czwartek, 1 kwietnia 2021

BONUS PRZEDŚWIĄTECZNY

*Remus*

Udałem się po Teda,  Colina i Kathrine na stację King's Cross,  aby odebrać ich z peronu dziewiątego i trzy czwarte. Były to pierwsze święta bez mojej teściowej. Dora została z bliźniętami, uznaliśmy, że nie będę brał ich ze sobą ze względu na niezbyt ciekawą pogodę. Mimo że wolałbym inaczej,  wiedziałem, że moja żona potrzebuje tego. Potrzebowała po prostu odciąć myśli od wszystkiego i zająć się czymś, a dzieci jej w tym pomagały, w końcu potrzebowały sporo uwagi.

Na najstarszą trójkę czekałem niecałe dziesięć minut. Dość szybko się odnaleźliśmy i teleportowałem się z całą trójką do domu. W wejściu powitał nas Jackob. Susanne i Dora czekały w salonie,  gdzie moja żona czesała naszą pięcioletnią córeczkę. Po przywitaniu się Ted i Colin udali się zanieść bagaże swoje i Kate do pokoi. Bliźnięta z Dorą i Kathrine zostali w salonie, gdzie Kate zaczęła opowiadać mojej żonie swoje pierwsze wrażenia ze szkoły. Ja w tym czasie udałem się do kuchni, aby przygotować sobie i swojej rodzinie gorącą czekoladę na rozgrzanie.

Kiedy wróciłem z parującymi kubkami,  chłopcy wraz z resztą mojej rodziny siedzieli i rozmawiali z Nimfadorą. Widziałem, że Teddy i Col chcą pomóc mamie, jednak nie wiedzieli jak,  postanowiłem, że im podpowiem, zamiast zakazywać pomocy.

- Mam propozycję. - przerwałem Teddy'iemu opowieść o tym jak wraz z Louis'em i Luck'iem o drugiej nad ranem wystraszyli kilka dziewczyn z domu Ravenclaw.

- Jaką? - zapytała moja żona.

- Co wy na to, że mama odpocznie, a my zajmiemy się przygotowaniami do świąt? - zaproponowałem. - Jak będziesz Dora chciała to po prostu możesz coś tam komuś pomóc, ale nie robisz niczego sama.

- A mogę pomóc przy pieczeniu ciast? - zapytała Kathrine.

- Pewnie, możesz nawet sama jakieś zrobić, ja Ci będę pomagał, żebyś sobie krzywdy nie zrobiła. Co ty na to? - zaproponowałem córce.

- Tak! Mamo,  chłopaki,  zgódźcie się... Proszę.. - zaczęła przekonywać.

- Dla mnie super. - uznał Colin. - Ale ja robię jedne ciastka i mogę jeszcze indyk, sałatkę gyros i świąteczny pudding. A do tego mogę z Tedem dekorować salon. - powiedział piętnastolatek.

- Mi to pasuje. - powiedział Teddy. - Ja jeszcze mogę zrobić parówki w cieście z bekonem, biszkopt z whisky, trifle z mrożonymi owocami i kruche ciasteczka z kandyzowanymi owocami. Ty tato możesz zrobić kilka mięsnych potraw. - powiedział mi.

- Okej, to Kate zrobi piernik i pierniczki, plus pomoże Wam w dekorowaniu salonu. Jack, Susie pomożecie mi w kuchni i będziecie pilnować, żeby mama nie robiła sama niczego, okej? - zwróciłem się do najmłodszych dzieci. 

- Dobrze tatusiu. - powiedziała do mnie pięciolatka.

Wiedziałem, że moja żona nie jest z tego niezadowolona, ale wolałem to niż żeby się przemęczyła. Jednocześnie wiedziałem, że zamiast rozmyślać będzie sama się próbować wplatać w pomoc mi i dzieciom, szczególnie Kate.

***

*Theodor*

Te święta miały być inne. Bez babci. Było nam wszystkim ciężko,  ale mama przeżywała to najgorzej. Dlatego z Colinem jeszcze w szkole postanowiliśmy, że zrobimy co tylko możliwe w czasie świąt, żeby mamie pomóc. Tata swoją propozycją nam tylko to ułatwił i pomógł.

Wszystko szło nam gładko. O dziwo nawet indyk wyszedł Colinowi świetnie.

W same święta mama starała się udawać szczęśliwą, ale nawet bliźnięta widziały, że coś jest nie tak. Dlatego z tatą wszystko starałem się im tłumaczyć. Po śmierci babci uznałem, że muszę przejąć rolę taty dopóki mama nie wróci do siebie. Oczywiście w domu, bo chcąc nie chcąc musiałem się uczyć, więc będąc w Hogwarcie nie mogłem tacie pomóc. Jedynie mogłem wspierać Cola i Kate. Mimo to sam podobnie jak tata ledwo sobie z tym radziłem. Niby ojciec rozmawiał ze mną kilka razy,  ale ja za każdym razem go zbywałem. Nie chciałem, żeby musiał przejmować się jeszcze mną. Wolałem, żeby zajął się mamą, uznałem, że sam sobie poradzę.

Po świętach i Nowym Roku wróciliśmy do szkoły. Moi przyjaciele wiedzieli o  wszystkim, więc jak tylko nie było przy mnie mojego rodzeństwa, które starałem się wspierać bardziej niż kiedykolwiek pozwalali mi po prostu na chwilę słabości... Przynajmniej wiedziałem,  jak wspaniałych znalazłem przyjaciół.

***

*Colin*

Najgorsze co kiedykolwiek widziałem to niekoniecznie pogrzeb babci. Wiedziałem, że prędzej czy później ona umrze ze względu na swój wiek i choroby. Ale nie potrafiłem patrzeć na cierpienie Teda, Kate, taty i bliźniąt, a już szczególnie mamy. To było coś strasznego. Chciałem im wszystkim pomóc, ale sam potrzebowałem tej pomocy. W końcu uznałem, że porozmawiam po prostu z wujkiem Nevile'm. Był nauczycielem plus w pewnym sensie członkiem rodziny. Wiedziałem,  że mogę mu zaufać w takim samym stopniu co Teddy'emu. Po rozmowie z wujkiem poczułem się trochę lepiej. Dał mi na pewno wiele cennych rad, które przydadzą się nie tylko mi i mojej rodzinie, ale też innym...

***

*Remus*

Kate,  Colin i Ted byli już w Hogwarcie, a ja z Dorą i bliźniętami w domu. Moja żona niedługo po nowym roku wróciła do pracy. Nie chciałem się na to zgadzać, ale wiedziałem, że nie odpuści. Bliźnięta były głównie pod opieką Ginny, moją lub bliźniaków Weasley. Co prawda nie byłem z początku przekonany co do pomysłu Freda i George'a, aby to oni zajęli się moimi dziećmi, ale nie miałem wyjścia, więc im zaufałem. Okazało się,  że byli świetnymi "opiekunkami" dlatego często zostawali z naszymi dziećmi. Jako, że sami byli ojcami,  a w sklepach obecnie pracowało na zmiany po dziesięciu pracowników w każdym sklepie (i na Pokątnej i w Hogsmeade) plus ja i chłopaki,  nie martwiliśmy się o to, kto będzie musiał iść do pracy, bo właściwie ja bywałem w pracy maksymalnie pięć razy w tygodniu, a bliźniacy z kolei wpadali tylko wypłacać wypłaty,  organizować zamówienia i ewentualnie zastąpić jakiegoś pracownika. 

Martwiłem się jednak o swoją żonę, ale oprócz wsparcia, nic nie mogłem zrobić i to mnie najbardziej dobijało. W końcu po kilku tygodniach Dora za moją namową udała się do psychouzdrowiciela*, na szczęście dużo jej to pomogło. Dlatego zanim dzieciaki wróciły ze szkoły, moja żona była prawie, że tą samą kobietą, którą poznałem, jedyne co to nie była już aż tak niezdarna jak te dwadzieścia lat temu. Ale z dnia na dzień w moich oczach była mimo wszystko piękniejsza.

***

*Kathrine*

W Hogwarcie zostałam przydzielona do Gryffindor'u tak jak mój najstarszy brat Ted. Kiedy wróciliśmy do domu w czerwcu mama znów była sobą. Cieszyło mnie to, bo mimo wszystko się o nią martwiłam. Wiedziałam, że Ted wie co się dzieje, podobnie jak Col, bo obaj byli w kontakcie z tatą. Ja niby też, ale mi najmniej mówili. Wiedziałam tylko,  że mama była na jakiejś terapii u psychouzdrowiciela i to bardzo jej pomogło. 

Mimo wszystko dobrze być znowu w domu. A najlepiej jeśli widzę moją rodzinę pozornie szczęśliwą mimo bólu jaki dostarczyła nam śmierć babci Dromedy.

- Kochanie opowiesz nam coś o swoich przyjaciołach? Poznałaś kogoś? - moje rozmyślania przerwała mi właśnie mama. Widocznie skończyła "przesłuchiwać" chłopaków.

- Poznałam w sumie trzy osoby. Elisabeth jest w Ravenclaw, ale świetnie się rozumiemy. Zaprzyjaźniłyśmy się. Jest też dwóch Gryfonów Zayn i Louis. Chłopacy znają się od dziecka, ale szybko się dogadali ze mną i Betty. Lubimy spędzać razem czas. Ale poza tym to niewiele się działo. Głównie nauka, ale pod koniec roku profesor Snape pochwalił mnie i Zayn'a za dobre oceny z Eliksirów. - powiedziałam.

- No proszę,  to jednak chyba Snape serio się zmienił. - uznał mój tata.

- Remus daruj sobie. - powiedziała mama wywracając oczami.

- Ale sama wiesz jakie on miał podejście do dzieci. Szczególnie do mnie i moich przyjaciół. Nie wydaje Ci się dziwne, że... - tata nie dokończył swojego rozkminiania, bo mama walnęła w niego poduszką z kanapy. - Tak chcesz się bawić? - zapytał, a następnie odrzucił przedmiotem w mamę,  która zdążyła się odsunąć i ostatecznie oberwał Colin, który chcąc trafić w ojca trafił w Teda. Zaśmiałam się co mój brat wykorzystał.

- A Tobie tak do śmiechu? - zapytał a następnie oberwałam z poduszki.

To oczywiście rozpętało bitwę na poduszki do której przyłączyli się bliźnięta. Dwadzieścia minut później po całym salonie latało pełno pierza, które rozbawiony tata sprzątnął jednym machnięciem różdżki, a następnie zaczął wyjmować pióra mamie z włosów. Ted i Colin zrobili to samo mi i Susie, a następnie sobie wzajemnie i Jack'owi. W świetnych humorach późnym wieczorem wszyscy poszliśmy spać, aby przygotować się na nadchodzący kolejny dzień. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że będzie to jeden z najwspanialszych dni mojego życia.




*psychouzdrowiciel - taki jakby psycholog, tłumacząc na "mugolski", nie mam pojęcia czy w kanonie był wyróżniony czym zajmował się i jaki uzdrowiciel, a nie znalazłam nic na ten temat w internecie, więc uznałam, że można uznać tego psychouzdrowiciela za takiego odpowiednika psychologa - plus mam w planach umieścić kogoś w tym zawodzie, jak chcecie możecie zgadywać kogo mam na myśli - podpowiem, że to jeden z "głównych" bohaterów

Hejka! Wiem, że dawno nie było mnie tutaj, ale jak widać jestem kiepska w dotrzymywaniu obietnic. Dodatkowo ostatnio różnie bywa w moim życiu,  raz lepiej, raz gorzej, szczególnie zdrowotnie (i nie, to nie nasz wirus, po prostu przez fakt, że ciężko mi umówić się do lekarza to nie miałam jak iść na kilka wizyt - do tej pory nie wiem kiedy będę w końcu mogła iść) Właśnie z tych powodów rozważam zakończenie tej książki za kilka rozdziałów, mimo, że planowałam zakończyć ją na jakimś czterdziestym rozdziale... Ale nie wiem, zastanowię się jeszcze i dam Wam znać, póki co nic nie będę robić z tym, a jeszcze dzisiaj postaram się napisać na jutro lub sobotę rozdział.

Opowiadajcie też co u Was? Jak się trzymacie?

Nie wiem jak szybko cos dodam, więc już teraz życzę Wszystkim Wesołych,  radosnych i rodzinnych (na miarę możliwości) świąt Wielkiejnocy!

W.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz