; uratowała go chusteczka, w której ukrył twarz udając, że wyciera nos. Pierwszego wieczora, kiedy dzieci powiedziały już Profesorowi dobranoc, pobiegły na górę do swoich sypialni. Tyle było jednak spraw do omówienia, że przed położeniem się do łóżek chłopcy przyszli do pokoju dziewczynek na krótką naradę.

 - No, to się nam udało, nie ma co - powiedział Piotr. - Założę się, że tu będzie fantastycznie. Ten stary pozwoli na wszystko, co tylko nam przyjdzie do głowy. 

- Uważam, że to strasznie miły staruszek - powiedziała Zuzanna. 

- Och, dajcie spokój - przerwał im Edmund, który był już zmęczony, a pragnął sprawiać wrażenie nie zmęczonego, co zawsze wprawiało go w zły humor. - Przestańcie tak gadać. 

- To znaczy jak gadać? - spytała Zuzanna. - A w ogóle powinieneś już leżeć w łóżku. 

- Próbujesz przemawiać jak mama - powiedział Edmund. - A kim ty właściwie jesteś, że mówisz mi, kiedy mam iść do łóżka? Sama sobie idź do łóżka. 

- Myślę, że lepiej będzie, jeśli wszyscy pójdziemy już spać - wtrąciła się Łucja. - Jak usłyszą, że jeszcze rozmawiamy, będzie awantura. 

- Nie będzie żadnej awantury - powiedział Piotr. - Mówię wam, że to taki dom, w którym nikt nie będzie sobie specjalnie zawracał głowy tym, co robimy. A zresztą i tak nas nie usłyszą. Z jadalni idzie się tu prawie dziesięć minut przez te wszystkie korytarze i schody.

- Co to za dziwny odgłos?! - spytała nagle Łucja. 

Nigdy jeszcze nie była w tak dużym domu i na samą myśl o tych wszystkich długich korytarzach, z rzędami drzwi wiodących do pustych pokojów, ciarki przebiegły jej po plecach. 

- To tylko jakiś ptak, głuptasie - powiedział Edmund. 

- To sowa - powiedział Piotr. - Wygląda mi na to, że trafiliśmy do prawdziwego raju dla ptaków. Jeśli chodzi o mnie, to idę do łóżka, a wam radzę zrobić to samo. Od jutra rozpoczynamy badanie okolicy. W takim miejscu można znaleźć rzeczy, o jakich wam się nie śniło. Widzieliście te góry w pobliżu? A te lasy? Tu mogą być orły. Mogą być jelenie. I jastrzębie. 

- Borsuki! - dodała Łucja. 

- Lisy! - dodał Edmund. 

- Króliki! - dodała Zuzanna. 

 Ale następnego ranka obudziło ich monotonne bębnienie deszczu, tak gęstego, że przez okno nie było widać ani gór, ani lasów, ani nawet strumyka płynącego przez ogród. 

- Oczywiście MUSI padać! - stwierdził Edmund. 

Właśnie skończyli śniadanie z Profesorem i byli już na górze, w pokoju, który im przydzielono. Był to długi, niski pokój z dwoma oknami wychodzącymi na dwie różne strony świata. 

- Och, Edziu, proszę cię, przestań narzekać - powiedziała Zuzanna. - Stawiam dziesięć do jednego, że przejaśni się w ciągu godziny. Tymczasem nie jest tak źle. Mamy radio i mnóstwo książek. 

- Jeżeli chodzi o mnie, to na razie nie skorzystam - wtrącił Piotr. - Zamierzam najpierw dokładnie zwiedzić ten dom. 

Wszyscy chętnie na to przystali i tak zaczęły się ich przygody. Dom był pełen zakamarków i niespodzianek, wielki, z rodzaju tych wielkich domów, co to zdają się nigdy nie mieć końca. Jak można było się spodziewać kilkoro pierwszych drzwi, które otworzyli, wiodło do pustych sypialni, wkrótce jednak doszli do bardzo długiego pokoju pełnego obrazów na ścianach; odkryli tu kompletną starą zbroję. Dalej był pokój obity zieloną tkaniną, ze stojącą w rogu harfą, następnie przejście prowadzące trzy stopnie w dół, a potem pięć stopni w górę, za nim niewielka komnata z drzwiami na balkon, a dalej cały szereg połączonych ze sobą pomieszczeń z półkami pełnymi książek, przeważnie bardzo starych, niektóre z nich były z pewnością większe od Biblii w kościele. Wkrótce potem dotarli do prawie pustego pokoju, w którym stała stara szafa z dużym lustrem w drzwiach. Nie było tu nic więcej, jeśli nie liczyć stojącej na parapecie pustej butelki z niebieskiego szkła.

- Tu nic nie ma! - stwierdził Piotr i wszyscy poszli dalej. 

Wszyscy - oprócz Łucji, która pomyślała sobie, że warto by na wszelki wypadek sprawdzić, czy drzwi szafy nie dadzą się otworzyć, choć była prawie pewna, że będą zamknięte. Ku jej zdumieniu otworzyły się z łatwością, a na podłogę wypadły dwie kulki naftaliny. Kiedy zajrzała do środka, zobaczyła rząd wiszących płaszczy. Były to przeważnie futra, a trzeba wam wiedzieć, że dla Łucji nie było nic milszego nad zapach i dotyk futer. Nie wahając się ani chwili, weszła do szafy i zanurzyła się w futrach, z rozkoszą wtulając w nie twarz. Oczywiście nie zapomniała o pozostawieniu otwartych drzwi, ponieważ wiedziała, że to bardzo głupio przypadkowo zamknąć się w szafie. Postąpiła krok czy dwa w głąb i stwierdziła, że wewnątrz jest jeszcze drugi rząd płaszczy. Tutaj było już prawie zupełnie ciemno i Łucja wyciągnęła ręce przed siebie, by nie uderzyć głową w tylną ścianę szafy. Zrobiła jeszcze jeden krok naprzód, potem jeszcze dwa lub trzy, wciąż spodziewając się, że końcami palców dotknie drewnianej ściany. Ale nic takiego nie nastąpiło. „To musi być naprawdę ogromna szafa" - pomyślała, posuwając się wciąż dalej i rozgarniając miękkie futra, aby zrobić sobie miejsce. Nagle zauważyła, że coś skrzypi pod jej nogami. „To chyba kulki naftaliny", pomyślała i schyliła się, chcąc namacać je ręką. Ale zamiast twardego i gładkiego drewna podłogi wyczuła coś miękkiego, sypkiego i zimnego. 

- To bardzo dziwne - powiedziała do siebie i zrobiła jeszcze krok lub dwa. 

Teraz jej twarz i ręce przestały wyczuwać miękkość futer, a napotkały coś twardego i szorstkiego, a nawet kłującego. 

- Ależ to zupełnie przypomina gałęzie drzew! - wykrzyknęła i nagle zauważyła jakieś światło. 

I to wcale nie kilkanaście centymetrów przed sobą, tam gdzie powinna być tylna ściana szafy, lecz w oddali. W chwilę później zdała sobie sprawę, że stoi pośrodku lasu, jest noc, pod nogami ma najprawdziwszy śnieg, którego płatki wirują w powietrzu. Łucja trochę się przestraszyła, ale jednocześnie była ciekawa i podniecona. Spojrzała przez ramię za siebie. Między czarnymi pniami drzew wciąż widziała otwarte drzwi szafy, a nawet kawałek pustego pokoju. (Oczywiście zostawiła drzwi otwarte, ponieważ pamiętała, że to bardzo głupio zamknąć się w szafie.) Wyglądało na to, że w pokoju nadal jest dzienne światło. „Gdyby coś było nie w porządku, zawsze mogę wrócić" - uspokoiła się i zaczęła iść przez las, skrzyp-skrzyp po śniegu, ku dziwnemu światłu przed sobą. Kiedy po blisko dziesięciu minutach doszła do światła, przekonała się, że to świeci latarnia na słupie. A kiedy tak stała i patrzyła na nią, rozmyślając, skąd się wzięła latarnia w środku lasu i co robić dalej, usłyszała odgłos zbliżających się kroków. Wkrótce potem bardzo dziwna postać z parasolem wynurzyła się spomiędzy drzew i weszła w krąg światła rzucany przez latarnię. Dziwna istota była tylko trochę wyższa od Łucji. Od pasa w górę przypominała człowieka, ale jej nogi były nogami kozła (pokrytymi czarną, połyskującą w świetle latarni sierścią), a zamiast stóp miała najprawdziwsze kopytka. Miała też ogon, choć w pierwszej chwili Łucja go nie zauważyła, ponieważ był elegancko przewieszony przez trzymającą rozłożony parasol rękę, zapewne po to, aby nie ciągnął się po śniegu. Szyję otulał czerwony, wełniany szalik, a jej skóra miała również lekko czerwoną barwę. Twarz wędrowca była dziwna, lecz miła. Miał krótką, ostro zakończoną bródkę i kręcące się włosy, z których wystawały dwa małe różki. W jednej ręce, jak już powiedziałem, trzymał otwarty, biały od śniegu parasol, w drugiej - kilka paczek owiniętych w brązowy papier, jakby wracał z zakupów przed Bożym Narodzeniem. Był to faun. Kiedy zobaczył Łucję, tak gwałtownie podskoczył z wrażenia, że wszystkie paczki wypadły mu z rąk. 

- Boże miłosierny! - wykrzyknął.

Zanim Nimfadora zdążyła pomyśleć o odebraniu mężowi książki ten zaciekawiony ciągiem dalszym kontynuował.

Rozdział drugi "Co Łucja tam zobaczyła". 

DOBRY WIECZÓR - powiedziała Łucja. 

Faun był tak zajęty zbieraniem swoich paczek, że w pierwszej chwili nie odpowiedział na jej powitanie. Dopiero kiedy skończył, lekko się skłonił i powiedział: 

- Dobry wieczór, dobry wieczór. Najmocniej przepraszam, nie chciałbym być zbyt natrętny, ale czy nie mylę się sądząc, że jesteś Córką Ewy? 

- Mam na imię Łucja - odpowiedziała, nie bardzo rozumiejąc, o co mu chodzi. 

- Ale czy nie jesteś, proszę mi wybaczyć, czy nie jesteś kimś, kogo się nazywa „dziewczynką"? - zapytał faun. 

- Oczywiście, że jestem dziewczynką - zgodziła się Łucja. 

- Czy to znaczy, że jesteś człowiekiem? 

- Oczywiście, że jestem człowiekiem - powiedziała Łucja coraz bardziej zdziwiona. 

- Naturalnie, naturalnie. Cóż za głupiec ze mnie! Ale proszę zrozumieć, jeszcze nigdy nie widziałem Syna Adama lub Córki Ewy. Bardzo się cieszę. Trzeba ci bowiem wiedzieć... - i tu urwał, jakby miał powiedzieć coś, czego nie zamierzał, ale w porę ugryzł się w język. 

- Bardzo mi przyjemnie. Pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Tumnus. 

- Miło mi pana poznać, panie Tumnusie - powiedziała Łucja. 

- A czy wolno mi zapytać, o Łucjo, Córko Ewy, w jaki sposób znalazłaś się w Narnii? 

- W Narnii? A co to takiego? - zapytała Łucja. 

- Przecież znajdujemy się w kraju, który nazywa się Narnią. Wszystko, co leży między Latarnią a wielkim zamkiem Ker-Paravelem nad wschodnim morzem - wszystko to należy do Narnii. A ty, ty zapewne przybywasz z Zachodniej Puszczy? 

- Ja... ja przyszłam tu ze starej szafy w garderobie - wyjąkała Łucja. 

- Ach! - westchnął pan Tumnus melancholijnie. - Gdybym tylko trochę bardziej przykładał się do geografii, kiedy byłem małym faunem, to bez wątpienia wiedziałbym wszystko o tych dalekich i dziwnych krajach. Teraz już na to za późno. 

- Ale to wcale nie są żadne kraje - powiedziała Łucja, rozbawiona. - To jest tam, zaraz za nami... a w każdym razie... no, nie jestem taka pewna. Tam jest lato. 

- Jednakże - zauważył pan Tumnus - w Narnii jest zima, i to od tak dawna! Jeżeli będziemy tak stać i rozmawiać w tym śniegu, to możemy się przeziębić. Czy Córka Ewy z dalekiego kraju Gar-Deroby, gdzie panuje wieczne lato wokół prześwietnego miasta Staraszafa, nie zechciałaby przyjąć zaproszenia na mały podwieczorek? 

- Bardzo panu dziękuję, panie Tumnusie - powiedziała Łucja - ale zastanawiałam się właśnie, czy nie powinnam już wracać. 

- To zaledwie parę kroków stąd - nalegał faun. - Będzie też ogień na kominku i grzanki, i sardynki, i ciasto... 

- To bardzo uprzejme z pana strony - powiedziała Łucja. - Ale naprawdę nie będę mogła zostać zbyt długo. 

- Gdybyś zechciała wziąć mnie pod rękę, Córko Ewy, to parasol osłoni nas oboje. Idziemy w tamtą stronę. A więc - w drogę! 

I w ten sposób Łucja szła teraz przez las, trzymając pod rękę tę dziwną istotę, jakby znali się od urodzenia. Nie uszli daleko, gdy...

Kontynuował Remus i tak zamiast jednego, dwóch rozdziałów, Remus przeczytał prawie całą książkę. W czasie kiedy kończył czytać Nimfadora przygotowała się do zabrania książek od męża, wiedząc, że mężczyzna będzie chciał jeszcze tej samej nocy rozpocząć kolejną książkę.

Rozdział siedemnasty, Polowanie na białego jelenia.

NIE MINĘŁO NAWET KILKA MINUT od ich przybycia, a było już po bitwie. Większość wrogów zginęła w wyniku pierwszej szarży Aslana i jego towarzyszy, a kiedy ci, którzy pozostali przy życiu, zobaczyli śmierć Czarownicy, poddali się albo rzucili do ucieczki. Łucja zobaczyła Piotra i Aslana ściskających sobie ręce. Dziwne było widzieć Piotra takim, jakim był teraz: jakby postarzały, z twarzą pobladłą i srogą... 

Zatem weszli śmiało w gęstwinę leśną i zanim jeszcze zdążyli zrobić pierwsze dwadzieścia kroków, przypomnieli sobie, że owa dziwna rzecz nazywa się Latarnią, a zanim zrobili drugie dwadzieścia kroków, zauważyli, że nie przeciskają się już między gałązkami jodeł, lecz między futrzanymi płaszczami. A w chwilę później wszyscy wysypali się - jedno po drugim - przez otwarte drzwi starej szafy do pustej garderoby i nie byli już królami i królowymi we wspaniałych myśliwskich strojach, lecz Piotrem, Zuzanną, Edmundem i Łucją w starych dziecinnych ubrankach. I był to ten sam dzień i ta sama jego pora, kiedy wszyscy czworo wskoczyli do szafy, aby się w niej schować. Z korytarza dobiegły ich głosy pani Macready i zwiedzających, ale na szczęście nikt nie wszedł do garderoby i dzieci nie zostały odkryte. I to byłby już naprawdę koniec tej historii, gdyby cała czwórka nie poczuła, że naprawdę trzeba wyjaśnić Profesorowi, dlaczego w starej szafie brakuje czterech płaszczy. A Profesor, który był człowiekiem bardzo osobliwym, nie powiedział im nic takiego, jak: „Nie bądźcie głupi!" albo: „Przestańcie kłamać!", ale uwierzył w całą tę historię. 

- Nie - powiedział - nie sądzę, aby mogło coś dobrego wyniknąć z próby powrotu do Narnii przez drzwi szafy w celu przyniesienia tych płaszczy. Nie dostaniecie się już do Narnii TĄ drogą. I nie sądzę, aby był wielki pożytek z tych płaszczy, nawet gdybyście się tam dostali. Cóż to? Co się stało? No więc, tak, oczywiście, kiedyś jeszcze do Narnii powrócicie. Kto raz został królem w Narnii, na zawsze nim pozostanie. Ale nie próbujcie nigdy używać tej samej drogi. Powiem więcej: nie PRÓBUJCIE w ogóle tam się dostać. To się stanie samo, właśnie wtedy, kiedy nie będziecie się o to usilnie starać. I nie rozmawiajcie za dużo o tym wszystkim, nawet między sobą. A innym w ogóle o tym nie wspominajcie, chyba że spotkacie takich, co sami przeżyli przygody tego rodzaju. Co znowu? Po czym to poznać? Och, będziecie o tym dobrze WIEDZIEĆ. Będą mówić dziwne rzeczy, a nawet ich wygląd będzie nieco dziwny. Miejcie oczy otwarte. Coś takiego! Czego oni ich NAPRAWDĘ uczą w tych szkołach! 

I tu już jest naprawdę koniec przygody ze starą szafą. Ale, jeśli Profesor miał rację, był to dopiero początek narnijskich przygód.

- Na dzisiaj koniec. - jako pierwsza po przeczytaniu ostatniego zdania odezwała się Nimfadora. - Kolejną książę możemy przeczytać jutro. Teraz do łóżek, wszyscy. - zarządziła pani domu.

- Mamo poczytajmy. - zaczęła Kate. - Tylko jeden rozdział. No proszę.

- Nie ma opcji Kate. Do pokoi, wszyscy. - powiedziała nieugięta kobieta.

- Kochanie co nam szkodzi? - popierał córkę Remus.

- Tato nam też się książka podobała, ale ja chce spać, a nie całą noc czytać. Jest już prawie piąta nad ranem. - poparł matkę Colin.

- Zgadzam się z Colem. - powiedział Theodor. - Chodźmy teraz spać, rano pominiemy śniadanie, a po obiedzie przeczytamy kolejną książkę.

- Niech Wam już będzie. - zgodził się Remus, wiedząc, że jest z córką na przegranej pozycji.

Wszyscy zgodnie położyli się spać, jednak Kathrine wciąż nie mogła zasnąć, więc zabrała swój ulubiony koc i udała się do pokoju najstarszego z braci.

- Teddy śpisz? - zapytała.

- Prawie, co się dzieje? - odpowiedział sennym głosem nastolatek.

- Mogę się z tobą położyć? Nie zasnę teraz sama. - powiedziała dziewczynka.

- Właź,  ale już cicho. - powiedział coraz bardziej wykończony chłopak odsuwając się pod ścianę i odsuwając kołdrę, aby jego siostra mogła wejść pod nią i przykryć się. Dziewczynka położyła się z bratem i po kilku minutach oboje zasnęli. Kiedy ich ojciec udał się do pokoi dzieci kilkanaście minut później, aby upewnić się, że wszystkie śpią, nie mógł się oprzeć i zrobił zdjęcie swojej córce i synowi,  na którym widać było jak rodzeństwo śpi wtulone w siebie. Kilka minut później cała rodzina pogrążyła się we śnie...

czwartek, 1 kwietnia 2021

BONUS PRZEDŚWIĄTECZNY

*Remus*

Udałem się po Teda,  Colina i Kathrine na stację King's Cross,  aby odebrać ich z peronu dziewiątego i trzy czwarte. Były to pierwsze święta bez mojej teściowej. Dora została z bliźniętami, uznaliśmy, że nie będę brał ich ze sobą ze względu na niezbyt ciekawą pogodę. Mimo że wolałbym inaczej,  wiedziałem, że moja żona potrzebuje tego. Potrzebowała po prostu odciąć myśli od wszystkiego i zająć się czymś, a dzieci jej w tym pomagały, w końcu potrzebowały sporo uwagi.

Na najstarszą trójkę czekałem niecałe dziesięć minut. Dość szybko się odnaleźliśmy i teleportowałem się z całą trójką do domu. W wejściu powitał nas Jackob. Susanne i Dora czekały w salonie,  gdzie moja żona czesała naszą pięcioletnią córeczkę. Po przywitaniu się Ted i Colin udali się zanieść bagaże swoje i Kate do pokoi. Bliźnięta z Dorą i Kathrine zostali w salonie, gdzie Kate zaczęła opowiadać mojej żonie swoje pierwsze wrażenia ze szkoły. Ja w tym czasie udałem się do kuchni, aby przygotować sobie i swojej rodzinie gorącą czekoladę na rozgrzanie.

Kiedy wróciłem z parującymi kubkami,  chłopcy wraz z resztą mojej rodziny siedzieli i rozmawiali z Nimfadorą. Widziałem, że Teddy i Col chcą pomóc mamie, jednak nie wiedzieli jak,  postanowiłem, że im podpowiem, zamiast zakazywać pomocy.

- Mam propozycję. - przerwałem Teddy'iemu opowieść o tym jak wraz z Louis'em i Luck'iem o drugiej nad ranem wystraszyli kilka dziewczyn z domu Ravenclaw.

- Jaką? - zapytała moja żona.

- Co wy na to, że mama odpocznie, a my zajmiemy się przygotowaniami do świąt? - zaproponowałem. - Jak będziesz Dora chciała to po prostu możesz coś tam komuś pomóc, ale nie robisz niczego sama.

- A mogę pomóc przy pieczeniu ciast? - zapytała Kathrine.

- Pewnie, możesz nawet sama jakieś zrobić, ja Ci będę pomagał, żebyś sobie krzywdy nie zrobiła. Co ty na to? - zaproponowałem córce.

- Tak! Mamo,  chłopaki,  zgódźcie się... Proszę.. - zaczęła przekonywać.

- Dla mnie super. - uznał Colin. - Ale ja robię jedne ciastka i mogę jeszcze indyk, sałatkę gyros i świąteczny pudding. A do tego mogę z Tedem dekorować salon. - powiedział piętnastolatek.

- Mi to pasuje. - powiedział Teddy. - Ja jeszcze mogę zrobić parówki w cieście z bekonem, biszkopt z whisky, trifle z mrożonymi owocami i kruche ciasteczka z kandyzowanymi owocami. Ty tato możesz zrobić kilka mięsnych potraw. - powiedział mi.

- Okej, to Kate zrobi piernik i pierniczki, plus pomoże Wam w dekorowaniu salonu. Jack, Susie pomożecie mi w kuchni i będziecie pilnować, żeby mama nie robiła sama niczego, okej? - zwróciłem się do najmłodszych dzieci. 

- Dobrze tatusiu. - powiedziała do mnie pięciolatka.

Wiedziałem, że moja żona nie jest z tego niezadowolona, ale wolałem to niż żeby się przemęczyła. Jednocześnie wiedziałem, że zamiast rozmyślać będzie sama się próbować wplatać w pomoc mi i dzieciom, szczególnie Kate.

***

*Theodor*

Te święta miały być inne. Bez babci. Było nam wszystkim ciężko,  ale mama przeżywała to najgorzej. Dlatego z Colinem jeszcze w szkole postanowiliśmy, że zrobimy co tylko możliwe w czasie świąt, żeby mamie pomóc. Tata swoją propozycją nam tylko to ułatwił i pomógł.

Wszystko szło nam gładko. O dziwo nawet indyk wyszedł Colinowi świetnie.

W same święta mama starała się udawać szczęśliwą, ale nawet bliźnięta widziały, że coś jest nie tak. Dlatego z tatą wszystko starałem się im tłumaczyć. Po śmierci babci uznałem, że muszę przejąć rolę taty dopóki mama nie wróci do siebie. Oczywiście w domu, bo chcąc nie chcąc musiałem się uczyć, więc będąc w Hogwarcie nie mogłem tacie pomóc. Jedynie mogłem wspierać Cola i Kate. Mimo to sam podobnie jak tata ledwo sobie z tym radziłem. Niby ojciec rozmawiał ze mną kilka razy,  ale ja za każdym razem go zbywałem. Nie chciałem, żeby musiał przejmować się jeszcze mną. Wolałem, żeby zajął się mamą, uznałem, że sam sobie poradzę.

Po świętach i Nowym Roku wróciliśmy do szkoły. Moi przyjaciele wiedzieli o  wszystkim, więc jak tylko nie było przy mnie mojego rodzeństwa, które starałem się wspierać bardziej niż kiedykolwiek pozwalali mi po prostu na chwilę słabości... Przynajmniej wiedziałem,  jak wspaniałych znalazłem przyjaciół.

***

*Colin*

Najgorsze co kiedykolwiek widziałem to niekoniecznie pogrzeb babci. Wiedziałem, że prędzej czy później ona umrze ze względu na swój wiek i choroby. Ale nie potrafiłem patrzeć na cierpienie Teda, Kate, taty i bliźniąt, a już szczególnie mamy. To było coś strasznego. Chciałem im wszystkim pomóc, ale sam potrzebowałem tej pomocy. W końcu uznałem, że porozmawiam po prostu z wujkiem Nevile'm. Był nauczycielem plus w pewnym sensie członkiem rodziny. Wiedziałem,  że mogę mu zaufać w takim samym stopniu co Teddy'emu. Po rozmowie z wujkiem poczułem się trochę lepiej. Dał mi na pewno wiele cennych rad, które przydadzą się nie tylko mi i mojej rodzinie, ale też innym...

***

*Remus*

Kate,  Colin i Ted byli już w Hogwarcie, a ja z Dorą i bliźniętami w domu. Moja żona niedługo po nowym roku wróciła do pracy. Nie chciałem się na to zgadzać, ale wiedziałem, że nie odpuści. Bliźnięta były głównie pod opieką Ginny, moją lub bliźniaków Weasley. Co prawda nie byłem z początku przekonany co do pomysłu Freda i George'a, aby to oni zajęli się moimi dziećmi, ale nie miałem wyjścia, więc im zaufałem. Okazało się,  że byli świetnymi "opiekunkami" dlatego często zostawali z naszymi dziećmi. Jako, że sami byli ojcami,  a w sklepach obecnie pracowało na zmiany po dziesięciu pracowników w każdym sklepie (i na Pokątnej i w Hogsmeade) plus ja i chłopaki,  nie martwiliśmy się o to, kto będzie musiał iść do pracy, bo właściwie ja bywałem w pracy maksymalnie pięć razy w tygodniu, a bliźniacy z kolei wpadali tylko wypłacać wypłaty,  organizować zamówienia i ewentualnie zastąpić jakiegoś pracownika. 

Martwiłem się jednak o swoją żonę, ale oprócz wsparcia, nic nie mogłem zrobić i to mnie najbardziej dobijało. W końcu po kilku tygodniach Dora za moją namową udała się do psychouzdrowiciela*, na szczęście dużo jej to pomogło. Dlatego zanim dzieciaki wróciły ze szkoły, moja żona była prawie, że tą samą kobietą, którą poznałem, jedyne co to nie była już aż tak niezdarna jak te dwadzieścia lat temu. Ale z dnia na dzień w moich oczach była mimo wszystko piękniejsza.

***

*Kathrine*

W Hogwarcie zostałam przydzielona do Gryffindor'u tak jak mój najstarszy brat Ted. Kiedy wróciliśmy do domu w czerwcu mama znów była sobą. Cieszyło mnie to, bo mimo wszystko się o nią martwiłam. Wiedziałam, że Ted wie co się dzieje, podobnie jak Col, bo obaj byli w kontakcie z tatą. Ja niby też, ale mi najmniej mówili. Wiedziałam tylko,  że mama była na jakiejś terapii u psychouzdrowiciela i to bardzo jej pomogło. 

Mimo wszystko dobrze być znowu w domu. A najlepiej jeśli widzę moją rodzinę pozornie szczęśliwą mimo bólu jaki dostarczyła nam śmierć babci Dromedy.

- Kochanie opowiesz nam coś o swoich przyjaciołach? Poznałaś kogoś? - moje rozmyślania przerwała mi właśnie mama. Widocznie skończyła "przesłuchiwać" chłopaków.

- Poznałam w sumie trzy osoby. Elisabeth jest w Ravenclaw, ale świetnie się rozumiemy. Zaprzyjaźniłyśmy się. Jest też dwóch Gryfonów Zayn i Louis. Chłopacy znają się od dziecka, ale szybko się dogadali ze mną i Betty. Lubimy spędzać razem czas. Ale poza tym to niewiele się działo. Głównie nauka, ale pod koniec roku profesor Snape pochwalił mnie i Zayn'a za dobre oceny z Eliksirów. - powiedziałam.

- No proszę,  to jednak chyba Snape serio się zmienił. - uznał mój tata.

- Remus daruj sobie. - powiedziała mama wywracając oczami.

- Ale sama wiesz jakie on miał podejście do dzieci. Szczególnie do mnie i moich przyjaciół. Nie wydaje Ci się dziwne, że... - tata nie dokończył swojego rozkminiania, bo mama walnęła w niego poduszką z kanapy. - Tak chcesz się bawić? - zapytał, a następnie odrzucił przedmiotem w mamę,  która zdążyła się odsunąć i ostatecznie oberwał Colin, który chcąc trafić w ojca trafił w Teda. Zaśmiałam się co mój brat wykorzystał.

- A Tobie tak do śmiechu? - zapytał a następnie oberwałam z poduszki.

To oczywiście rozpętało bitwę na poduszki do której przyłączyli się bliźnięta. Dwadzieścia minut później po całym salonie latało pełno pierza, które rozbawiony tata sprzątnął jednym machnięciem różdżki, a następnie zaczął wyjmować pióra mamie z włosów. Ted i Colin zrobili to samo mi i Susie, a następnie sobie wzajemnie i Jack'owi. W świetnych humorach późnym wieczorem wszyscy poszliśmy spać, aby przygotować się na nadchodzący kolejny dzień. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że będzie to jeden z najwspanialszych dni mojego życia.




*psychouzdrowiciel - taki jakby psycholog, tłumacząc na "mugolski", nie mam pojęcia czy w kanonie był wyróżniony czym zajmował się i jaki uzdrowiciel, a nie znalazłam nic na ten temat w internecie, więc uznałam, że można uznać tego psychouzdrowiciela za takiego odpowiednika psychologa - plus mam w planach umieścić kogoś w tym zawodzie, jak chcecie możecie zgadywać kogo mam na myśli - podpowiem, że to jeden z "głównych" bohaterów

Hejka! Wiem, że dawno nie było mnie tutaj, ale jak widać jestem kiepska w dotrzymywaniu obietnic. Dodatkowo ostatnio różnie bywa w moim życiu,  raz lepiej, raz gorzej, szczególnie zdrowotnie (i nie, to nie nasz wirus, po prostu przez fakt, że ciężko mi umówić się do lekarza to nie miałam jak iść na kilka wizyt - do tej pory nie wiem kiedy będę w końcu mogła iść) Właśnie z tych powodów rozważam zakończenie tej książki za kilka rozdziałów, mimo, że planowałam zakończyć ją na jakimś czterdziestym rozdziale... Ale nie wiem, zastanowię się jeszcze i dam Wam znać, póki co nic nie będę robić z tym, a jeszcze dzisiaj postaram się napisać na jutro lub sobotę rozdział.

Opowiadajcie też co u Was? Jak się trzymacie?

Nie wiem jak szybko cos dodam, więc już teraz życzę Wszystkim Wesołych,  radosnych i rodzinnych (na miarę możliwości) świąt Wielkiejnocy!

W.