piątek, 30 kwietnia 2021

Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja...

 ~Wieczorem po przyjeździe małżeństwo wspólnie z dziećmi wybrało się do casa de fado, jednej z popularniejszych restauracji w Lizbonie, gdzie mogli posłuchać cudownej, portugalskiej muzyki...~


Przed końcem wakacji rodzina Lupinów wróciła do domu. Tam czekała na nich szara codzienność i chociaż wspólny wyjazd zjednoczył rodzinę, tak powrót do domu był jednocześnie powrotem do szarej rzeczywistości. Do powrotu do Hogwartu zostało dzieciom kilka dni. Wieczorem Remus miał już się położyć z żoną, gdy do sypialni małżeństwa wszedł ich najstarszy syn wraz z młodszą siostrą Kathrine.

- Co się stało? - zapytał mężczyzna. - Czemu nie śpicie?

- Ja bym spał, ale Kate mnie obudziła. - odpowiedział siedemnastolatek.

- Bo boję się spać. - oznajmiła dziewczynka.

- Dlaczego? - wtrąciła tym razem matka dzieci.

- Nie wiem, po prostu mam jakieś złe przeczucie. - mówiąc to dziewczynka spuściła głowę.

- Hej, spokojnie. Poszedłbyś z  nią do salonu Ted? - poprosił,  a bardziej polecił Remus.

- Jasne. - odpowiedział  chłopak. - Chodź Katie.

Kiedy zaprowadził siostrę do salonu i doszedł do nich Remus, Theodor skierował się do schodów prowadzących na piętro domu. Nie dane mu było iść odpocząć, ponieważ trójka jego młodszego rodzeństwa zeszła właśnie na dół.

- Które Ciebie obudziło? - zapytał ziewając Colin.

- Kate, a Ciebie? - odparł.

- Susanne,  ale Jack stał z nią, więc można powiedzieć, że oboje. - odpowiedział szesnastolatek.

- Chodźcie. - powiedział najstarszy z rodzeństwa i zaprowadził bliźnięta i brata do salonu, gdzie ich ojcu udało się wesprzeć i pocieszyć starszą z pośród dwóch córek.

- Też nie możecie spać? - zapytał ojciec swoje dzieci.

- Yhym. - mruknął śpiący Colin.

- Może poczytaj im Remus coś innego niż bajki? - zaproponowała Nimfadora, która właśnie wyszła z sypialni.

- Niby co? Większość książek jakie mam to kryminały, nie będę im takich rzeczy czytał. - odpowiedział mężczyzna żonie.

- I dlatego masz żonę,  która kupuje różne książki. - odpowiedziała kobieta. - Zaraz przyjdę. - dodała i poszła do biblioteczki,  w której rodzina trzymała wszelkie książki.

Kiedy wróciła miała ze sobą siedem dość cienkich książek. Wszystkie były autorstwa Clive'a Staples'a Lewis'a. Ich tytuł główny brzmiał "Opowieści z Narnii", jednak przy każde był inny podtytuł. Pierwszy, który Nimfadora podała mężowi do rozpoczęcia brzmiał "Lew,  Czarownica i Stara Szafa".

- Zacznij pierwszy rozdział,  drugi ja mogę czytać. A od jutra możemy wszyscy czytać po kolei codziennie po jednym lub dwa rozdziały. - zwróciła się do męża.

- Niech Ci będzie Dora. - poddał się Remus i wziął książkę z rąk żony. - Rozdział pierwszy. Łucja zagląda do szafy. 

BYŁO RAZ CZWORO DZIECI: Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja. Opowiem wam o tym, co im się przydarzyło. Podczas wojny wysłano je z Londynu na wieś, aby były bezpieczne w okresie bombowych nalotów na miasto. Zamieszkały w domu pewnego starego Profesora, który żył w głębi kraju, na wsi, dziesięć mil od najbliższej stacji kolejowej i dwie mile od najbliższej poczty. Profesor nie miał żony i mieszkał w wielkim starym domu, ze swoją gospodynią, panią Macready, i jej trzema pomocnicami. (Jeżeli już chcecie wiedzieć, to nazywały się Ivy, Margaret i Betty, ale w tej historii nie odegrały większej roli.) Profesor był bardzo stary i miał krzaczastą, białą brodę, która łączyła się z równie siwą czupryną, a rosła tak gęsto i obficie, że na twarzy pozostawało już niewiele wolnego miejsca. Dzieci szybko go polubiły, choć przy pierwszym spotkaniu w drzwiach starego domu wydał im się postacią tak bardzo dziwaczną, że Łucja (która była najmłodsza) trochę się go przestraszyła, a Edmund (który był następny w kolejności wieku) o mało nie wybuchnął śmiechem; uratowała go chusteczka, w której ukrył twarz udając, że wyciera nos. Pierwszego wieczora, kiedy dzieci powiedziały już Profesorowi dobranoc, pobiegły na górę do swoich sypialni. Tyle było jednak spraw do omówienia, że przed położeniem się do łóżek chłopcy przyszli do pokoju dziewczynek na krótką naradę.

 - No, to się nam udało, nie ma co - powiedział Piotr. - Założę się, że tu będzie fantastycznie. Ten stary pozwoli na wszystko, co tylko nam przyjdzie do głowy. 

- Uważam, że to strasznie miły staruszek - powiedziała Zuzanna. 

- Och, dajcie spokój - przerwał im Edmund, który był już zmęczony, a pragnął sprawiać wrażenie nie zmęczonego, co zawsze wprawiało go w zły humor. - Przestańcie tak gadać. 

- To znaczy jak gadać? - spytała Zuzanna. - A w ogóle powinieneś już leżeć w łóżku. 

- Próbujesz przemawiać jak mama - powiedział Edmund. - A kim ty właściwie jesteś, że mówisz mi, kiedy mam iść do łóżka? Sama sobie idź do łóżka. 

- Myślę, że lepiej będzie, jeśli wszyscy pójdziemy już spać - wtrąciła się Łucja. - Jak usłyszą, że jeszcze rozmawiamy, będzie awantura. 

- Nie będzie żadnej awantury - powiedział Piotr. - Mówię wam, że to taki dom, w którym nikt nie będzie sobie specjalnie zawracał głowy tym, co robimy. A zresztą i tak nas nie usłyszą. Z jadalni idzie się tu prawie dziesięć minut przez te wszystkie korytarze i schody.

- Co to za dziwny odgłos?! - spytała nagle Łucja. 

Nigdy jeszcze nie była w tak dużym domu i na samą myśl o tych wszystkich długich korytarzach, z rzędami drzwi wiodących do pustych pokojów, ciarki przebiegły jej po plecach. 

- To tylko jakiś ptak, głuptasie - powiedział Edmund. 

- To sowa - powiedział Piotr. - Wygląda mi na to, że trafiliśmy do prawdziwego raju dla ptaków. Jeśli chodzi o mnie, to idę do łóżka, a wam radzę zrobić to samo. Od jutra rozpoczynamy badanie okolicy. W takim miejscu można znaleźć rzeczy, o jakich wam się nie śniło. Widzieliście te góry w pobliżu? A te lasy? Tu mogą być orły. Mogą być jelenie. I jastrzębie. 

- Borsuki! - dodała Łucja. 

- Lisy! - dodał Edmund. 

- Króliki! - dodała Zuzanna. 

 Ale następnego ranka obudziło ich monotonne bębnienie deszczu, tak gęstego, że przez okno nie było widać ani gór, ani lasów, ani nawet strumyka płynącego przez ogród. 

- Oczywiście MUSI padać! - stwierdził Edmund. 

Właśnie skończyli śniadanie z Profesorem i byli już na górze, w pokoju, który im przydzielono. Był to długi, niski pokój z dwoma oknami wychodzącymi na dwie różne strony świata. 

- Och, Edziu, proszę cię, przestań narzekać - powiedziała Zuzanna. - Stawiam dziesięć do jednego, że przejaśni się w ciągu godziny. Tymczasem nie jest tak źle. Mamy radio i mnóstwo książek. 

- Jeżeli chodzi o mnie, to na razie nie skorzystam - wtrącił Piotr. - Zamierzam najpierw dokładnie zwiedzić ten dom. 

Wszyscy chętnie na to przystali i tak zaczęły się ich przygody. Dom był pełen zakamarków i niespodzianek, wielki, z rodzaju tych wielkich domów, co to zdają się nigdy nie mieć końca. Jak można było się spodziewać kilkoro pierwszych drzwi, które otworzyli, wiodło do pustych sypialni, wkrótce jednak doszli do bardzo długiego pokoju pełnego obrazów na ścianach; odkryli tu kompletną starą zbroję. Dalej był pokój obity zieloną tkaniną, ze stojącą w rogu harfą, następnie przejście prowadzące trzy stopnie w dół, a potem pięć stopni w górę, za nim niewielka komnata z drzwiami na balkon, a dalej cały szereg połączonych ze sobą pomieszczeń z półkami pełnymi książek, przeważnie bardzo starych, niektóre z nich były z pewnością większe od Biblii w kościele. Wkrótce potem dotarli do prawie pustego pokoju, w którym stała stara szafa z dużym lustrem w drzwiach. Nie było tu nic więcej, jeśli nie liczyć stojącej na parapecie pustej butelki z niebieskiego szkła.

- Tu nic nie ma! - stwierdził Piotr i wszyscy poszli dalej. 

Wszyscy - oprócz Łucji, która pomyślała sobie, że warto by na wszelki wypadek sprawdzić, czy drzwi szafy nie dadzą się otworzyć, choć była prawie pewna, że będą zamknięte. Ku jej zdumieniu otworzyły się z łatwością, a na podłogę wypadły dwie kulki naftaliny. Kiedy zajrzała do środka, zobaczyła rząd wiszących płaszczy. Były to przeważnie futra, a trzeba wam wiedzieć, że dla Łucji nie było nic milszego nad zapach i dotyk futer. Nie wahając się ani chwili, weszła do szafy i zanurzyła się w futrach, z rozkoszą wtulając w nie twarz. Oczywiście nie zapomniała o pozostawieniu otwartych drzwi, ponieważ wiedziała, że to bardzo głupio przypadkowo zamknąć się w szafie. Postąpiła krok czy dwa w głąb i stwierdziła, że wewnątrz jest jeszcze drugi rząd płaszczy. Tutaj było już prawie zupełnie ciemno i Łucja wyciągnęła ręce przed siebie, by nie uderzyć głową w tylną ścianę szafy. Zrobiła jeszcze jeden krok naprzód, potem jeszcze dwa lub trzy, wciąż spodziewając się, że końcami palców dotknie drewnianej ściany. Ale nic takiego nie nastąpiło. „To musi być naprawdę ogromna szafa" - pomyślała, posuwając się wciąż dalej i rozgarniając miękkie futra, aby zrobić sobie miejsce. Nagle zauważyła, że coś skrzypi pod jej nogami. „To chyba kulki naftaliny", pomyślała i schyliła się, chcąc namacać je ręką. Ale zamiast twardego i gładkiego drewna podłogi wyczuła coś miękkiego, sypkiego i zimnego. 

- To bardzo dziwne - powiedziała do siebie i zrobiła jeszcze krok lub dwa. 

Teraz jej twarz i ręce przestały wyczuwać miękkość futer, a napotkały coś twardego i szorstkiego, a nawet kłującego. 

- Ależ to zupełnie przypomina gałęzie drzew! - wykrzyknęła i nagle zauważyła jakieś światło. 

I to wcale nie kilkanaście centymetrów przed sobą, tam gdzie powinna być tylna ściana szafy, lecz w oddali. W chwilę później zdała sobie sprawę, że stoi pośrodku lasu, jest noc, pod nogami ma najprawdziwszy śnieg, którego płatki wirują w powietrzu. Łucja trochę się przestraszyła, ale jednocześnie była ciekawa i podniecona. Spojrzała przez ramię za siebie. Między czarnymi pniami drzew wciąż widziała otwarte drzwi szafy, a nawet kawałek pustego pokoju. (Oczywiście zostawiła drzwi otwarte, ponieważ pamiętała, że to bardzo głupio zamknąć się w szafie.) Wyglądało na to, że w pokoju nadal jest dzienne światło. „Gdyby coś było nie w porządku, zawsze mogę wrócić" - uspokoiła się i zaczęła iść przez las, skrzyp-skrzyp po śniegu, ku dziwnemu światłu przed sobą. Kiedy po blisko dziesięciu minutach doszła do światła, przekonała się, że to świeci latarnia na słupie. A kiedy tak stała i patrzyła na nią, rozmyślając, skąd się wzięła latarnia w środku lasu i co robić dalej, usłyszała odgłos zbliżających się kroków. Wkrótce potem bardzo dziwna postać z parasolem wynurzyła się spomiędzy drzew i weszła w krąg światła rzucany przez latarnię. Dziwna istota była tylko trochę wyższa od Łucji. Od pasa w górę przypominała człowieka, ale jej nogi były nogami kozła (pokrytymi czarną, połyskującą w świetle latarni sierścią), a zamiast stóp miała najprawdziwsze kopytka. Miała też ogon, choć w pierwszej chwili Łucja go nie zauważyła, ponieważ był elegancko przewieszony przez trzymającą rozłożony parasol rękę, zapewne po to, aby nie ciągnął się po śniegu. Szyję otulał czerwony, wełniany szalik, a jej skóra miała również lekko czerwoną barwę. Twarz wędrowca była dziwna, lecz miła. Miał krótką, ostro zakończoną bródkę i kręcące się włosy, z których wystawały dwa małe różki. W jednej ręce, jak już powiedziałem, trzymał otwarty, biały od śniegu parasol, w drugiej - kilka paczek owiniętych w brązowy papier, jakby wracał z zakupów przed Bożym Narodzeniem. Był to faun. Kiedy zobaczył Łucję, tak gwałtownie podskoczył z wrażenia, że wszystkie paczki wypadły mu z rąk. 

- Boże miłosierny! - wykrzyknął.

Zanim Nimfadora zdążyła pomyśleć o odebraniu mężowi książki ten zaciekawiony ciągiem dalszym kontynuował.

Rozdział drugi "Co Łucja tam zobaczyła". 

DOBRY WIECZÓR - powiedziała Łucja. 

Faun był tak zajęty zbieraniem swoich paczek, że w pierwszej chwili nie odpowiedział na jej powitanie. Dopiero kiedy skończył, lekko się skłonił i powiedział: 

- Dobry wieczór, dobry wieczór. Najmocniej przepraszam, nie chciałbym być zbyt natrętny, ale czy nie mylę się sądząc, że jesteś Córką Ewy? 

- Mam na imię Łucja - odpowiedziała, nie bardzo rozumiejąc, o co mu chodzi. 

- Ale czy nie jesteś, proszę mi wybaczyć, czy nie jesteś kimś, kogo się nazywa „dziewczynką"? - zapytał faun. 

- Oczywiście, że jestem dziewczynką - zgodziła się Łucja. 

- Czy to znaczy, że jesteś człowiekiem? 

- Oczywiście, że jestem człowiekiem - powiedziała Łucja coraz bardziej zdziwiona. 

- Naturalnie, naturalnie. Cóż za głupiec ze mnie! Ale proszę zrozumieć, jeszcze nigdy nie widziałem Syna Adama lub Córki Ewy. Bardzo się cieszę. Trzeba ci bowiem wiedzieć... - i tu urwał, jakby miał powiedzieć coś, czego nie zamierzał, ale w porę ugryzł się w język. 

- Bardzo mi przyjemnie. Pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Tumnus. 

- Miło mi pana poznać, panie Tumnusie - powiedziała Łucja. 

- A czy wolno mi zapytać, o Łucjo, Córko Ewy, w jaki sposób znalazłaś się w Narnii? 

- W Narnii? A co to takiego? - zapytała Łucja. 

- Przecież znajdujemy się w kraju, który nazywa się Narnią. Wszystko, co leży między Latarnią a wielkim zamkiem Ker-Paravelem nad wschodnim morzem - wszystko to należy do Narnii. A ty, ty zapewne przybywasz z Zachodniej Puszczy? 

- Ja... ja przyszłam tu ze starej szafy w garderobie - wyjąkała Łucja. 

- Ach! - westchnął pan Tumnus melancholijnie. - Gdybym tylko trochę bardziej przykładał się do geografii, kiedy byłem małym faunem, to bez wątpienia wiedziałbym wszystko o tych dalekich i dziwnych krajach. Teraz już na to za późno. 

- Ale to wcale nie są żadne kraje - powiedziała Łucja, rozbawiona. - To jest tam, zaraz za nami... a w każdym razie... no, nie jestem taka pewna. Tam jest lato. 

- Jednakże - zauważył pan Tumnus - w Narnii jest zima, i to od tak dawna! Jeżeli będziemy tak stać i rozmawiać w tym śniegu, to możemy się przeziębić. Czy Córka Ewy z dalekiego kraju Gar-Deroby, gdzie panuje wieczne lato wokół prześwietnego miasta Staraszafa, nie zechciałaby przyjąć zaproszenia na mały podwieczorek? 

- Bardzo panu dziękuję, panie Tumnusie - powiedziała Łucja - ale zastanawiałam się właśnie, czy nie powinnam już wracać. 

- To zaledwie parę kroków stąd - nalegał faun. - Będzie też ogień na kominku i grzanki, i sardynki, i ciasto... 

- To bardzo uprzejme z pana strony - powiedziała Łucja. - Ale naprawdę nie będę mogła zostać zbyt długo. 

- Gdybyś zechciała wziąć mnie pod rękę, Córko Ewy, to parasol osłoni nas oboje. Idziemy w tamtą stronę. A więc - w drogę! 

I w ten sposób Łucja szła teraz przez las, trzymając pod rękę tę dziwną istotę, jakby znali się od urodzenia. Nie uszli daleko, gdy...

Kontynuował Remus i tak zamiast jednego, dwóch rozdziałów, Remus przeczytał prawie całą książkę. W czasie kiedy kończył czytać Nimfadora przygotowała się do zabrania książek od męża, wiedząc, że mężczyzna będzie chciał jeszcze tej samej nocy rozpocząć kolejną książkę.

Rozdział siedemnasty, Polowanie na białego jelenia.

NIE MINĘŁO NAWET KILKA MINUT od ich przybycia, a było już po bitwie. Większość wrogów zginęła w wyniku pierwszej szarży Aslana i jego towarzyszy, a kiedy ci, którzy pozostali przy życiu, zobaczyli śmierć Czarownicy, poddali się albo rzucili do ucieczki. Łucja zobaczyła Piotra i Aslana ściskających sobie ręce. Dziwne było widzieć Piotra takim, jakim był teraz: jakby postarzały, z twarzą pobladłą i srogą... 

Zatem weszli śmiało w gęstwinę leśną i zanim jeszcze zdążyli zrobić pierwsze dwadzieścia kroków, przypomnieli sobie, że owa dziwna rzecz nazywa się Latarnią, a zanim zrobili drugie dwadzieścia kroków, zauważyli, że nie przeciskają się już między gałązkami jodeł, lecz między futrzanymi płaszczami. A w chwilę później wszyscy wysypali się - jedno po drugim - przez otwarte drzwi starej szafy do pustej garderoby i nie byli już królami i królowymi we wspaniałych myśliwskich strojach, lecz Piotrem, Zuzanną, Edmundem i Łucją w starych dziecinnych ubrankach. I był to ten sam dzień i ta sama jego pora, kiedy wszyscy czworo wskoczyli do szafy, aby się w niej schować. Z korytarza dobiegły ich głosy pani Macready i zwiedzających, ale na szczęście nikt nie wszedł do garderoby i dzieci nie zostały odkryte. I to byłby już naprawdę koniec tej historii, gdyby cała czwórka nie poczuła, że naprawdę trzeba wyjaśnić Profesorowi, dlaczego w starej szafie brakuje czterech płaszczy. A Profesor, który był człowiekiem bardzo osobliwym, nie powiedział im nic takiego, jak: „Nie bądźcie głupi!" albo: „Przestańcie kłamać!", ale uwierzył w całą tę historię. 

- Nie - powiedział - nie sądzę, aby mogło coś dobrego wyniknąć z próby powrotu do Narnii przez drzwi szafy w celu przyniesienia tych płaszczy. Nie dostaniecie się już do Narnii TĄ drogą. I nie sądzę, aby był wielki pożytek z tych płaszczy, nawet gdybyście się tam dostali. Cóż to? Co się stało? No więc, tak, oczywiście, kiedyś jeszcze do Narnii powrócicie. Kto raz został królem w Narnii, na zawsze nim pozostanie. Ale nie próbujcie nigdy używać tej samej drogi. Powiem więcej: nie PRÓBUJCIE w ogóle tam się dostać. To się stanie samo, właśnie wtedy, kiedy nie będziecie się o to usilnie starać. I nie rozmawiajcie za dużo o tym wszystkim, nawet między sobą. A innym w ogóle o tym nie wspominajcie, chyba że spotkacie takich, co sami przeżyli przygody tego rodzaju. Co znowu? Po czym to poznać? Och, będziecie o tym dobrze WIEDZIEĆ. Będą mówić dziwne rzeczy, a nawet ich wygląd będzie nieco dziwny. Miejcie oczy otwarte. Coś takiego! Czego oni ich NAPRAWDĘ uczą w tych szkołach! 

I tu już jest naprawdę koniec przygody ze starą szafą. Ale, jeśli Profesor miał rację, był to dopiero początek narnijskich przygód.

- Na dzisiaj koniec. - jako pierwsza po przeczytaniu ostatniego zdania odezwała się Nimfadora. - Kolejną książę możemy przeczytać jutro. Teraz do łóżek, wszyscy. - zarządziła pani domu.

- Mamo poczytajmy. - zaczęła Kate. - Tylko jeden rozdział. No proszę.

- Nie ma opcji Kate. Do pokoi, wszyscy. - powiedziała nieugięta kobieta.

- Kochanie co nam szkodzi? - popierał córkę Remus.

- Tato nam też się książka podobała, ale ja chce spać, a nie całą noc czytać. Jest już prawie piąta nad ranem. - poparł matkę Colin.

- Zgadzam się z Colem. - powiedział Theodor. - Chodźmy teraz spać, rano pominiemy śniadanie, a po obiedzie przeczytamy kolejną książkę.

- Niech Wam już będzie. - zgodził się Remus, wiedząc, że jest z córką na przegranej pozycji.

Wszyscy zgodnie położyli się spać, jednak Kathrine wciąż nie mogła zasnąć, więc zabrała swój ulubiony koc i udała się do pokoju najstarszego z braci.

- Teddy śpisz? - zapytała.

- Prawie, co się dzieje? - odpowiedział sennym głosem nastolatek.

- Mogę się z tobą położyć? Nie zasnę teraz sama. - powiedziała dziewczynka.

- Właź,  ale już cicho. - powiedział coraz bardziej wykończony chłopak odsuwając się pod ścianę i odsuwając kołdrę, aby jego siostra mogła wejść pod nią i przykryć się. Dziewczynka położyła się z bratem i po kilku minutach oboje zasnęli. Kiedy ich ojciec udał się do pokoi dzieci kilkanaście minut później, aby upewnić się, że wszystkie śpią, nie mógł się oprzeć i zrobił zdjęcie swojej córce i synowi,  na którym widać było jak rodzeństwo śpi wtulone w siebie. Kilka minut później cała rodzina pogrążyła się we śnie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz