~Noc minęła im spokojnie jak na tak nieprzewidywalne zdarzenia w rodzinie...~
Rankiem po przebudzeniu Remus zobaczył, że dochodzi godzina ósma rano. Jego żona wciąż spała, więc mężczyzna postanowił przeczekać, aż ona wstanie nie chcąc obudzić jej poruszaniem się materaca. Kiedy spała przyglądał się jej. To była jedna z jego ulubionych czynności, gdy był z żoną sam na sam. Obserwował ją i pochłaniał wzrokiem. Niejednokrotnie, gdy kobieta wyruszała na misje aurorskie takie wspomnienia jej spokojnej twarzy pomagały mu wytrwać w oczekiwaniu na nią i radzić sobie z tęsknotą. Na szczęście teraz była na urlopie. Wiedział jednak, że tak długo nie będzie i wkrótce po tym jak urodzi będzie musiał przekonywać ją, aby zbyt szybko nie wracała do pracy. Bo mimo miłości jaką darzyła swoją rodzinę kochała też adrenalinę jaką czasem dawała jej praca w biurze aurorów. Postanowił jednak póki co nie zawracać sobie głowy zbytnio jej pracą, a zamiast tego zająć się sprawami priorytetowymi jak na przykład kupno nowego domu i zakupy jego najstarszego z synów do Hogwartu. Mimo, że Ted szedł do szkoły za ponad dwa miesiące wolał wcześniej zrobić mu zakupy, aby w razie potrzeby na spokojnie dokupić mu potrzebne rzeczy. Po około pół godzinie do sypialni państwa Lupin weszła Kathrine, która nie mogła się doczekać wyjścia na zakupy.
- Tato, mamo, wstawajcie! Dzisiaj zakupy! - zawołała uradowana dziewczynka.
- Nie śpię kochanie. Idź się zacząć szykować i obudź chłopców, dobrze? - odpowiedział jej ojciec.
- Obudzisz tata mamę? Ja chce już iść! - powiedziała podekscytowana.
- Obudzę mamę. Idź się szykuj i budź chłopaków. - odpowiedział.
Po wyjściu dziewczynki z sypialni jego żona odezwała się:
- Nie śpię, ale połóż się jeszcze ze mną. Zanim oni wstaną to możemy poleżeć.
- Kochanie ona nam nie odpuści. Zresztą powinniśmy zrobić im śniadanie i uszykować im ubrania. Poza tym mieliśmy popatrzeć za domem. Jeszcze muszę iść do Gringotta. Wiesz, że to zajmie mi sporo czasu... - powiedział mężczyzna.
- Dobra, wygrałeś. Ale daj mi jeszcze pięć minutek. - powiedziała kobieta i spróbowała odwrócić się na drugi bok, w czym przeszkodził jej mąż.
- Nie Doro, wstajemy oboje. Jak teraz dam ci pospać to później zaśniesz i nie wstaniesz sama, a jak cię obudzę to będziesz się wściekać. Już ja to znam. - zaprzeczył mężczyzna.
- Niech Ci będzie. - odpowiedziała kobieta. - Ale mam jeden warunek.
- Jaki? - zapytał rozbawiony.
- Do Gringotta wejdziemy razem do skarbca.
- Musi ktoś zostać z dziećmi, przecież musimy wziąć całą trójkę, a Ty jesteś kochanie w zaawansowanej ciąży, podróżowanie wózkiem w Gringott'cie nie jest dla Was zbyt dobre moim zdaniem.
- Jeśli goblin powie, że to dla nas niebezpieczne - zaczęła kobieta mając na myśli siebie i dzieci, z którymi była w ciąży. - to obiecuję, że zostanę z dzieciakami, ale jeśli powie, że nie widzi żadnych zastrzeżeń to idę, a dzieci mogą poczekać przy biurkach goblinów. Oboje wiemy, że nic im nie będzie grozić w banku. Remusie proszę. Zaczynam się czuć jakbyś próbował mnie kontrolować. -powiedziała kobieta, wiedząc, że jest to jeden z kilku argumentów po których jej mąż pozwala jej postawić na swoim.
Wbrew pozorom nie używała tych argumentów za często, chyba, że naprawdę tak czuła lub gdy chciała postawić na swoim bez rozpętywania kłótni. Wiedziała po prostu, że byłoby to niesprawiedliwe jakby nie była szczera wobec męża.
- Zgoda, niech już Ci będzie. - odparł zrezygnowany.
- Dziękuję. - powiedziała i pocałowała go delikatnie w usta.
- Ale zbieraj się już. Pójdę do dzieciaków i przygotuję nam śniadanie. - powiedział i udał się do pokoju dziecięcego.
Po ogarnięciu dzieci i siebie małżeństwo postanowiło, że korzystają z sieci fiuu. W tym celu wraz z całą trójką podeszli do kominka przy którym odezwał się pan Lupin.
- Mama pójdzie pierwsza. Wychodźcie z kominka jeśli ją zobaczycie, nie wcześniej. Pamiętajcie, żeby mówić głośno i wyraźnie, nie chcemy, żeby komuś z Was się coś stało dobrze?
- Jasne tato. Możemy już iść? - zapytał zniecierpliwiony pierworodny.
- Możemy, uważajcie na siebie dzieci. - dodał po czym podał miskę z proszkiem fiuu swojej żonie.
- Ulica pokątna! - powiedziała kobieta po wejściu do kominka i wyrzuceniu garści proszku pod siebie. Po chwili zniknęła w szmaragdowych płomieniach.
Po kolei każdy z chłopców wchodzili do kominka i mówili ulicę, a następnie zniknęli pojawiając się w dziurawym kotle obok swojej mamy. Kathrine z racji, że była najmłodsza weszła do kominka i przeniosła się razem z ojcem. Gdy podeszli na tyły pubu i mężczyzna otworzył im przejście na ulicę pokątną udali się wspólnie powolnym krokiem w stronę banku Gringott'a. Małżeństwo szło wolniej ze względu na swoje dzieci, które mimo, że niejednokrotnie odwiedzali tą ulicę, gdy ich rodzice chcieli coś kupić zabierali je tam ze sobą, jednak tym razem wiedzieli, że dla ich najstarszego syna nie są to zwykłe zakupy. W końcu już we wrześniu szedł na swój pierwszy rok nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
Dla każdego młodego czarodzieja pierwsze zakupy do szkoły zawsze były wyjątkowe. Dorośli chcieli dać dzieciom jak najwięcej czasu na rozejrzenie się. Z racji, że większość rodzin zakupy szkolne robiła w wakacje uniknęli oni większych tłumów. Po niecałych dziesięciu minutach wolnego spaceru doszli do banku. Przed wejściem odezwał się Remus.
- Słuchajcie teraz możecie zostać przy goblinach, albo iść ze mną i mamą do skrytki. Jednak uprzedzam, że bez względu na wszystko macie być grzeczni. - ostrzegł.
- Remusie nie strasz ich tak. - wtrąciła się matka. - Chcecie iść z nami, czy poczekać? Może to zająć większą chwilę. Ale proszę Was, bądźcie grzeczni. Nie chcemy z tatą, żeby coś się Wam stało.
- Ja chcę iść z Wami, boję się. - powiedziała pięciolatka.
- Ja też chcę iść, nie zostanę tutaj. - powiedział Colin.
- Idziemy z Wami. - oznajmił jedenastolatek.
- Dobrze chodźmy. - powiedział ich ojciec. Następnie całą piątką, a właściwie siódemką, jeśli liczyć bliźnięta znaleźli się przy biurku jednego z goblinów.
- W czym mogę służyć? - zapytało stworzenie.
- Chcielibyśmy z żoną i dziećmi wejść do naszej skrytki i przy okazji żona i ja chcielibyśmy poznać ile obecnie się w niej znajduje pieniędzy. - powiedział Remus będąc poważnym, ale jednocześnie uprzejmym jak zawsze.
- Państwa nazwisko?
- Lupin. - odparła tym razem kobieta.
- A czy mają państwo Lupin swój klucz? - elf najwidoczniej nie był zbyt ufny wobec nikogo.
- Owszem. - powiedział Remus i podał klucz stworzeniu.
- W takim razie zapraszam, jednak zanim pójdziemy do wózka to chciałbym się upewnić, czy dobrze się Pani czuje Pani Lupin? - zapytał Ragnok. - Widzę, że jest Pani brzemienna dlatego zasady każą nam się upewnić, że wszystko jest w porządku.
- Czuję się bardzo dobrze, dziękuję mimo wszystko. Rozumiem, że nie ma nic przeciwko, żebym pojechała? - odpowiedziała Tonks.
- Jeśli tylko dobrze się Pani czuję nie widzę przeciwwskazań.
- Dobrze, pojadę. Chciałam się tylko upewnić, bo mąż i ja nie byliśmy wcześniej do końca pewni.
- Wbrew pozorom wózki nie są niebezpieczne dla Pani, ani dla Państwa potomka.
- Rozumiem, dziękuję bardzo. - powiedziała kobieta po czym razem z goblinem, mężem i dziećmi udała się do skrytki.
W środku na ziemi leżało sporo galeonów, sykli i knutów. Goblin oznajmił małżeństwu, że na chwilę obecną w ich skrytce znajduje się 24000 galeonów 550 sykli i 17 knutów. Patrząc na fakt iż w świecie czarodziejów ceny domów wahały się między 5000 a 15000 galeonów małżeństwo wiedziało, że bez problemu stać ich na ten zakup, więc po ustaleniu kilku istotnych faktów z goblinem Remus wybrał sto pięćdziesiąt galeonów, a następnie opuścili całą rodziną bank.
Pierwszym sklepem do którego rodzina się udała wspólnie był sklep Madame Malkin, w którym kupili szaty do szkoły dla Theodora. Z racji, że ruch był mały szybko się uwinęli. Remus nie chcąc przeciążać żony zaproponował, aby ta wraz z młodszymi dziećmi udała się do pobliskiej kawiarni* znajdującej się od kilku lat na tej ulicy. Sam w tym czasie poszedł z Tedem po różdżkę do Olivander'a. Po zakupie różdżki kupił synowi kociołek, składniki potrzebne do eliksirów, kilka piór i kilkanaście rolek pergaminu wraz z atramentem, aby starczyło mu na dłużej. szklane i kryształowe fiolki, (wyjątkowo ojciec zgodził się, aby chłopiec miał i takie i takie fiolki, mimo, ze wcześniej Nimfadora poprosiła ich, aby kupili szklane) teleskop oraz miedzianą wagę z odważnikami. Na koniec weszli do księgarni Esy i Floresy, gdzie Remus kupił synowi podręczniki szkolne, a sobie kilka lżejszych książek na wieczór. Wiedział, że pewnie i tak niektóre weźmie sobie jego żona, ale nie przeszkadzało mu to. Po zakupie wszystkiego Remus rzucił synowi luźną propozycję.
- Ted skoro masz już wszystko to może chciałbyś, żebyśmy kupili Ci jakiegoś zwierzaka? Sam możesz wybrać.
- Naprawdę mógłbym? - zapytał zafascynowany chłopiec.
- Oczywiście. My z mamą mamy rodzinną sowę, więc dlaczego Ty byś nie mógł mieć zwierzaka? Mama o wszystkim wie, rozmawiałem z nią już jakiś czas temu.
- Mogę sowę w takim razie?
- Pewnie. Chodź w takim razie do Centrum Handlowego Eeylopa, tam mają różne sowy, a przy okazji kupimy jej też akcesoria i dokupię dla mojej i mamy sowy kilka przysmaków i karmę. - zaproponował synowi i razem ruszyli do wybranego przez ojca sklepu.
W środku było pełno pięknych sów, jednak jedna najbardziej przykuła uwagę chłopca. Był to mały puchacz. Chłopcowi bardzo spodobał się ptak, jednak po chwili spojrzał na cenę i trochę zrzedła mu mina. Ptak tej rasy kosztował prawie 70 galeonów pisklę lub mniejszy osobnik. Remus widział reakcję swojego syna dlatego powiedział:
- Weź go. Będziesz miał go na wiele, wiele lat. A ceną się nie przejmuj. Mam pieniądze przecież, a po jutrze i tak mamy w sklepie wypłaty, a za tydzień mama będzie miała swoją.
- Na pewno? 70 galeonów to trochę sporo jak za sowę.
- Ale nie wiem czy doczytałeś Ted, ale ta cena jest za sowę ze wszystkimi akcesoriami. Więc to nie aż tak dużo. Bierz, ja Ci zapłacę. Za rok kupimy coś Colinowi, a za pięć lat jeszcze Kate. Później bliźniętom. Nie przejmuj się niczym. - namawiał dalej pan Lupin. W tym momencie do mężczyzny i chłopca podszedł jeden z pracowników sklepu.
- Pomóc w czymś panom? - zapytał.
- Ta sowa jest za 70 galeonów? - zapytał chłopiec.
- Tak, w cenie wliczamy też wszystkie akcesoria potrzebne do opieki nad nim. To puchacz, jest samcem. Ostatnią samiczkę sprzedaliśmy wczoraj. - oznajmił pracownik.
- Tato na pewno mogę? - zapytał.
- Pewnie. Weźmiemy tę sowę z akcesoriami plus karmę i przysmaki dla sów.
- Oczywiście.
Po opłaceniu wszystkiego i odebraniu zwierzaka z akcesoriami Remus wraz z Tedem i ptakiem udali się do kawiarni, gdzie czekała Nimfadora z Kathrine i Colin'em.
- Macie wszystko? - zapytała kobieta, gdy odeszli do stolika przy którym siedziała z dziećmi.
- Mamy. Kupiłem też mu sowę.
- Tata zapłacił za nią 70 galeonów razem z akcesoriami. Nie chciałem, żeby tak dużo wydawać. I tak wszystkie rzeczy do szkoły były dość drogie. - uznał jedenastolatek.
- Okej, kupowałeś Remus coś jeszcze? - zapytała ciekawa. - Co do ceny to się nie przejmuj Ted. To nie jest za dużo. - dodała jeszcze.
- Kupiłem sobie kilka książek do poczytania. - przyznał.
- Pokaż, może coś sobie znajdę. - odparła rozbawiona.
- W domu dam Ci to powybierasz. - uznał rozbawiony.
- Okej. Chcesz coś Ted Ci zamówić? Ciasto, lody, jakiś sok? Możemy wysłać tatę i przy okazji mi by kupił. - powiedziała rozbawiona kobieta.
- Nie i tak dużo na mnie tata wydał. - uznał chłopiec.
- Remus idź mi po ciasto czekoladowe i sok pomarańczowy. A przy okazji wybierz coś Tedowi. - zadecydowała po swojemu kobieta.
- Ale mamo... - zaczął zaprzeczać chłopiec.
- Nie Ted. Skoro kupiliśmy coś słodkiego twojemu rodzeństwo to Tobie też kupimy i bez dyskusji.
- Mama ma rację. - wtrąciła Kathrine. - Mogę iść tatusiu z tobą? Wybiorę coś dobrego dla Teda. Wiem co on lubi.
- Pewnie słoneczko. Chodźmy. - powiedział Remus i wraz z córką poszedł do lady.
Po zjedzeniu ciasta i wypiciu soku przez Theodora i Nimfadorę, cała rodzina z zakupami udała się do Dziurawego Kotła skąd wspólnie udali się siecią fiuu z powrotem do domu.
Kiedy dotarli na miejsce Remus z Theodorem poszli do pokoju dzieci, aby odstawić tam zakupy potrzebne jedenastolatkowi do szkoły. Następnie najstarszy z domowników udał się do swojej i Nimfadory sypialni, gdzie odłożył na stolik nocny zakupione tego dnia książki, po czym udał się do kuchni pomóc żonie przy obiedzie. W tym czasie dzieci poszły się pobawić na podwórku.
Po obiedzie Ted z Nimfadorą usiedli w salonie, Remus poszedł nalać im lemoniady i soku, a Kate z Colinem udali się po mugolskie warcaby, w które chcieli pograć z tatą. Zanim Remus przyszedł do żony i syna Nimfadora zagadała do chłopca:
- Myślałeś już Ted jak nazwać sowę?
- Nie wiem mamo. Nie umiem wymyśleć niczego sensownego.
- Może jeśli sam nie będziesz pewny poproś Kate, albo Colina o pomoc? - podsunęła matka.
- Serio tak myślisz?
- Gdyby mama tak nie myślała to by nie mówiła Ted. Poza tym mama ma rację jak zawsze. Jeśli Ty nie jesteś pewny poproś rodzeństwo. A jeśli nie Col'a i Kate to mnie i mamę. Możesz na nas wszystkich zawsze liczyć. Jesteśmy rodziną, a rodzina trzyma się razem na dobre i na złe. - wyjaśnił Remus najstarszemu synowi.
- Może i racja. - stwierdził chłopiec.
W tym momencie do salonu powróciło jego młodsze rodzeństwo. Korzystając z okazji, że nie są oni zajęci chwilowo zagadał.
- Moglibyście mi pomóc? - spytał.
- Coś się stało? - zapytała Kathrine.
- Nie, o prostu nie wiem jak nazwać sowę i rodzice mi podpowiedzieli, że moglibyście Wy mi z tym pomóc. Dlatego pytam.
- Pewnie. - odpowiedział Colin. - Ostatnio przeglądałem jakąś książkę taty, w której...
- Colin ile razy mam powtarzać, że macie nie ruszać moich i taty książek? One nie są dla Was. - przerwała niezadowolona Tonks.
- Doro spokojnie. Sam mu dałem te książkę. Nie denerwuj się. - uspokoił Remus żonę.
Kobieta tylko prychnęła na męża po czym ze szklanką lemoniady udała się do sypialni przejrzeć nowo zakupione książki męża.
- No w każdym razie, - kontynuował młodszy z braci. - ta książka była o jakiś Grekach czy kimś i tam był jakiś najważniejszy bóg czy ktoś taki i miał na imię Zeus, więc może tak?
- Zeus to w mitologii greckiej najwyższy z bogów władca nieba i ziemi, nazywany był „ojcem bogów i ludzi”. Przynajmniej tak pisze w mitologii Greckiej, którą Ci dałem Colin. - dodał swoją "ciekawostkę" Remus.
- Tato, a znasz jakiś język obcy? - zapytała Kathrine ojca.
- Rosyjski na tyle, żeby się dogadać. Poza tym mam w Rosji znajomego. A dlaczego pytasz?
- A wiesz jakiej rasy jest sowa Teda? - dopytywała dziewczynka.
- Puchacz, ale czemu mnie o to pytasz Kate?
- A jak byłby puchacz po rosyjsku? - zapytała.
Po tym pytaniu Remus domyślił się do czego dąży jego córka.
- Filin***. Ale myślę, że nie ma sensu nazywać sowy w innym języku córeczko.
- Chciałam dobrze. - powiedziała.
- Wiem kochanie. Pomyślcie nad nazwaniem sowy, a ja pójdę porozmawiać jeszcze z mamą.
Po wyjściu mężczyzny z pokoju Colin powiedział:
- Może nazwij sowę Faro**?
- A to ma jakieś znaczenie te imię? - zapytała Kate.
- Nie wiem, ale nie musi przecież mieć jakiegoś znaczenia chyba? - odpowiedział jej brat.
- Myślę, że to dobry pomysł. Nazwiemy go Faro. - postanowił ostatecznie Theodor nie mając innego pomysłu.
- To Twoja sowa. - powiedziała jego siostra.
- Ale to Wy pomogliście mi wybrać imię, więc będzie już nasza. - powiedział Ted rodzeństwo na co siostra przytuliła się do niego. Po chwili Ted przyłączył Colina i cała trójka stała tak przez chwilę w uścisku.
Chwilę później Kate udała się do sypialni rodziców, aby poprosić ojca, żeby pograł z nią w warcaby, a chłopcy razem udali się do swojego i siostry pokoju, aby pograć wspólnie w szachy czarodziejów, w które nauczył ich grać ich wujek - brat cioci Ginny - Ronald Weasley.
W tym czasie Remus po wejściu do sypialni zastał żonę leżącą na jego połowie łóżka, która przeglądała zakupione przez niego książki.
- Nie za wygodnie Ci? - zapytał rozbawiony.
- Nie, chłodno tu bez Ciebie wiesz? - odpowiedziała tym razem już szczęśliwa całkowicie.
- Aż tak? - zaśmiał się mężczyzna, po czym dodał. - To może mam Cię ogrzać? - po czym przeszedł rozbawiony nad żoną i położył się za jej plecami obejmując ją i zabierając książkę, którą kobieta chciała akurat przeczytać.
-Ej, oddawaj. - powiedziała rozbawiona.
- A co będę z tego miał? - zażartował.
- Remi proszę. - powiedziała i przysunęła się do męża próbując odebrać przedmiot. Na jej nieszczęście mężczyzna miał po prostu dłuższe ręce i mógł bardziej się przekręcać. Jej trochę to uniemożliwiał większy brzuch spowodowany ciążą.
- Nie wiem pani Lupin, czy zasługuje sobie pani. - zażartował. - Będzie mi chyba pani musiała to jakoś udowodnić.
Kobieta pocałowała męża, ten przeciągnął pocałunek po czym oddał jej trzymany przedmiot.
- Uznajmy, że zasłużyłaś.
- Nienawidzę cię czasami. - oznajmiła.
- Ja też cię kocham. - powiedział po czym sięgnął po jedną z nowych książek i zaczął czytać. Nie zdążył przeczytać jednej strony, ponieważ do sypialni małżeństwa weszła ich póki co jedyna córka.
- Coś się stało Kate?
- Chciałam, żeby tata pograł ze mną w warcaby, bo chłopaki poszli grać w szachy czarodziejów.
- Już idę. - powiedział mężczyzna, włożył zakładkę do książki, wiedząc, że mimo wszystko jego żona weźmie mu ją gdy tylko skończy czytać swoją, po czym udał się z córką do salonu, gdzie rozpoczęli grę. Kiedy skończyli już grać było po osiemnastej. Remus poprosił córkę, aby posprzątała po grze a sam udał się do kuchni, żeby zrobić kolacje dla całej rodziny. Po posiłku dzieci poprosiły go ponownie o bajkę.
- Może tym razem mama Wam coś przeczyta, a ja tylko posiedzę? - powiedział chcąc, trochę odpocząć od częstych bajek dzieciom. Nimfadora wiedziała, że zdarzają się dni, kiedy jej mąż nie ma pomysłów na bajki, więc woli, by wtedy ona je przeczytała.
- Dobra, ale nie chcemy już o trzech braciach. - odezwał się Colin. - Tym razem coś innego.
- To może "Czarodziej i skaczący garnek"? - zaproponowała rozbawiona kobieta.
- Może być. - powiedział chłopiec po czym razem z rodzeństwem położyli się wygodnie w łóżkach.
Remus przysiadł na wyczarowanym przez siebie fotelu po czym posadził sobie swoją żonę na kolanach. Kobieta jednym ruchem różdżki przywołała do siebie odpowiednią baśń po czym zaczęła opowieść:
"Żył raz pewien dobry, życzliwy ludziom stary czarodziej, który używał swojej mocy magicznej mądrze i wspaniałomyślnie dla dobra bliźnich. Był przy tym tak skromny, że nie ujawniał prawdziwego źródła swojej mocy, ale udawał, że wszystkie jego eliksiry, zaklęcia i antidota wyskakują z małego kociołka, który nazywał swoim „garnkiem szczęścia”. Zewsząd przychodzili do niego ludzie ze swoimi kłopotami, a on chętnie mieszał chochlą w tym garnku i rozwiązywał ich problemy. Ten otaczany powszechną czcią czarodziej dożył sędziwego wieku i w końcu zmarł, pozostawiając cały dobytek swojemu jedynemu synowi. Niestety, ów syn bardzo różnił się od ojca. Uważał, że ci, którzy nie potrafią uprawiać czarów, są istotami bezwartościowymi, i często wyrzucał ojcu, że trwoni swą magiczną moc, pomagając mieszkającym w pobliżu mugolom. Po śmierci ojca syn ów znalazł w starym garnku małą paczuszkę oznaczoną jego imieniem. Otworzył ją, mając nadzieję, że znajdzie w niej złoto, ale znalazł tylko stary bambosz, o wiele na niego za mały i w dodatku bez pary. W bamboszu był kawałek pergaminu ze słowami: „Z głęboką nadzieją, synu, że nigdy nie będziesz musiał go użyć”. Syn przeklął siarczyście osłabiony wiekiem rozum swego ojca i wrzucił z powrotem bambosz do kociołka, postanawiając używać go odtąd jako kubła na śmieci. Tej samej nocy do jego drzwi zapukała pewna wieśniaczka.
– Wielmożny panie, moją wnuczkę obsypało brodawkami! – wyjęczała. – Wasz ojciec, panie, mieszał w takim starym garnku i dawał na to specjalny wywar do okładów...
– Idź precz! – ryknął syn czarodzieja. – Co mnie obchodzą brodawki twojej głupiej wnuczki?
I zatrzasnął staruszce drzwi przed nosem. Gdy tylko to uczynił, z kuchni dobiegł go jakiś hałas. Zapalił różdżkę, otworzył drzwi do kuchni i tam, ku swojemu zdumieniu, ujrzał stary kociołek ojca, ale jakiś zmieniony, bo z jego dna wyrosła mosiężna nóżka, na której skakał po kamiennych płytach posadzki, robiąc straszliwy hałas. Podszedł do niego, wielce zadziwiony, ale natychmiast odskoczył, bo ujrzał, że całą powierzchnię kociołka pokrywają brodawki.
– Obrzydlistwo! – zawołał i spróbował najpierw zaklęcia powodującego znikanie, potem zaklęcia oczyszczającego, a w końcu zaklęcia odsyłającego. Żadne zaklęcie nie działało! Co więcej, obsypany brodawkami garnek zaczął go ścigać, podskakując z hałasem po drewnianych schodach wiodących do sypialni. Tej nocy czarodziej nie zmrużył oka, bo bezczelny garnek łomotał okropnie tuż przy jego łóżku przez całą noc, a rano natychmiast podążył za nim do kuchni, gdzie dalej podskakiwał tuż przy stole na swojej mosiężnej nóżce. BANG, KLANG, BANG, BANG-BANG, KLANG-KLANG!... Zanim czarodziej zdążył zasiąść do porannej owsianki, znowu rozległo się pukanie do drzwi. W progu stał jakiś staruszek.
– Wielmożny panie, idzie o mojego starego osła – wyjaśnił. – Gdziesik zaginął albo go ukradli, nie wiem, ale bez niego nie zawiozę towarów na targ i wieczorem moja rodzina będzie głodna.
– A ja jestem głodny teraz! – ryknął czarodziej i zatrzasnął staruszkowi drzwi przed nosem.
KLANG, BANG, KLANG, wystukiwał żwawo garnek, podskakując na mosiężnej nóżce, ale teraz do owego hałasu dołączył się ryk osła i donośne jęki wygłodniałych ludzi, dobiegające z czeluści garnka.
– Silencio! – wrzasnął czarodziej, ale zaklęcie nie podziałało.
Nic nie działało, nic nie potrafiło uciszyć obsypanego brodawkami garnka, który skakał wokół czarodzieja, stukając, podzwaniając, rycząc, jęcząc i nie odstępując go przez cały dzień. Tego wieczoru po raz trzeci rozległo się pukanie do drzwi. Na progu stała młoda kobieta, zanosząc się płaczem.
– Moja dziecina jest bardzo chora – wyjęczała przez łzy. – Pomożesz nam, wielmożny panie? Wasz ojciec, panie, mówił, żebym przyszła, jak będę miała kłopoty...
Ale czarodziej bez słowa zatrzasnął jej drzwi przed nosem. I natychmiast dokuczliwy garnek wypełnił się po brzegi słoną wodą, wylewając na podłogę łzy, a przy tym nadal podskakiwał, ryczał i jęczał, i coraz to nowe brodawki wyrastały na nim jak grzybki po deszczu. Przez resztę tygodnia do drzwi domu czarodzieja nie zastukał już żaden wieśniak ani wieśniaczka, ale garnek nieustannie informował go o nowych chorobach i nieszczęściach. Już nie tylko ryczał i jęczał, nie tylko podskakiwał i wylewał gorzkie łzy, nie tylko zakwitał coraz to nowymi obrzydliwymi brodawkami, ale krztusił się i bekał, płakał żałośnie jak niemowlę, szczekał jak pies, a co gorsza, wymiotował zgniłym serem, skwaśniałym mlekiem i masą wygłodniałych ślimaków. Czarodziej nie mógł spać ani jeść, dręczony przez garnek, którego nie sposób było się pozbyć ani go uciszyć. W końcu nie mógł już tego znieść.
– No dobra, dawajcie mi tu wszystkie swoje kłopoty, choroby i nieszczęścia! – wrzasnął, wyskakując w nocy z domu i biegnąc drogą wiodącą do wioski, z garnkiem wytrwale skaczącym obok niego. – Dalej! Zaraz was wyleczę, ukoję i ponaprawiam wasze życie! Mam kociołek mojego ojca i dogodzę wszystkim!
I pobiegł uliczką wioski, miotając zaklęcia we wszystkie strony. W jednym domu poznikały wszystkie brodawki, którymi obsypana była pogrążona we śnie dziewczynka; do stajni innego domostwa został przywołany z wrzosowiska stary osioł; w jeszcze innym domu chore niemowlę obudziło się zdrowe i rumiane. Z każdego domu czarodziej przeganiał choroby i nieszczęścia, a skaczący garnek stopniowo cichł, aż w końcu przestał jęczeć i wymiotować obrzydlistwami, i zalśnił czystym mosiądzem, uspokojony i milczący.
– No i co, panie Garnku? – zapytał czarodziej, drżąc z wysiłku, kiedy słońce zaczęło już wschodzić. Garnek bez słowa wypluł z siebie bambosz i pozwolił włożyć go sobie na nóżkę. Razem ruszyli w drogę do domu czarodzieja, ale teraz nie było już słychać stukotu mosiężnej nóżki, obutej w miękki filcowy pantofel. I od tego czasu czarodziej pomagał wieśniakom, jak niegdyś czynił to jego ojciec, lękając się, by garnek nie zrzucił bambosza i znowu nie zaczął podskakiwać i hałasować."
Kiedy skończyła czytać, a dzieci po chwili rozmowy z rodzicami zasnęli wraz z Remusem udała się do sypialni, gdzie po gorącym prysznicu zasnęła wtulona w męża.
Żadne z nich nie zobaczyło jednak jak za oknem przemknął cień pewnego mężczyzny, którego małżeństwo uznawało za odległą przeszłość...
*kawiarnia ta w rzeczywistości nie istniała raczej, jednak po tym jak lodziarnia Floriana Fortescue została zamknięta, a jej właściciel zamordowany (przynajmniej to wyczytałam z internetu, bo w książkach nawet jeśli coś było o tym to nie pamiętam) uznałam, że mógł ktoś otworzyć nową kawiarnie na pokątnej do której Tonks poszła z dziećmi
**Faro to po włosku latarnia morska, ale o tym dowiedziałam się z tłumacza, gdy z ciekawości sprawdzałam czy miałby ten wyraz jakieś znaczenie w innym języku niż polski
***Filin - piszę się to inaczej jednak posiadam na laptopie klawiaturę polską, w dodatku po rosyjsku mało kto wiedziałby co tam jest napisane, więc skorzystałam z formy wymowy przy pisaniu. Mam nadzieję, że wiecie mniej więcej o co chodzi
Hej wszystkim. Przepraszam, że dopiero teraz, ale kompletnie nie miałam siły i czasu, mimo, że prawie cały rozdział miałam gotowy. Mam nadzieję, że jednak chociaż trochę Wam się rozdział spodoba. Ja nie mam nawet siły go sprawdzać, więc ocenę zostawię Wam. Ode mnie to tyle. Dużo zdrowia dla Was i dobrej nocy 💙
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz